piątek, 6 września 2013

189. "Getto Solina"



Dziś będzie o miejscu, z którym związana jestem od najwcześniejszego dzieciństwa. Z racji miejsca zamieszkania i odległości mierzonej rzutem beretem wypad w Bieszczady jest dla mnie formą tradycyjnej rozrywki. Podjęcie decyzji o zrobieniu tradycyjnego kółeczka po Dużej lub Małej Pętli z obowiązkowymi przystankami we właściwych miejscach zabiera mi co najwyżej 5 minut. W ten sposób doroczne lody w Solinie i obowiązkowy spacer po zaporze mam już za sobą.
Przed II wojną światową inżynier Karol Pomianowski wpadł na pomysł, w jaki sposób ujarzmić San w jego górnym biegu. Po wielkiej powodzi w 1934 r. zapadła decyzja, że należy uporządkować gospodarkę wodną na tym terenie, między innymi poprzez postawienie w samym sercu Bieszczad potężnej zapory. Wojna pokrzyżowała te plany, ale powrócono do nich w latach pięćdziesiątych. Wieś Solina została wysiedlona, a wraz z nią okoliczne przysiółki: Teleśnica, Chrewt, Wołkowyja, Rajskie. Często można usłyszeć mrożące krew w żyłach historie dotyczące Zalewu Solińskiego: o zatopionych domach, kościołach, cerkwiach i cmentarzach spoczywających na dnie gigantycznego zbiornika, ale to nie do końca prawda. Opuszczone przez ludzi domostwa zostały rozebrane, a teren przeznaczony do zalania – splantowany. Dawną cerkiew solińską można obejrzeć w skansenie w Sanoku, dokąd została przewieziona. Szczątki zmarłych z cmentarzy zostały ekshumowane i pochowane gdzie indziej. Pod wodą zostało niewiele (między innymi ruiny pałacyku w Sokolem i klasztoru w Rajskiem). Inne z kolei budowle zniszczono niepotrzebnie (na przykład kościół i cerkiew w Wołkowyi), gdyż woda tam nie dotarła. W 1967 r. Solina została zalana, a w rok później oddano do użytku elektrownię.


Zapora w Solinie jest największą budowlą hydrotechniczną w Polsce, ma 82 m wysokości, 664 m długości i waży około 2 mln ton. Przy jej wznoszeniu pracowało 2000 robotników i – co ważne – nikt nie zginął. Udział w jej powstaniu miała również moja rodzina (wujostwo są dziś emerytowanymi inżynierami, którzy budowali także słynny rurociąg „Przyjaźń”). Jezioro Solińskie jest największym w Polsce sztucznie utworzonym zbiornikiem wodnym, a jego głębokość wynosi około 60 m.
Tradycyjne jedzenie lodów w Solinie rozpoczyna się przed wejściem na zaporę. Po obu stronach prowadzącego doń chodnika usytuowane są, jak to w takich miejscach, niewielkie lokale i budki z małą gastronomią oraz kramy z oscypkami, pamiątkami i wszelkim badziewiem. Lody, kupowane w budce po lewej, kończą się tak mniej więcej na początku zapory, nie dlatego, że są tak małe (kupujemy najbardziej wypasione porcje), ale z powodu tempa spaceru: delektujemy się nim, zatrzymujemy co dwa kroki, przechodzimy z jednej strony na drugą, kontemplujemy od nowa te same widoki, przypominamy sobie, co zmieniło się w nich od ubiegłego roku, robimy dziesiątki zdjęć.



Lody dojadamy na samym początku, patrząc na lustro wody od strony zbiornika, gapiąc się na ławice wielkich amurów i innych ryb oraz spoglądając w stronę Polańczyka. To o tym pejzażu śpiewał Wojciech Gąsowski „Zielone wzgórza nad Soliną...”.










Na drugim końcu zapory znajduje się przystań stateczków spacerowych Białej Floty i miejsce do wypoczynku. Nie brakuje również i po tej stronie budek, straganów, a nawet wesołego miasteczka.





W tym właśnie miejscu czekała nas kuriozalna niespodzianka. Na końcu terenu należącego do zapory jej zarząd postawił ogrodzenie, którego nigdy wcześniej tu nie było. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przebiega ono jakieś 10 – 20 cm od sklepików umiejscowionych już na graniczącym z zaporą placu. W efekcie sprzedaż obrazów, książek, pamiątek przebiega... przez kraty. Świetnie widać to na zdjęciu przedstawiającym ręce Kufla odbierającego zapiekankę.




W sklepiku obok siedziała właścicielka – żona autora książki o Solinie i wieloletniego pracownika zapory. Nad jej głową widniał napis: „Getto Solina 2013”. Nawiązaliśmy rozmowę, podczas której rozżalona kobieta opowiedziała nam historię tego, w gruncie rzeczy absurdalnego, konfliktu. Póki co, nie pomogła nawet interwencja telewizji. Ot, kolejny polski nonsens do kolekcji.


Zakończenie tegorocznego spaceru po zaporze uhonorowały nadciągające od strony Polańczyka ołowiane chmury. Dojść do samochodu zdążyliśmy normalnie, ale tuż przed ulewą. Zaraz potem rzęsisty deszcz wyręczył Kufla w porządnym myciu samochodu.





6 komentarzy:

  1. Patrząc na to ogrodzenie, chciałoby się krzyknąć: A to Polska właśnie! Lubimy absurdy , czy jak ?
    Nie wiesz , czy to ogrodzenie jeszcze stoi?
    Mimo zrozumienia sytuacji, nigdy nie lubiłam ingerencji człowieka w przyrodę.
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, ale to by był czysty absurd.

      Usuń
  2. Rzeczywiście płotek nonsensownie postawiony... tylko gratulować pomysłodawcy wyobraźni...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym, że to nie kwestia wyobraźni, a konfliktu.

      Usuń
  3. ...no, rzeczywiście...getto!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jak dzisiaj - może ta sytuacja już została jakoś rozwiązana?

      Usuń