środa, 30 października 2013

207. „...czy nam postawią z litości chociaż nad grobem krzyż...”



Przejeżdżałam obok niego setki razy, myśląc zawsze, jak bardzo jest smutny i opuszczony. Nie wiedziałam, że aż tak... Raz do roku, w okolicy Wszystkich Świętych, coś się na nim dzieje. Pojawiają się „z urzędu” harcerze, garstka ludzi z dobrego serca idzie zapalić znicz. Najsmutniejsze miejsce w moim mieście to Cmentarz Wojenny Żołnierzy Armii Radzieckiej. Mimo że zlokalizowany jest w pobliżu dwu innych cmentarzy i przy ruchliwej drodze przelotowej, ten mały, biedny skrawek ziemi przez okrągły rok leży osamotniony i zaniedbany. A przecież tych, których przyjęła litościwa ziemia, jest aż 2224... Czy naprawdę nie zasługują na szacunek i pamięć? To byli nie tylko czerwonoarmiści, ale także synowie, ojcowie, bracia... Często wcieleni do armii siłą, nie pytani o chęci i zgodę, zostali wysłani na daleki front, aby wyzwolić obcą im ziemię i nigdy już nie zobaczyć rodzinnego domu, nie wrócić do matki, ojca, brata, syna...
Armia zapewne nie była marzeniem wielu z nich, a przedwczesna śmierć na obczyźnie, z dala od domu i skazanie na zapomnienie to nie był los, jakiego pragnęli. Oni nie tworzyli systemu, lecz byli jego ofiarami.
Pośród żołnierzy Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej, poległych w walkach o wyzwolenie Rzeszowa i okolic, byli także Polacy, mieszkańcy kresów wschodnich, którzy chcąc nie chcąc stali się obywatelami ZSRR i zostali wcieleni do armii.
Przez dziesiątki dni nie używana furtka z ciężkim, zgrzytliwym oporem dała się uchylić na tyle, abym mogła przecisnąć się przez powstałą szparę.


Na żałośnie ubogim cmentarzyku od dawna nikt nie zamiatał liści, nie sprzątał śmieci, nie odnawiał zbiorowych mogił, otoczonych prostym, betonowym obramowaniem, oznaczonych jedynie pięcioramienną gwiazdą.





Widok ubożuchnych, samotnych, „niczyich” mogił ściska za serce.
2224 istnienia ludzkie...
Kiedy ostatni raz płonął stary znicz, wypełniony deszczówką i zgniłymi liśćmi?


W centralnym punkcie cmentarza znajduje się skromny pomnik poświęcony twórcy i bohaterowi Młodej Gwardii, porucznikowi Iwanowi Turkieniczowi. U stóp cokołu pozostały resztki po świeczkach, które dawno już zgasły. Zaledwie dwudziestodwuletni mężczyzna, prawie chłopiec, oddał życie w walce z Niemcami w podrzeszowskiej wsi Bratkowice i przez wiele lat patronował jednej z rzeszowskich ulic. Później, strącony z piedestału przez wiatr historii, odszedł w niepamięć na rzecz katolickiego księdza. Cóż on zawinił, chłopaczyna, że urodził się w złym czasie i w takich, a nie innych okolicznościach przelał krew na obczyźnie? Czym zasłużył na zapomnienie? Czym zasłużyli oni wszyscy, 2224 żołnierzy, wokół których tylko cisza i pustka...?


Na jednej z 72 bezimiennych mogił zbiorowych poniewiera się, stary znicz.


Pomiędzy pustymi grobami widać pojedyncze tablice...


556 osób zostało zidentyfikowanych i raz na jakiś czas siostrze, wdowie lub synowi, poszukującym swoich bliskich przez Polski Czerwony Krzyż, udaje się ich odnaleźć. Pokonują rozliczne trudności i setki kilometrów, czasem z naprawdę odległych terenów Ukrainy i Rosji, aby po raz pierwszy – i być może ostatni – zobaczyć miejsce spoczynku ojca albo męża, wystawić choćby skromną tablicę, uczynić grób choć trochę mniej anonimowym i zapomnianym... Pozostali na zawsze pozostaną NN.
„Odnalezionemu Kochanemu Ojcu – Dzieci.
Lwów 1987” – głosi napis na jednym z samotnych epitafiów. Ów ojciec, Michajło Kapitaniec, przeżył 35 lat. W jakim wieku mogły być te dzieci, gdy ostatni raz go widziały?


Inna skromna tablica oznajmia z prostotą: „Łazar Korecki z Nowogrodu Wołyńskiego. Od synów”.


Nie wiadomo, kto ufundował prostą tablicę poświęconą Timofiejowi Pawłowiczowi Siwakowi ani skąd ów żołnierz pochodził. Pod datami 1902 – 06.08.1944 widnieje tylko lapidarna sentencja: „Wieczna pamięć”. Jedynie pisownia wskazuje na to, że poległy nie był Rosjaninem, a Ukraińcem.


Na zniszczonym grobie, w którym spoczął pośród innych Polak Jan Cymbalista, zachował się ślad bytności rodaków: dwie biało-czerwone chorągiewki, dwa wypalone dawno znicze i stary, przybrudzony bukiet sztucznych kwiatów. Pod datami 1908 – 1944 widnieje zwięzła inskrypcja: „Żołnierz polski”.


Gdzie indziej straszą stary, sztuczny bukiet w celofanie i resztki zeschłych chabazi w plastikowej doniczce, prawdopodobnie z zeszłego roku. Czyja ręka położyła je na bezimiennej mogile? Dlaczego właśnie na tej?


Ktoś odnalazł kapitana Aslanova Hamida Bayram Oğlu, pochodzącego z dalekiego Azerbejdżanu. Kto? Nie wiadomo. Bukiety sztucznych kwiatów i tablica wyglądają stosunkowo świeżo.


Ocalały imiona i nazwiska trzech bohaterskich lotników. Napis na starym, zgrzebnym pomniku głosi:
„Tutaj pochowani są bohaterowie
polegli w bojach za ojczyznę i oswobodzenie narodu polskiego
od niemieckich najeźdźców.
Kawaler czterech orderów
major Gawunia G. I.
Bohater Związku Radzieckiego
Kapitan Gusienko P. J.
Kawaler dwóch orderów
bosman Rybczyński A. S.
Zginęli
20.09.1944 r.”




Opuściłam samotny cmentarz w tej samej ciszy, która towarzyszyła mi przy otwieraniu opornej furtki. Myślami byłam daleko, w dwóch odległych miejscach, gdzie zostali na zawsze moi krewni. Na grobie jednego z nich dane mi było zapalić świeczkę. Na własne oczy widziałam świeżo odnowioną płytę nagrobną tuż przed jej ponownym położeniem na miejsce. Polegli tam pochowani jeszcze długo nie zostaną zapomniani. A przecież zginęli w walce, na obcej ziemi, jak czerwonoarmiści w Rzeszowie i w jego okolicach. Drugiego z nich już nigdy nie odnajdziemy. Cmentarz nie przestał istnieć, ale groby, których przez dziesiątki lat nie można było odwiedzić, zapadły się, zarosły chaszczami, stare tablice wyblakły, kamienne popękały i rozpadły się w proch, a metalowe strawiła rdza. Nigdy już nikt spośród nas nie stanie nad właściwą mogiłą. W takiej sytuacji są ci, którym pozostało tylko stare zdjęcie albo wspomnienie po ojcu lub bracie zaginionym w wojennej zawierusze.

16 komentarzy:

  1. Bo my tak mamy. Dopóki ktoś nam może coś dać i w czymś pomóc to mu dywanik pod nogi ścielemy i kłaniamy się w pas. A jak już nie, to kopa w zadek i won. To takie polskie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciałabym żyć ze świadomością tych rodzin: nasz syn, brat, mąż, ojciec zginął na obczyźnie i ani pies z kulawa nogą nawet liści na jego grobie nie sprzątnie.
      Czytałam wspomnienia rzeszowian, którzy ledwo przeżyli hitlerowski kocioł. Nadejście tych wstrętnych sowietów zapamiętali jak cud, wybawienie w ostatniej chwili. Dostali od nich jedzenie i życie. Nikt ich nie mordował i nie gwałcił. Ale to takie niepoprawne, mówić o ruskich jako o dobroczyńcach...

      Usuń
    2. Ano właśnie... Może pamiętasz, co powiedziała w temacie Mela Wilkes z "Przeminęło z wiatrem"...

      Usuń
    3. Nie pamiętam - zbyt dawno to było...

      Usuń
    4. Chodziło o opiekę nad grobami Jankesów w Atlancie; na zarzuty, że to nie honorowo i nie wypada odrzekła, że nie wie, gdzie leży jej brat i będzie jej łatwiej o nim myśleć wiedząc, że ktoś, gdzieś na Północy opiekuje się jego grobem.

      Usuń
    5. No masz. Jakby nie to, że czytałam śmiertelnie dawno, jeszcze by mi się mogło dostać za plagiat w komentarzu :)

      Usuń
    6. Nie. Spać idę, bom senna cokolwiek :)

      Usuń
    7. Jako i ja czynię, bom truchło ostatnie.

      Usuń
  2. Bardzo się zmieniliśmy, my Polacy. Tylko dlaczego na gorsze? Nie rozumiem tego.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja Ci chętnie wytłumaczę. My (Polacy) się nie zmieniliśmy. Od wieków jesteśmy grzeczni i mili tylko wtedy, gdy ktoś nas trzyma za mordę. Nie umiemy korzystać z wolności.

      Usuń
  3. Sama nie wiem, co napisać.
    Z jednej strony rozumiem smutek tego cmentarza, ale znając naszą historię sama poszłabym tam raczej tylko po to, żeby zrobić zdjęcia, ale już niekoniecznie po to, żeby zapalić znicz.
    Ale ja jestem specyficzna, bardziej pamiętam nawet własnych bliskich w sercu niż na cmentarzach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do historii, to powtórzę to, co napisałam w innym komentarzu. Czytałam wspomnienia rzeszowian, którzy ledwo przeżyli hitlerowski kocioł. Nadejście tych wstrętnych sowietów zapamiętali jak cud, wybawienie w ostatniej chwili. Dostali od nich jedzenie i życie. Nikt ich nie mordował i nie gwałcił. Ale to takie niepoprawne, mówić o ruskich jako o dobroczyńcach...
      A co do cmentarzy w ogóle - lubię je. Za spokój, za ciszę, za brak pośpiechu. Tu nikt się nie śpieszy, za niczym nie goni. Cmentarze mówią głosami pokoleń - o tym, co w życiu najważniejsze...

      Usuń
  4. Wiesz, ja też nie chciałabym żyć z taką świadomością... Wydaje mi się, że wyobrażałabym sobie, że jakaś dobra dusza zapala świeczkę na grobie syna, męża, ojca... Kimkolwiek nie byli, w jakimkolwiek nie służyli wojsku, to byli ludzie, czyiś bliscy...

    OdpowiedzUsuń