piątek, 13 stycznia 2012

5. Matka



Poznałam ją dobrych kilkanaście lat temu. Pięćdziesięciokilkulatka sponiewierana chorobami chwyta za serce spokojem, opanowaniem wyrozumiałością, zrozumieniem i akceptacją praktycznie dla każdego. O swoim życiu mogłaby spisać tomy. O tym, jak adoptowała czworo dzieci i stworzyła im wspaniały dom. O tym, jak odszedł od niej mąż. O aktach skrajnego poświęcenia dla dzieci. O ich dzieciństwie i chorobach. O tym, jak dorastały. O tym, jak Najstarszy odpłaca jej za miłość ofiarą z własnego życia: 45-letni rencista nie założył własnej rodziny – żyje po to, by opiekować się Matką. O tym, jak jej serce zamieniło się w krwawiący strzęp po ciężkim pobiciu Palacza. O kłopotach z Pyskatą, która po nieudanym małżeństwie nareszcie znalazła miłość i spokojną przystań. O udanym związku Młodej i o ukochanej Wnusi. O chorobach, niekończącej się historii z lekami i biedą. O pogarszającym się wzroku. Z dumą pokazuje zdjęcia z biskupem, który gościł w ich domu. Wyjmuje gazetę, w której jednego roku z okazji Dnia Matki opisano właśnie ją, Matkę Nad Matkami, która dała i wciąż daje tyle szczęścia swoim dzieciom.
Od pierwszego wejrzenia budzi zaufanie i podbija ludzkie serca szczerością, kulturą bycia, wyszukanym językiem, poczuciem humoru i miłością życia. W tym domu, gdzie często daniem głównym i jedynym jest chleb z margaryną, aż chce się pomagać. Gdy Młoda potrzebowała niebagatelnej sumy pieniędzy na specjalistyczne leczenie, wytrzasnęłam ją dla niej nieomal spod ziemi. Przez kilka lat dyskretnie podbierałam po jednym rachunku, aby zapłacić jakiś zaległy – a to za prąd, a to za mieszkanie... I oddawałam zapłacony. Zanosiłam rozmaite zakupy, a przed świętami taszczyłam całe siaty, żeby choć te kilka razy w roku mogli zakosztować normalności. Komu tylko mogłam, mówiłam o wielkich sercach i wielkiej biedzie. Przez lata całe organizowałam wszelką pomoc.
Pierwszy, z tajemniczych wówczas dla mnie powodów, nawymyślał mi Kufel.
- Głupia, ja już skończyłem z tym procederem, kiedy usłyszałem: „miłość za miłość, synu” tonem jednoznacznie obwieszczającym „miłość za reklamówkę z zakupami” – rzekł, spluwając z obrzydzeniem. – Wystarczyło raz przyjść z pustymi rękami. A co ja, mam pójść kraść dla nich?
Innym razem od niechcenia wstąpił do mnie Różowy.
- Byłem u nich. Zastanawia mnie, że delikatne powonienie schorowanej Matki bez problemu znosi te kłęby dymu. I to w domu, gdzie z zasady się nie pali i wszystkie psy wiesza na palących.
- Faktycznie – przypomniałam sobie. –Ona twierdzi, że może na lekarstwa nie mieć, ale na papierosy dla Palacza MUSZĄ się znaleźć. Bo on MUSI palić, to jest radość jego życia.
Prawdziwą sensację przyniosła Pani Kołtun.
- Była u mnie Ciotka Dewotka.
- Ta, co pracuje w MOPS-ie?
- Ta sama. I okazało się, że ta rodzina jest znana w całym mieście. Dorosłe chłopy siłą tkwią w domu, pobierają renty, wyłudzają, co się da i od kogo się da. Od MOPS-u, od Brata Alberta, od Urzędu Miasta, od proboszcza, od rodziny, od sąsiadów, od wszystkich bliższych i dalszych znajomych.
Mnie samej zaleciało fałszem na drugim weselu Pyskatej. W tej pokazowej katolickiej rodzinie Matka patetycznie błogosławiła krzyżem młodej parze: rozwódce sypiającej ze szwagrem na oczach dziecka i podejrzanemu typowi znikąd. Wzorcowa Matka adoptowanej czwórki, która deklaruje miłość do dzieci ponad własne życie, zaleciła w pewnym momencie Pyskatej oddać dziecko z pierwszego małżeństwa... do domu dziecka! W tym samym domu, gdzie głosi się, że żaden alkohol (nawet butelka piwa) nie ma prawa wstępu, a sam jego zapach ostentacyjnie odrzuca wszystkich domowników, Palacz otworzył przy mnie szafkę szczelnie wypchaną butelkami z wszelkimi rodzajami napojów wyskokowych. Od tego widoku aż mi dech zaparło.
- Wiesz, ja głupi myślałem, że coś podkoloryzowałaś, mówiąc o tych płaconych rachunkach, zakupach i pomocy dla Młodej – wyznał kiedyś ze wstydem Różowy. – Matka opowiadała o tobie, że jesteś pasożytem, który przesiadywał u nich całymi dniami i wyjadał im ostatnie kromki chleba z margaryną. Żadnej pomocy nigdy od ciebie nie otrzymali, wszystko sobie zmyśliłaś.
Po prostu mnie zatkało.
- Nie przejmuj się... – dodał, widząc osłupienie i zgrozę malujące się zapewne na mojej twarzy. - Teraz już widzę, jak to hula. Wziąłem dla nich kredyt i wcale nie wiem, czy nie będę musiał sam go spłacać. Cholera! Niby nie mają co do garnka włożyć, ale nowe biurko, komputer i aparat cyfrowy za grube tysiące dla Palacza kupili. I zamrażarkę dwumetrowej wysokości. Czyżby na tę margarynę?

10 komentarzy:

  1. ... odważnie napisałaś, niestety i takie sytuacje się zdarzają ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam tak, jak było naprawdę.

      Usuń
  2. Chciałoby się rzucić jakiś dosadny epitet!

    OdpowiedzUsuń
  3. Koszmar jakiś.Wiem dokładnie co czujesz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Też mi zabrakło. Wtedy, gdy to wszystko się wydarzyło. Naprawdę, jestem dość skutecznie wyleczona z pomagania ludziom - nie tylko przez ten jeden przypadek.

      Usuń
  5. Uwielbiam takie właśnie prawdziwe, życiowe historie.
    I nawet, jak są ... takie jak ta, czegoś nas uczą... prawda?

    Ech, ludzie, ludzie!

    OdpowiedzUsuń