czwartek, 5 grudnia 2013

219. Gdzie jest granica?



- Tyle tych nieszczęść teraz... Na każdym kroku ktoś wyciąga rękę i już nie wiadomo, komu dawać – powiedziała Kulka. – Człowiek chciałby pomóc wszystkim, a nie jest w stanie...
To prawda. Ale nie o pomaganiu i nie o wyciąganiu ręki po pomoc tym razem chcę napisać. Zastanawia mnie inny fakt. Gros potrzebujących to ci, którym brakuje pieniędzy na specjalistyczne, drogie leczenie, skomplikowaną operację, kosztowną rehabilitację. Skąd taka mnogość potrzebujących – chorych i kalekich, dzieci i dorosłych? Wygląda na to, że jest ona poniekąd efektem postępu, jaki dokonał się w medycynie. Paradoks? Tak. Z jednej strony bowiem istnieje coraz więcej metod i możliwości ratowania życia – i chwała Bogu za to – z drugiej jednak prowadzi to nieuchronnie do powiększania się grupy ludzi niesprawnych, obciążonych chorobami uniemożliwiającymi im samodzielne funkcjonowanie. Dlaczego tak się dzieje? Rozwój medycyny powoduje powolny zanik zjawiska selekcji naturalnej. Osoby, które jeszcze 20 – 30 lat temu nie miałyby szans na przeżycie (wcześniaki, dzieci urodzone z całymi zespołami chorób genetycznych, ludzie dotknięci ciężkimi chorobami i upośledzeniami etc.), dzisiaj żyją – niepełnosprawne, niesamodzielne, ale żyją. W takiej sytuacji populacja wyrodnieje i staje się coraz słabsza, mimo że średnia długości życia wzrasta.
Nie chciałabym zostać źle zrozumiana, posądzona o cynizm, znieczulicę i kompletną degrengoladę moralną oraz o zamiary unicestwiania chorych i niepełnosprawnych. Absolutnie nie. Zaciekłym „obrońcom życia” lubujących się w imputowaniu mi, że jestem zwolenniczką metod hitlerowskich i stalinowskich w jednym, eugeniki, aborcji, eutanazji, ludobójstwa, rzezi niewiniątek i pioruna z jasnego nieba z góry zalecam zachowanie swoich głupich dywagacji dla innych kręgów. Nie chciałabym sama stanąć w obliczu śmiertelnej choroby, nie chciałabym pół-żyć, pół-wegetować obciążona strasznym kalectwem, nie chciałabym być zmuszoną walczyć o przeżycie mojego dziecka – i nikomu tego nie życzę. Doskonale potrafię sobie wyobrazić (choć na pewno tylko w znikomej części), co czują ludzie zmagający się z takimi problemami i współczuję im. Moje rozważanie jest czysto teoretyczne i prowadzi do postawienia pytania, na razie retorycznego: co dalej z tym fantem? Czy pewnego dnia nie okaże się, że medycyna jest w stanie uratować życie – ale nie pełnię zdrowia – praktycznie każdemu? Czy nie wywoła to zagrożenia sytuacją, w której osoby ciężko upośledzone i mocno niepełnosprawne, które nie będą w stanie funkcjonować bez opieki ani tym bardziej pracować, będą stanowiły większość populacji? Jeśli do nich doliczymy staruszków i dzieci, to kto udźwignie ciężar opieki i jako takiej równowagi ekonomicznej?
Póki co, apokaliptyczna wizja całych populacji chorych pozostawionych na pastwę losu i dogorywających w warunkach urągających człowieczeństwu pozostaje w sferze abstrakcji, ale czy na pewno zawsze pozostanie li i jedynie fikcją?
Nie umiem znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

21 komentarzy:

  1. No dobrze, Pani na nic nie jest chora - NA RAZIE, bo jak Pani się zdrowo zestarzeje, to chce Pani leki na np. bóle stawów czy inne takie? A dziecko Pani jak zachoruje majac ....np. jakieś 40 lat: to leczyć czy filozofować?
    Ja myślę, że swoje to leczymy, nad innymi łatwo filozofować...
    Alicja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale właściwie o co chodzi? Mam przepraszać, że żyję?
      Chyba piszę wyraźnie i po polsku, więc polecam dokładne czytanie. Odrobina zrozumienia czytanego tekstu też by nie była głupia.

      Usuń
  2. Trudny temat. Jedno, czego jestem pewna- też nie chciałabym pół- żyć i wegetować, leżeć przykuta do łóżka, z uszkodzonym mózgiem czy szeregiem innych chorób, zdających nas w zupełności na zależność od sprzętów i innych ludzi. Obrońcy życia bronią go z zasady, że życie jest życiem, ale pytanie- czy chcielibyśmy żyć jak półroślina, gdzie każdy nasz dzień wygląda tak samo, gdzie naszą życiowa przestrzenią jest tylko i wyłącznie łóżko, a cierpienie fizyczne i psychiczne jest po prostu nie do zniesienia? Ja dziękuję za takie życie. Dlatego jestem za możliwością wyboru eutanazji.
    Więc na pytanie gdzie jest granica odpowiem sobie- jest cienka i dla każdego może być ustawiona w innym miejscu. Ka dy może ją widzieć inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam na myśli raczej granice postępu medycyny, który - paradoksalnie - prowadzi do degeneracji.

      Usuń
    2. Są tacy, którzy żyją nadzieją, że to, czego nie da się wyleczyć dziś, da się "naprawić" za x lat. Że wtedy da się poprzeszczepiać wszystko, co możliwe (może nawet włącznie z mózgiem), bo przecież nie ma gwarancji, że po tylu latach wegetacji, wszystkie narządy po prostu sobie ruszą do normalnej pracy...

      Usuń
    3. A skąd brać mózgi na przeszczepy?

      Usuń
    4. A kto to wie, co będzie w przyszłości...

      Usuń
    5. No chyba, żeby hodowla. Ale to by akurat rozwiązało parę problemów.

      Usuń
    6. Niby tak, no chyba, że byłyby od razu zaprogramowane np. na totalną głupotę, żeby było łatwiej delikwentów ogłupiać

      Usuń
    7. O, tego nie trzeba programować, system edukacji w tym kraju + system promowanych wartości skutecznie te sprawę załatwia :)

      Usuń
    8. Niewątpliwie masz racje. Robienie z ludzi półgłówków nie wymaga przeszczepu organu. Ale jak już, to matoła będzie można zamienić... w matoła :-)

      Usuń
    9. Albo w hipermatoła :)
      Lub w megamatoła :))
      Ewentualnie w gigamatoła :)))

      Usuń
  3. A ja miałam na myśli to, co napisałam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie chodzi o przepraszanie. Co zrobiłaby Pani w kwestii nie własnej, ale np. swojego dziecka, powiedzmy 12-letniego. Zapada na chorobę ograniczajaca je do łóżka: jest cierpienie, ale jest nadzieja, że za jakies 20 lat "coś znajda". Ma Pan możliwość zażadania eutanazji dla dziecka... I co teraz?
    Alicja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale co to w ogóle za pytanie? Nie wiem, nie będę zgadywać, bo nie jestem w takiej sytuacji i wróżką też nie jestem. Natomiast mój post nie odnosił się ani do eutanazji, ani nigdzie nie napisałam, że jestem wrogiem chorych i zwolenniczką zabijania. Dlatego nie widzę powodu do tak dziwacznego stawiania problemu, jakbym była o coś oskarżona.

      Usuń
    2. Pani Alicjo, czy Pani chciałaby czekać 20 lat mając "włączoną" jedynie świadomość, bez ruszania ani ręką ani nogą, pod aparaturę, z rurkami w różnych miejscach ciała, z trudnościami w oddychaniu, a może i bólem?

      Usuń
  5. Ależ to nie sad i nikt Pani o nic nie oskarża. Skad w ogóle takie myśli?
    Wiele trudnych spraw staje się łatwymi w momencie kiedy dotycza nas samych, a nie abstrakcyjnych np. pacjentów czy abstrakcyjnych chorych.
    Ja Pani o nic nie oskarżam, jestem zaszokowana reakcja...
    Alicja

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja bym nie chciała, ale inna sprawa to moje dziecko, za które jestem odpowiedzialna...
    Alicja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro Pani by nie chciała, to dlaczego zmuszać innych? Tylko żeby samemu mieć "czyste sumienie", ze niby "zrobiło się wszystko"? Tylko wszystko ku czemu tak naprawdę?

      Usuń
  7. Ja nikogo do niczego nie zmuszam. Lubię uczciwość intelektu i tyle. Łatwo narzekać w teorii na problemy hipotetyczne. Łatwo zadawać pytania hipotetyczne - i łatwo na nie odpowiadać, też czysto hipotetycznie. Lecz jak coś dotyczy np. naszych dzieci (a nie Kowalskich z bloku obok), to nagle znajdujemy wymówki, wyjatki, różnice. Teoria (czyli życie innych) a praktyka (czyli życie nasze własne nie sa sobie równe). Nawołuję do rozważenia tych właśnie różnic...
    Alicja

    OdpowiedzUsuń