poniedziałek, 15 grudnia 2014

226. Rumunia: Deva, czyli jeżdżący wychodek



Ostatni rumuński punkt programu przywiódł nas do Devy. To niewielkie miasto w okolicy Hunedoary położone jest w dolinie rzeki Mureş w Transylwanii południowo-zachodniej. W Devie odkryte zostały ślady cywilizacji dackiej i rzymskiej. Najstarsze ślady osadnictwa w okolicach miasta pochodzą z neolitu. Forteca dacka nosiła nazwę Singidava.
Najbardziej atrakcyjnym miejscem jest wzgórze zamkowe będące nekiem wulkanicznym. To między innymi tam dokonano znaleziska archeologicznego. Już z daleka widoczna jest Cetatea (twierdza). Już w 1269 r. pojawiła się wzmianka o castrum Deva (zamek Deva), a u progu XIV w. miasto stało się siedzibą wojewody. W 1371 r. w dokumentach pojawiła się nazwa districtus castri Deva (dzielnica zamkowa). W XV w. twierdza została własnością Iancu Huneadyego, który rozwinął Devę i uczynił ją ważnym ośrodkiem administracyjno-handlowym. Niestety, nie oparła się Turkom i została zniszczona. Miasto odbudowało się i odzyskało dawne znaczenie za panowania Gabora Béthlena. W 1784 r. wybuchło w Transylwanii powstanie chłopskie, w czasie którego oblężona twierdza pozostała niezdobyta, a ponad stu buntowników natychmiast stracono.
W 1849 r. twierdza została wysadzona w powietrze przez austriackiego pułkownika Würma. Dziś na wzgórzu znajdują się ruiny, do których można dostać się, wjeżdżając na górę kolejką szynową wielkości i kształtu dziwacznej windy. Pierwsze i jedyne skojarzenie, jakie przyszło nam do głowy, to… wychodek. Brakowało tylko serduszka wyciętego w drzwiach. Wjeżdżając na stromą górę wychodek sprawiał wrażenie chwiejnego urządzenia, które lada moment przewróci się i spadnie. W rzeczywistości jednak po wejściu do środka okazywał się bardzo stabilny.




Ruiny twierdzy zastałyśmy w remoncie, otoczone prowizorycznym ogrodzeniem i obwieszone płachtami.



Usiłując dotrzeć do jakiegokolwiek miejsca, w którym znalazłoby się coś ciekawego do obejrzenia, znalazłyśmy malowniczo zarośniętą niesłychanymi chaszczami dziurę w murze.


Zbadanie dziury okazało się zgoła niemożliwe, gdyż dotarcie do niej po nieprawdopodobnych wykrotach groziło śmiercią lub czymś jeszcze gorszym. Z chaszczy za to z lubością skorzystała Tobołkowa, której niebezpiecznie chlupało w pęcherzu. Następnie znalazłyśmy sobie wygodny punkt widokowy i obejrzałyśmy Devę z góry.



Zjazd ze wzgórza zamkowego dostarczył nam nowych wrażeń – jazda w kierunku odwrotnym od poprzedniego wywoływała złudzenie, że wraz z ruchomym sraczem lada moment runiemy w przepaść na pysk.



Nic takiego wszakże się nie stało. Bezpiecznie wylądowałyśmy tuż obok szkoły sportowej, która wydała jedną z najwybitniejszych gimnastyczek świata – Nadię Comăneci.

20 komentarzy:

  1. Czymś podobnym jechałam(?) wjeżdżałam(?) w Wilnie, na górę Zamkową. W przeciwną stronę identycznie.
    Ale jakie widoki na Wilno były z tej góry ! Niesamowite zdjątka mam.
    Pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałaś takie skojarzenia?

      Usuń
    2. Nie. Byłam zadowolona, że nie muszę wchodzić per pedes !

      Usuń
    3. Ooooo, z tego, to ja zawsze jestem zadowolona!

      Usuń
    4. Jakby Ci (od długiego chodzenia) wlazły nogi w ... uszy, to też chętnie skorzystałabyś z takiej "podwózki" !

      Usuń
    5. Zawsze chętnie korzystam, bo jestem zwolenniczką mądrego żydowskiego przysłowia, że lepiej źle jechać niż dobrze iść. Ponadto nienawidzę dymać pod górkę, nie urodziłam się kozicą ani świstakiem, tylko normalnym człowiekiem.

      Usuń
  2. Maluśki ten wagonik. Na stojąco dwie osoby wejdą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, więcej wlazło!

      Usuń
    2. No bo tak wygląda, ale jak się przyjrzeć to masz recht.

      Usuń
    3. Proporcje między człowiekiem a sraczem widać na trzecim zdjęciu od góry :))

      Usuń
    4. Nie bardzo, bo widać pół osoby, ale wierzę Ci - sprawdziłaś niejako organoleptycznie :)

      Usuń
    5. Oj, pół osoby, ale w pionie! Da się stwierdzić, ile wejdzie obok i z tyłu.
      W każdym razie na pewno zmieściłyśmy się we trzy, bo oprócz Tobołkowej i mnie zjeżdżała jeszcze Buraczkowowłosa.

      Usuń
  3. Wileńska była nieco większa. Właziło tam 4-6 osób. Można też było skorzystać ze schodów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta , tu pokazana, jest chyba taka sama. Jeśli "sracz" to kilkuosobowy i koedukacyjny:(

      Usuń
    2. Myślę, że tu też spokojnie ze 6 sztuk wchodziło - albo i więcej.

      Usuń
    3. A masz coś przeciwko koedukacji? :))))

      Usuń
    4. Jeśli koedukanci nie mają nic przeciwko.....

      Usuń
    5. Nie sądzę, żeby mieli :)

      Usuń
    6. Przynajmniej nie ci, których znam :)

      Usuń