piątek, 9 października 2015

286. Włochy: Castel Sant'Elia



Trasa z Wenecji, zgodnie z zasadą, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, powiodła nas w tamtym kierunku. Kilka kolejnych nocy spędziliśmy w miasteczku o nazwie Castel Sant’Elia, oddalonym od Wiecznego Miasta o 45 km. Przyjęli nas tam polscy zakonnicy ze zgromadzenia Św. Michała Archanioła (michaelici). W 520 r. powstała tutaj za sprawą mnichów benedyktyńskich bazylika św. Eliasza. Od XIII w. opiekę nad sanktuarium pełnili kolejno Kanonicy Regularni od Świętego Ducha, franciszkanie, pustelnicy, a od 1982 r. polscy michaelici.



Papieskie Sanktuarium Matki Bożej Skalnej w Castel Sant’Elia wraz z klasztorem jest przepięknie położone na naturalnych tarasach na wysokości 212 m n.p.m. i otoczone Apeninami Sabińskimi, górami Cimini i Monte Soratte. Nazwa miejscowości („Zamek św. Eliasza”) pochodzi od klasztoru benedyktyńskiego. W do dziś istniejących grotach mieszkali pustelnicy, spośród których wielu przywdziało później habity benedyktyńskie.



Michaelici okazali się niezwykle gościnni, czego najlepsze dowody pojawiały się… na stole. Usługiwali nam młodziutcy nowicjusze, jeszcze przed obłóczynami oraz przebywający tam na wakacjach męscy członkowie rodzin michaelitów. Jedzenie było pyszne, wiele potraw przyrządzanych było z tego, co wyhodowane zostało w klasztornych ogrodach. Zakonnicy mają m.in. swoje winnice i podawali dzbany pełne wina własnego wyrobu, trudnią się także produkcją oliwy.

Michaelicki sad oliwny

Przyrządzają doskonałą surówkę z kilku mieszanych gatunków sałat (oczywiście „własnego chowu”) i rzodkiewki, niestety, spaskudzoną rukolą, która psuje swoim smrodem całą potrawę. Włoskie jedzenie w ogóle bardzo przypadło mi do gustu, pławiłam się zwłaszcza we wszelkiego rodzaju makaronach. Czas na prawdziwy koncert przychodził po głównych posiłkach, gdy „na deser” podawano półmiski z kilkoma gatunkami serów w gigantycznych bryłach, z których można było odkrawać lub po prostu odłamywać dowolnej wielkości kawały. Nie żałowałam sobie, zwłaszcza parmezanu. W życiu mogłabym żywić się wyłącznie nabiałem. Wieczorami, w wolnym czasie, spacerowałyśmy sobie z Kulką, Kościotrupem i dziećmi po rozległym terenie klasztornych włości albo przesiadywałyśmy do późna na schodach domu dla pielgrzymów, w którym mieszkałyśmy, prowadzących prosto do piniowego parku.






Nasze "trunkowe" schody

Zazwyczaj popijałyśmy piwko z przemytu. Trunek był przemycany przez nas oczywiście nie dlatego, żeby był niedozwolony we Włoszech, lecz z powodu zakazu spożywania alkoholu w obrębie klasztoru. Jakoś mi do tego nie pasowały te dzbany z winem podawane w refektarzu, ale widocznie uważane były za element składowy posiłku. Zresztą, nikt nas nie kontrolował, a butelek i puszek pozbywałyśmy się na zewnątrz. Zakonnicy mieli zresztą o tej porze przyjemniejsze zajęcie niż tropienie domniemanych alkoholików, co odkryłyśmy z Kulką właśnie w czasie beztroskiego posiedzenia na schodach. Około 23.00 w całkowitych ciemnościach usłyszałyśmy rozchichotane, pomieszane głosy damskie i męskie. Ze zdumieniem skonstatowałyśmy, że przeszła właśnie obok nas malownicza grupa złożona z… zakonników i kucharek z przewieszonymi przez ramiona ręcznikami. Przemknęli mimo naszych schodów jak hałaśliwe duchy i zniknęli w ciemnościach, pozostawiając nas w osłupieniu. Jeszcze długo w nocy dobiegały nas rozbawione głosy, dlatego pierwszą naszą czynnością po wstaniu następnego dnia była wyprawa w głąb parku. Z radością odkryłyśmy na samym jej końcu basen, którego brzegi obłożone były… kolorowymi materacami, kółkami, piłkami i innymi nadmuchiwanymi zabawkami typu delfinek, krokodyl itp. Przy okazji zebrałyśmy na pamiątkę gigantyczne szyszki pinii. To oszałamiające drzewa.


22 komentarze:

  1. No i wszystko jasne! W dzien piekne widoki i praca w ogrodkach i winnicach, a w nocy mlode kuchareczki w basenie. Zyc nie umierac! Oni w ogole maja czas sie pomodlic?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tego to już nie zgłębiałam. Miałam inne zajęcia :)

      Usuń
    2. Pantero przeszło mi przez myśl dokładnie to samo ;))

      Usuń
  2. Ależ tam pięknie. Urody dodają te małe ogródeczki przyczepione do zbocza góry.
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie, to nie są "małe ogródeczki"! To jest wielki teren.

      Usuń
    2. Te "przyczepione" do zbocza?

      Usuń
    3. Masz rację z tymi opisami.

      Usuń
    4. Nie wiem, które zdjęcie masz na myśli. Żadnych przyczepionych do zbocza ogródków tu nie ma.

      Usuń
    5. A z tymi opisami to... w jakim sensie?

      Usuń
    6. Z moimi opisami. Sens wczorajszy;)

      Usuń
    7. 2, 3, 4 od końca. Może jest ich więcej?

      Usuń
    8. Zdjęcia ogródków mam na myśli .

      Usuń
    9. Wczorajszy sens rozumiem, ok. Polecam!

      Usuń
    10. A. To wiem. To nie są żadne ogródki. To jest zbocze góry, na której jest klasztor i wzdłuż niego na różnych poziomach ciągną się tarasy i dróżki, nad częścią znajdują się pergole porośnięte winoroślą. Te dróżki prowadzą w dół i w dół, do grot dawnych pustelników i dalej - aż do miasta.

      Usuń
    11. I bardzo fajnie się tamtędy chodzi.

      Usuń
  3. Ehh Włochy ....., ehhhh ciepło .....
    Miejsce wydaje się nader ciekawe - łącznie z tym basenem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Ciepło. ZA ciepło! Dlatego zamiast spać, wysiadywałam na schodach :)

      Usuń
    2. I mnichów z kucharkami podglądałaś ;)

      Usuń
    3. A co Ty, ciemno było jak u Murzyna w...!

      Usuń
  4. Widzę, że mam u Ciebie sporo do nadrobienia, tyle ciekawostek i historii. Dziś jestem w stanie tylko obejrzeć obrazki i przeczytać wyrywkowo, zostawiam więc taki połowiczny komentarz...
    Wrócę ... o ile okaże się to możliwe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie jak na wojnie. Nie umiera się tak prędko, o, nie - trzeba się najpierw trochę w życiu pomęczyć :)

      Usuń