niedziela, 15 września 2013

192. Kukła



Gdy 21 lat temu rozpoczynałam pracę, przyszłam do niej jako młoda, niedoświadczona, wystraszona „świeżynka”. Nikogo nie znałam, nie wiedziałam, w którą stronę się obrócić. Zostałam rzucona na głęboką wodę i zupełnie sama. Ówczesny szef niedbale machnął ręką w kierunku, gdzie stała niewiele ode mnie starsza Kukła i polecił, abym do niej zwracała się z wszelkimi pytaniami, bo będzie to jedna z moich najbliższych współpracownic. Poprosiwszy ją nieśmiało o pomoc, zostałam ledwo zaszczycona spojrzeniem z wyżyn. Odpowiedź została wygłoszona zimnym jak stal tonem.
- Moja droga – powiedziała sucho wskazana kobieta – gdy ja przyszłam do pracy, to nikt się mną nie zajmował, wszystko robiłam sama.
Poszło mi w pięty.
- Przepraszam – bąknęłam i więcej rozmowy na ten temat nie podejmowałam. Nie zwykłam nikogo o nic prosić dwa razy, zresztą, poradziłam sobie sama. Ale takie rzeczy zostają w człowieku i drzemią ukryte, aby po latach odżyć gwałtownie i wedrzeć się w świadomość nieprzyjemnym wspomnieniem.
Minęło 12 lat, w ciągu których starałam się mieć jak najmniej do czynienia z zimną, wytwarzającą bardzo niemiły dystans, dla mnie odpychającą Kukłą. Tak ją w myśli ochrzciłam. Wiało od niej chłodem na kilometr nawet wtedy, gdy się śmiała. Z ulgą przyjęłam wiadomość, że z powodu wyjazdu za granicę do „bardziej prestiżowej” pracy nie będę więcej musiała jej oglądać. Przez 9 kolejnych lat zdążyłam przywyknąć do luksusu nieobecności Kukły, aż nagle jak grom z jasnego nieba poraziła mnie wiadomość o jej powrocie.
Zupełnie nie uśmiecha mi się ponowna z nią współpraca, więc, krótko mówiąc, informacja mnie nie zachwyciła. To zaś, co ujrzałam w skrzynce mailowej, zmroziło mnie na kość. Prawdę powiedziawszy, zdębiałam. List od antypatycznej Kukły zaczyna się od słów:
„Besiu,
jako nowicjuszka potrzebuję fachowej pomocy. Czy jako szefowa naszego zespołu mogłabyś mną trochę pokierować?
Oto, co mi dolega: (...)”.
Tutaj następuje lista życzeń Kukły, tj. wykaz kwestii, z którymi nie umie sobie sama poradzić po powrocie do pracy. Na koniec zaś taki oto kwiatek:
„Mam nadzieję, że ta lista Cię nie przerazi. Twoja pomoc będzie dla mnie wybawieniem. Z góry Ci za to dziękuję i mam nadzieję, że kiedyś będę mogła się czymś odwzajemnić.
Miłego popołudnia i do zobaczenia jutro.”
Nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłam. Na usta ciśnie mi się cały repertuar słownictwa budowlanego, przed którego użyciem na blogu bronię się wszystkimi siłami. Gdzieś w środku mnie gotuje się lawa.

2 komentarze:

  1. A ja dałabym upust emocjom. To w domu. Przy spotkaniu twarzą w twarz, powiedziałabym kilka mocnych słów. Niech baba wie, co sama sobie zrobiła. Nieużyty, fałszywy baboszon!
    Ech!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, przywykłam do "zachowywania twarzy", bo... muszę pracować. A środowisko jest fałszywe, wredne i donosicielskie.

      Usuń