sobota, 27 grudnia 2014

230. COŚ, czyli grzeszne myśli Frau Be

Był sobie czas przedświąteczny i była Frau Be. Przedurodzinowy piątek obfitował w liczne i szybko toczące się wydarzenia służbowe od samej 7.00. Zziajana bohaterka z jęzorem na brodzie, z amokiem w jestestwie i z czerwoną mgłą przed oczami miotała się we wszystkich kierunkach świata, by tuż przed południem wpaść w rzetelną i uzasadnioną panikę, czy aby na pewno zdąży na Bardzo Ważne Szkolenie Państwowe, na które w dodatku serdecznie nie miała ochoty. Chciał nie chciał, czekał ją upiorny, trzydniowy maraton. Na jego rozpoczęcie wszakże – mimo obaw – zdążyła. Tam, w luksusowych warunkach hotelowej sali konferencyjnej, po wypasionym obiedzie, jęła w końcu łapać oddech. Zaczęło się nawet robić całkiem przyjemnie, gdy naszą bohaterkę zaatakował znienacka i podstępnie ON: francowaty ból głowy. Na próżno podpierała ociężały czerep dwiema rękami, nadaremnie masowała skronie. Ból wysadzał jej gałki oczne na czoło i groził, że rozdupcy dyńkę na pierdyliard kawałeczków. Torebka ziała straszliwą pustką: ani jednej marnej tableteczki...
Zaciskając palce na długopisie, wytrzeszczając resztką silnej woli i tak już wytrzeszczone gały, próbowała fałdować obolałe zwoje, żeby nadążać zarówno za Panem Szkolącym, jak i za resztą szkolonych. W pewnej chwili przed kłębowiskiem bólu osadzonym na szyi Frau Be pojawił się jakby zarys twarzy, w której z niejakim trudem rozpoznała troskliwie pochylone przed nią oblicze Pana Szkolącego.
- Mam tabletki przeciwbólowe – powiedziała (a może szepnęła) (a może krzyknęła) twarz zza mgły. – Chce pani?
Pani chciała. Zachłannie pożarła od razu dwie i na powrót oddała się cierpieniu, które nie dawało za wygraną. Francowaty ból nie odpuszczał, zmuszony był jednak powoli kapitulować. Wbrew obawom Frau Be i Pana Szkolącego, czy na tym etapie rozzuchwalenia zechce w ogóle się poddać, wyświadczył w końcu tę grzeczność właścicielce obolałego czerepu. Z ociąganiem, niechętnie, acz w końcu na dobre ustąpił. Świeżo przywrócona do życia i jakby na nowo narodzona Frau Be, odzyskawszy w pełni zdolności percepcyjne, z całą mocą zaangażowała się w szkolenie. Odzyskany słuch funkcjonował jak się patrzy, sprzed wzroku odpłynęła czerwona mgła… Na jej miejsce napłynęły właściwe obrazy. Nasza bohaterka dopiero teraz mogła dokładnie przyjrzeć się Panu Szkolącemu i wsłuchać się w timbre jego głosu. Pan jak Pan, głos jak głos, skonstatowała w duchu. Do domu najchętniej by poszła…
Pan Szkolący odnotował fakt pojawiającego się na obliczu Frau Be wyrazu ulgi od bólu, o czym nie omieszkał poinformować zainteresowanej w czasie przerwy na kawę. Bohaterka przyjrzała mu się uważnie i uświadomiła sobie, że w Panu jest COŚ, co sprawia, że można poczuć tzw. łezkę w kroku. Popołudniowo-wieczorną część szkolenia poświęciła kontemplowaniu uśmiechu, który był jakby zewnętrznym wyrazem owego CZEGOŚ. W domu, siłą rzeczy, kontemplację przerwała i padła po wyczerpującym dniu jak podcięta sosna.
Cały kolejny dzień spędziła na kontynuowaniu kontemplacji uśmiechu, nie bez szkody dla przyswajania treści szkolenia. Po sobotnim obiedzie (nie trzeba dodawać, że w towarzystwie Pana) wyobraźnia Frau Be rozzuchwaliła się do tego stopnia, że przed jej oczami ponownie pojawiła się mgła, tylko innego rodzaju, bardziej migotliwa, bladoróżowozłotawa, a może srebrzystobłękitna. Uważny obserwator mógłby nawet dostrzec w jej cielęcym spojrzeniu wyraz rozanielenia zmieszanego ze skretynieniem.
Niedziela przyniosła nieoczekiwany zwrot akcji: Frau Be zaczęła myśleć.
Zastanowiło ją między innymi, co też takiego ma w sobie Pan Szkolący, co prowokuje u niej nie tylko objawy zaczadzenia, ale i okrutnie grzeszne myśli – taki bowiem etap osiągnęła już w sobotę. Na samym wstępie wyeliminowała rozmiar – wzrost siedzącego psa pozwoliłby Panu przy odrobinie dobrej woli zmieścić się bohaterce pod pachą. Oczy? Ciemne jakieś, gdzie im do jasnego błękitu! Włosy? Ależ łysiejący szatyn to zupełnie nie to samo, co pszeniczne, cherubińskie pukle…
Skomplikowany i bolesny proces myślowy pozwolił Frau Be ustalić w końcu, czym – poza ujmującym uśmiechem – jest ów tajemniczy afrodyzjak, działający na nią obezwładniająco bez względu na oczy, włosy, wzrost, a nawet uśmiech. Ciekawe, czy ktoś jeszcze zgadnie, co to jest. Pan Szkolący ma to, trzeba przyznać, potężne!

wtorek, 23 grudnia 2014

229. Dla nieobecnych



W tym roku mam taki właśnie nastrój.
Bardzo tęsknię za tymi, po których zostały puste miejsca przy stole…

„A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.

Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są – dobrze im jest,
Bo są z nami, choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.”



poniedziałek, 22 grudnia 2014