piątek, 30 października 2015

wtorek, 27 października 2015

293. A tak właściwie to o co chodzi?


Nosiłam się niegdyś z zamiarem poruszenia tego tematu, ale zapomniałam. Teraz przypomniał mi o tym Leslie. Otóż lat temu dwa, rozkoszując się widokiem na morze, siedziałyśmy we cztery przy kawiarnianym stoliku, popijając kawę i podgrzane mleko. Posprzeczałyśmy się dopiero przy płaceniu rachunku. Poszło o napiwki.
Zdania były podzielone – dokładnie pół na pół. Dwie optowały za i dwie przeciw. Znalazłam się w tej drugiej dwójce, co – zważywszy na to, że ja zła kobieta jestem – nie powinno nikogo dziwić. Ostatnimi czasy da się zauważyć, że sprawa napiwków dotyczy nie tylko kelnerów. Niektórzy fryzjerzy i sprzedawcy bezczelnie wystawiają skarbonki z napisem „Napiwek”. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego miałabym płacić dodatkowy haracz za to, za co już zapłaciłam (najczęściej zresztą słono) i dlaczego akurat przedstawicielom tych, a nie innych profesji. W najmniejszym stopniu nie przekonuje mnie argumentacja jednej z koleżanek, która podnosiła, że ludzie ci pracują ciężko, a zarabiają mało. O ile mi wiadomo, takich ludzi, którzy leżą do góry podwoziem, a pieniądze spadają im z nieba, jest wyjątkowo niewielu. Pracuję równie ciężko i kokosów nie zarabiam, a mimo to nikomu do głowy nie przyjdzie dawać mi jakikolwiek napiwek. Podobnie ciężko i bez nie wiadomo jakich apanaży pracują kierowcy MPK, bibliotekarki, maszyniści, ratownicy, panie w dziekanatach, laboranci, policjanci, manicurzystki etc. Nikt nie daje im za to żadnych dodatkowych pieniędzy!
Nie rozumiem i nie popieram idei napiwków.

piątek, 23 października 2015

292. Facet z Internetu



Lat temu… dużo, gdy Tobołkowa nie była jeszcze Tobołkową, lecz Baronową von Dupersztangiel, jej małżeństwo z von Dupersztanglem sypało się na równi z tynkiem ze ścian w mojej łazience, a Szczur Spod Podłogi dawał do wiwatu ile wlazło. Przyszła Tobołkowa, bezrobotna i zdołowana, wyjechała na trzy tygodnie jako opiekunka kolonijna, żeby sobie dorobić na waciki. Po jej powrocie siedziałyśmy na balkonie Nory.
- I wiesz – opowiadała rozemocjonowana – wieczorami nie było co robić, to siedziałam przy komputerze. Weszłam jednej nocy na czat i poznałam takiego faceta, z którym potem codziennie gadałam. Przegadaliśmy wszystkie kolejne noce.
Z oczu Baronowej von Dupersztangiel bił niezwykły blask.
- Uważaj – powiedziałam ostrożnie. – Nie ekscytuj się tak. W twojej sytuacji łatwo się zakochać w kimkolwiek, kto tylko powie ci coś miłego.
- Wiem – westchnęła. – Ale on jest tak bardzo inny od wszystkich, naprawdę…
- Taaa… każdy jest „inny”.
Zrobiło mi się jej żal. Osamotniona w codziennej szarpaninie z rzeczywistością, z Dupersztanglem, ze Szczurem Spod Podłogi, z dwójką dzieci, z biedą i z depresją, uchwyciła się kurczowo złudnej nadziei, którą dał jej Internet. Obcy mężczyzna z wirtualnego świata mógł być Bóg wie kim i udawać nie wiadomo kogo, a ona, spragniona każdego dobrego słowa, łykała jak pelikan wszystkie piękne gadki.
- Proszę cię, zachowaj jakieś niezbędne minimum zdrowego rozsądku.
Nie mogła wytrzymać. Raz i drugi wyciągnęła mnie do kafejki internetowej, pokazała maile. Fakt, były niegłupie, ale to tym bardziej nakazywało ostrożność. Pisał je człowiek bardzo inteligentny. Mógł być psychopatą, oszustem, gwałcicielem, kimkolwiek.
- Posłuchaj – powiedziała pewnego dnia. – Postawiłam wszystko na jedną kartę. Jadę się z nim spotkać. Na neutralnym gruncie.
- Oszalałaś?!
- Umówiliśmy się na weekend w Solinie.
Chwyciłam się za głowę z niedowierzaniem, ale klamka zapadła. Zaczęłam się bać. Zdeterminowana Baronowa von Dupersztangiel przeprowadziła rozmowę z rodzicami, zostawiła im dane delikwenta (mogły być fałszywe!) i adres miejsca pobytu w Solinie, umówiła się na telefony o konkretnych porach. Drugą depozytariuszką wszystkich informacji zostałam ja.
- Jeśli nie odezwę się w terminie, to znaczy, że odrąbał mi łeb razem z płucami i zwłoki wrzucił do zalewu – powiedziała na odjezdnym. – Rodzice niech zawiadomią policję i prokuraturę, a ty wiesz, co masz robić.
- Wiem – pociągnęłam nosem. – Ale może jednak wrócisz…
Pojechała.

* * *

- Żyjesz! – po trzech dniach oczekiwania w napięciu padłam jej w ramiona na dworcu.
- Myślałam, że umrę od razu, gdy go zobaczyłam wysiadającego z tego autobusu – relacjonowała pół godziny później. – Brzydki jak nie wiem co, wymiętolony, ubrany jak ostatni wieśniak. Byłam tak zawiedziona, że chciało mi się ryczeć. Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec, nie potrafiłam sobie wyobrazić, co ja z nim będę przez te trzy dni robić. Do tego wciąż nie miałam pewności, czy nie psychopata i czy nie poderżnie mi gardła tępym scyzorykiem. Boże, jak ja chciałam do domu!
- Ale nie poderżnął…
- Nie poderżnął. Za to potwornie chrapał!
- I co teraz?
- Nic. Ale wiesz co?
- ?
- On jest cudowny.

* * *

Kilka miesięcy później przyszła Baronowa von Dupersztangiel była już wolna od Nory, Dupersztangla i Szczura Spod Podłogi, za kilka następnych została Tobołkową. Minęło właśnie 10 lat od tamtego spotkania. Gdyby wówczas uciekła na widok wysiadającego z autobusu Tobołka, nigdy nie dowiedziałaby się, jak bardzo można być szczęśliwą, mając za sobą dobrych kilka lat… potwornego chrapania z widokiem na kolejne, równie szczęśliwe.