piątek, 8 listopada 2013

210. Przedszkolne dramaty



Moja córka znajduje się na podejrzanie długo trwającym etapie fascynacji dziećmi. Wyniańczyła całe podwórko i z niesmakiem stwierdziła, że „jej dzieci” już wyrosły i poszły do zerówki. Zamierza pracować z dziećmi niepełnosprawnymi, być przedszkolanką, opiekunką w żłobku albo kimś w tym rodzaju, czyli moją odwrotnością i tylko pozostaje mi liczyć na to, że jej przejdzie. Jednak nie będę jej życia układała, tak jak i mnie nikt nie układał (a szkoda, czasem żałuję, że nie miałam rodziców despotów, którzy stanowczo popchnęliby mnie na jedyne opłacalne w tym kraju studia). Póki co, dziecię doprowadza mnie do szału oglądaniem programu z cyklu dla inteligentnych inaczej – o poszukiwaniach opiekunek do dzieci. Nie zawsze mam możliwość opuszczenia lokalu i co nieco mych uszu dobiega. Ale ad rem!
Szczerze mówiąc, śmiertelnie się dziwię tym wszystkim ludziom, którzy z jakichś dziwnych powodów (snobizmu? nowobogackiej mody? zachłyśnięcia awansem społecznym?) trzymają dzieci w domu, a im dłużej trzymają, tym bardziej się dziwię. I nie mam tu na myśli kobiet, które po prostu są bezrobotne, lecz takie, które mają wybór. Obserwuję to zjawisko w moim bezpośrednim otoczeniu, w pracy i wśród znajomych. Pamiętam eksperymenty koleżanek z opiekunkami z czasów, gdy nasze dzieci były małe. Jedna zastawała po powrocie z pracy dzieci z poodparzanymi pupami i zaschniętymi kupami poprzyklejanymi do pleców. Druga, spiesząc się rano do pracy, musiała szukać spóźniającej się niani i znalazła ją zalaną w trupa w mieszkaniu, które okazało się pijacką meliną. Z całym szacunkiem dla cioć i babć, które wkładają w opiekę nad dzieckiem całe serce (albo i nie, bo nie dalej jak wczoraj widziałam agresywną babunię, która o mało nie rozszarpała wnuka jadącego w spacerowym wózku), uważam, że przy nich dziecko tak się nie rozwinie, jak w żłobku czy przedszkolu, choćby stawały na rzęsach, o zsocjalizowaniu nie mówiąc. Do tego dochodzi problem wysłania dziecka do przedszkola lub zerówki, gdy pierwsze lata przesiedziało w domu. Płacze, histerie i rozdzierające sceny w przedsionku placówki nie biorą się znikąd.
Nieletnia poszła do żłobka w wieku ośmiu miesięcy. W tym samym dniu rozpoczęła „karierę” dziewczynka trzymiesięczna. Żadnej z nich nigdy nie stała się z tego powodu krzywda. Siedząc w domu, dziecko nigdy nie miałoby szans tak się rozwinąć, jak tam, a gdyby padło na siedzenie ze mną, zapewne nie wyszłybyśmy z tego obie bez szwanku, od zajmowania się dziećmi gorsze jest bowiem tylko chodzenie po górach.
Tymczasem w żłobku dziecię co pół godziny było wysadzane na nocnik, dzięki czemu oswoiło się z nim bardzo szybko. Kwestię pieluch miałam za sobą przed końcem drugiego roku życia Nieletniej. W wieku osiemnastu miesięcy dziecko zaczęło mówić pełnymi zdaniami! Zaś podczas pewnego weekendowego wyjazdu, gdy z rozpaczą zauważyłam brak butelki do picia, a przed oczami pojawiła mi się wizja upierdliwego ślęczenia nad kubeczkami i pojenia dziecka łyżeczką, maleństwo wyprowadziło mnie z błędu. Zobaczywszy filiżankę z herbatką, chwyciło ją błyskawicznie i wypiło duszkiem, zanim zdążyłam się zorientować, co się dzieje. Nawet nie wiedziałam, że już umie normalnie pić! Pobłogosławiłam żłobek stokrotnie, a po powrocie do domu natychmiast wyrzuciłam butelkę.
Wiem, że od czasu do czasu przez Polskę przetacza się wielka medialna burza z powodu jakichś patologicznych praktyk pojedynczej placówki. Ale czy to oznacza normę od razu dla całego kraju? Gadki w stylu: „nie dam dziecka na zmarnowanie!” można włożyć między bajki. Jeszcze nie widziałam ani jednego „zmarnowanego” w żłobku dziecka. Mojemu także nikt przez te trzy lata żadnej krzywdy nie wyrządził, wręcz przeciwnie. Zamiast nudzić się w domu ze zniecierpliwionymi dorosłymi, przebywało w towarzystwie innych dzieci, uczyło się prostych czynności, a później piosenek i wierszyków, było zawsze zadbane (panie wręcz wyręczały leniwych albo nieudolnych rodziców, obcinając dzieciom paznokietki i grzyweczki wpadające do oczu, zawsze spotykając się za to z wdzięcznością). Na koniec, przy pożegnaniu, płakali wszyscy: panie wychowawczynie, mamy i dzieci. Jeszcze długo chodziłyśmy do żłobka w odwiedziny, do cudownej pani kierowniczki, do pani Marty, pani Gosi, pani Kazi...
Przejście do przedszkola nie było żadną traumą. Nowe dzieci, nowe panie i nowe zabawki stanowiły tylko rodzaj nowej przygody. Patrząc na matki, bezradnie walczące w szatni z zaryczanymi, sinymi od płaczu maluchami, miałam nieraz serdeczną ochotę im nakopać. Czego się spodziewały, po tym, jak ich dzieci przez trzy czy cztery lata były izolowane w bezpiecznym zaciszu własnego domu i w towarzystwie mamy, niani lub babci?
W przedszkolu nie tylko uniknęłam rozdzierających scen. Mała po prostu je pokochała. Wyżywała się twórczo (placówka realizuje program plastyczny) i jeszcze wyciągała mnie w soboty na dodatkowe wspólne warsztaty. Gdy po nią przychodziłam za wcześnie, odsyłała mnie do domu albo do sklepu i nakazywała przyjść dopiero wtedy, gdy będzie ostatnia. Niejeden raz bywało tak, że razem z paniami zamykałyśmy budynek. Tam też córka poznała swoją pierwszą dziecinną przyjaciółkę, z którą kumplują się do dziś. Na szczęście mam już za sobą tamte odległe czasy. Pamiętam jednak, co działo się ze mną, gdy po latach spędzonych w domu (babcia i dziadek byli na miejscu) przyszło mi pójść do szkoły. Byłam przerażona, przerwy między lekcjami stanowiły dla mnie koszmar. Jakieś dzieci przybiegały po mnie, chciały, żebym się z nimi bawiła, a ja się ich bałam. Śmiertelnie przerażona, przyklejałam się do ściany w jakimś kącie i czekałam na dzwonek obwieszczający koniec przerwy jak na zbawienie. Przez wiele lat byłam chorobliwie nieśmiała. Po czymś takim nie zafundowałabym własnemu dziecku takich samych przeżyć. Jeżeli nie zacznie się przyzwyczajać malucha do zmian otoczenia przed osiemnastym miesiącem życia, istnieje bardzo duża szansa, że przeżyje niepotrzebny dramat.

12 komentarzy:

  1. Ja chodziłam do przedszkola, ale dużo chorowałam (pediatra długo nie wymyśliła, że zapalenia płuc i oskrzeli o różnych porach roku mogą oznaczać też alergię. Efekt był taki, że chcieli mnie przetrzymać rok dłużej w przedszkolu pod pretekstem tego, że umiem mniej, niż dzieci, które regularnie chodziły do przedszkola. Tymczasem okazało się, że to ja umiem więcej. Wiesz jak to było - cyferki tylko do dziesięciu, ja spokojnie do 100. Nie, to nie znaczy, że w przedszkolu opiekunki się obijały, po prostu leząc w łóżku słuchałam bajek, oglądałam książeczki, rysowałam itd.
    A przedszkole raz lubiłam (bez uwielbienia), a w inne dni go nie znosiłam. I chodziło o samo przedszkole, a nie o dzieci - w grupie zawsze były grzeczne dzieciaczki i przyszłe chuligany. A to były jeszcze czasy, kiedy szybko reagowało się na niewłaściwe zachowania dzieci...

    Pomimo, że chodziłam do przedszkola, była strasznie nieśmiała. Miałam problem ze zgłoszeniem się do odpowiedzi, znając pełną odpowiedź! Nie do każdego rówieśnika podeszłam ot tak, żeby się pobawić.
    Nieśmiałość zaczęła mi przechodzić dopiero w 4. klasie podstawówki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chichi, ja jestem nieśmiała do dziś :)))

      Usuń
    2. Oj, wiesz, ze mnie tez jakiś przesadny "przebój" dzisiaj nie jest :D

      Usuń
    3. Ps A propos fundowania dzieciom dramatu.
      Każde dziecko jest inne. My niby ciut na odludziu mieszkamy, a moje dziecko nie ma problemów kontaktach z ludźmi w różnym wieku. Uwielbia gości, zakupy w dużych sklepach, gdzie jest pełno klientów itd. Oczywiście, na niektórych reaguje z początku nieśmiałością albo raczej stanem jaki ja nazywam "pierwszymi obserwacjami", ale później już wszystko jest OK

      Usuń
    4. Akurat z moją nieśmiałością to żartowałam :)

      Usuń
    5. Myślę, że wszystko okazuje się w momencie, gdy dziecko zostaje wdrożone do systematycznego samodzielnego pobytu wśród rówieśników (przedszkole, szkoła) - bez mamy, bez bezpiecznego otoczenia.

      Usuń
    6. Zdarza się, że moje dziecko o mnie totalnie zapomina. Byliśmy w sierpniu na weselu i mała była w swoim żywiole. Oganiała się od nas, że hej :D

      Usuń
  2. Byłam chowana w domu do niecałych trzech lat. Musiałam iść do przedszkola. Weszłam do sali gdzie były dzieci i o Bożym świecie zapomniałam. Mama czy kto tam, nic się nie liczyło. Mówili na mnie w rodzinie "cygańskie dziecko". Widać, siedzenia w domu, miałam dość.
    :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jesteś sprzedajna! :))))))

      Usuń
    2. Nie "sprzedajna", tylko byłam znudzona siedzeniem w domu. Ile można?

      Usuń
    3. Można, można! Nie chodziłam do przedszkola i nigdzie mi się nie śpieszyło. Ale ja miałam tak cudowny dom, że nikt nie chciałby go na nic zamienić...

      Usuń