wtorek, 5 listopada 2013

209. Rumunia: w klapkach po śniegu




Góry Fogaraskie (Munţii Făgăraşului) i wiodąca przez nie Szosa Transfogaraska (Drumul National 7C) należą do najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu oglądałam. Fogarasze są najwyższym pasmem górskim w Rumunii i zarazem w Karpatach Południowych.








Szosę Transfogaraską budowali w latach 1970 – 1974 z inicjatywy Nicolae Ceauşescu żołnierze i robotnicy, spośród których 20 (a być może nawet 40 – liczby te nie są do końca pewne) zginęło w trakcie prac.
Niesamowita trasa prowadzi na wysokość ponad 2000 m n.p.m. i jest przejezdna tylko przez trzy miesiące w roku. Miałam szczęście, trafiając tam latem. Oglądałam nieprawdopodobnie piękne, zapierające dech w piersiach pejzaże, nie dowierzając własnemu szczęściu. Wokół widać było liczne rodziny rumuńskie, które rozkładały się z piknikami we wszystkich dostępnych miejscach.
Po drodze mijały nas wagoniki kolejki linowej, sunącej cicho nad głowami.


Gdy dojechaliśmy na samą górę, naszym oczom ukazał się zachwycający widok na polodowcowe jezioro Bâlea. Spośród dwu znajdujących się tam schronisk jedno było niegdyś prywatnym miejscem wypoczynku Ceauşescu.



Miłośnicy zjazdów na linie śmigali nam nad głowami z charakterystycznym, metalicznym chrzęstem.



Wokół parkingu poustawiane były stragany, na których można było dokonać zakupów albo kupić coś do jedzenia. Szczególnie zafascynowały mnie rumuńskie sery, którymi zajadałam się do nieprzytomności przez cały pobyt w tym kraju. Są tak niesłychanie pyszne, że mogłabym odżywiać się nimi do końca swoich dni. Taszczyłam, rzecz jasna, do Polski, całe kilogramy tych przysmaków.



Tobołkowa natomiast wrosła w ziemię przed budkami z tureckim przysmakiem pieczonym na ogniu. Nie mam pojęcia, co to było – jakieś ciasto nawinięte na drewniany wałek. Nie skosztowałam, bo nie przepadam za specjalnie za wypiekami, ale postanowiłam za to zjeść „ichniego” obwarzanka. Dziwne były, cieniutkie i o dużej średnicy, do tego kompletnie bez smaku. Nie ma niczego gorszego od niesłonej buły! Ledwo go zmęczyłam. Szukałam zresztą jakichś ptaków do nakarmienia, ale najwyraźniej głodnych nie było, bo żaden dziób się nie pojawił.




Prawdziwy koncert dałyśmy dopiero za chwilę. Tobołkowa młóciła pieczone kukurydze jedną za drugą do oporu, to znaczy do nabrania podejrzeń, że jeszcze dwa ziarna i może eksplodować.


Przy sąsiednim ruszcie czy grillu wpadłam w szał! Spoczywały na nim, piekąc się, wielkie kule z mamałygi (mamaliguta to kasza kukurydziana na gęsto, na której się wychowałam) nadziewanej ostrym serem owczym (bulz de mamaliga). Nieprzytomna ze szczęścia, wcinałam je jak małpa kit!



Tak pokrzepione, ruszyłyśmy w stronę, gdzie rozbawieni ludzie uganiali się po leżącym śniegu. Dołączyłam do nich ochoczo. Śnieg wsypał mi się do klapek i to było piękne – wszak w lecie żadnej ochłody nie jest nigdy dość!



Powietrze było rześkie, krystalicznie czyste, cudownie się nim oddychało. Góry Fogaraskie charakteryzują się jednak tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy nadciągnie mgła lub po prostu chmury. Dosłownie w jednym momencie pojawiły się nie wiadomo skąd białe opary i gęstniały z minuty na minutę. W pewnym momencie widoczność stała się ograniczona do minimum. Nie było już czego więcej tam szukać.










24 komentarze:

  1. Widoki niesamowite na zdjęciach, a co dopiero na żywo :)) Trasa wygląda przepięknie, szkoda tylko, że okupiona ludzkim i nie tylko zapewne życiem.
    Ale czego nie robiło się dla wodza ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zrobić czegoś dla wodza równało się raczej wyrokowi śmierci, toteż za bardzo wyjścia nie było...

      Usuń
  2. Ta droga, jako żywo, przypomina kiszki tasiemca... Od patrzenia w głowie się kręci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się w niczym nie kręci, taki mam organizm - za to z zachwytu dostaję świra, zeza i pierdolca :))

      Usuń
    2. I słusznie, bo jest się czym zachwycać :)

      Usuń
    3. Mną na przykład.
      :)))))))))))))))))))

      Usuń
    4. To oczywista oczywistość rozumiana sama przez się :))))))))))))

      Usuń
    5. No jasne :))))))))))
      Dopadło mnie świńskie południe.

      Usuń
    6. Czemu? Bezmięsna przecie jesteś... :)

      Usuń
    7. To nie ma związku z mięsem. głupawka mnie dopadła :))

      Usuń
    8. Pierwszy raz słyszę takie określenie :)

      Usuń
    9. Głupawka czy świńskie południe?

      Usuń
    10. Głupawki znam i miewam :) Świńskie południe. Moja koleżanka tak mawia, kiedy kupuje świniaka i przerabia go na jedzonko, co zajmuje jej zresztą cały dzień, a nie tylko południe :)

      Usuń
    11. Eeeee, nie. To jakieś trywialne jest.
      U nas, na południu, frazeologizm taki mamy.

      Usuń
    12. A u nas na północy funkcjonuje głupawka. Ostatnio w rozmowie koleżanka powiedziała do mnie, że wstydu w oczach nie mam (dowalając jej roboty), ja na to, że owszem, nie mam i dostałam takiego ataku śmiechu, że się popłakałam. Może też musiałam się wyśmiać...

      Usuń
    13. Widocznie głupawka jest ogólnopolska.

      Usuń
  3. Serpentyny zamiast prostej trasy - och, nie wiem czy mój żołądek nie zbuntowałby się :) Ten złośliwiec nie lubi takich tras :)
    A zdjęcia i relacja naprawdę fajne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooooo, to mój organizm uwielbia wszelkie takie karuzele!

      Usuń
  4. Narobili się przy tych serpentynach. Widoki świetne.
    (Kukurydzę lubię, ale na surowo, jeszcze nie bardzo dojrzałą. No i płatki kukurydziane, którymi prawie codziennie się odżywiam. Z mlekiem je jem.)
    Pa:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, fu. Płatków kukurydzianych nie znoszę. Ale żywą kukurydzę tak.

      Usuń
  5. Tak, trasa zapiera dech w piersiach :) też miałam to szczęście, że udało mi się nią przejechać :) co prawda do klapek śniegu mi nie nawpadało, ale po śniegu pochodziłam! Nie było aż tylu ludzi, choć byliśmy w lipcu. Natomiast były stada koni, które dawały się głaskać i karmić i jeden nawet wsadził nam głowę do samochodu! A i jeszcze stadko osiołków, z którymi też się poprzytulałam :)

    OdpowiedzUsuń