wtorek, 29 grudnia 2015

313. Ładny bigos



Tobołkowa zadzwoniła do mnie jak zwykle. Punktualnie w nasze urodziny. Tradycyjnie z polskiego telefonu, który od czasu wyjazdu trzyma na takie okazje, bo jednak wypada taniej. Zasięg do Polski łapie na balkonie.
Zgodnie z nieśmiertelnym rytuałem, w słuchawce zabrzmiał najpierw upiorny rechot, a dopiero później okolicznościowa, od lat niezmienna o tej porze roku formułka.
- No cześć, stara łupo!
- Cześć, prukwo. Popatrz dobrze, czy nie musisz znowu pozamiatać, bo to próchno się z ciebie sypie coraz bardziej.
- No, no. To rośnij duża, żryj i niech ci dupa rośnie!
- I vice versa, a nawet vis a vis. Oraz girlandy kwiecia i gołąbki pokoju!
- I świąteczny jodłowy kij ci w ryj – zakończyła Tobołkowa.
Ponadczasowa wymiana uprzejmości zwieńczona została konwencjonalnym wybuchem potwornego rechotu po obu stronach słuchawki, po czym można było przejść do dalszej części pogawędki na temat: „No to gadaj, co u ciebie słychać”.
Ględząc umiarkowanie głupio, usłyszałam nagle jakiś miarowy stukot graniczący z łomotem, a potem kolejny wybuch śmiechu przyjaciółki.
- No nie – zachichotała rozpaczliwie. – Ja to mam szczęście… Drugi raz w życiu wyszłam za debila!
Zdębiałam.
- Teraz to odkryłaś?! Po dziesięciu latach? Ta romantyczna rocznica tak twórczo na ciebie oddziałała?
- Nie wiem… Słuchaj, ten kretyn zamknął mnie na balkonie!
- No to niech cię otworzy.
- Kiedy on wyszedł!
- Jak to: wyszedł.
- Normalnie. Wlazł mi tu, zobaczył, że gadam z tobą, wymamrotał, że wychodzi i poszedł. Tyle, że zamknął drzwi balkonowe na amen. A mnie dupa marznie. Matko, jak on mnie musi nienawidzić – jęknęła i ponownie zaniosła się śmiechem.
- Dokąd polazł? – zainteresowałam się.
- Do bankomatu i po fajki.
- Daleko macie ten bankomat?
- Na drugim końcu miasta. Ale to mała dziura.
- To ile go nie będzie?
- Tak z pół godziny. To dawaj, co tam u Kulki?
Po upływie jakichś pięćdziesięciu kolejnych minut Tobołkowa zapytała z lekkim niepokojem w głosie:
- Która godzina? Bo mi już sople z tyłka wiszą.
- A sikać ci się nie chce?
- Ty do mnie nie mów o sikaniu! – zaczęła złowrogo.
- A. Rozumiem. To nie będę. Wyobraź sobie, że jesteś na Saharze…
- Gdzie ten idiota? – zastanowiła się, pomijając milczeniem Saharę i zdenerwowała się nagle.
- A co, jeśli ten bęcwał wpadł pod samochód? Zostanę tu do wiosny w charakterze mrożonki i znajdą mnie dopiero na wiosnę, jak zacznę śmierdzieć!
- Dlaczego dopiero na wiosnę?
- Bo nikt normalny nie wyjdzie na balkon w zimie.
- No tak. A jakoś tak… przez balkon… nie możesz?
- Nie mogę. Czwarte piętro – wyjaśniła ponuro.
- Czekaj, a Zołza gdzie?
- Zołza polazła do narzeczonego i cholera ją wie, kiedy wróci. Nie przed dwudziestą drugą, to pewne.
- No to fakt, zamarzniesz.
- Czekaj, czekaj. Mówisz, że która godzina? Dziewiętnasta?
- Dwie po – sprecyzowałam.
- To gadamy już godzinę… Gdzie ten lebiega? O, cholera! – gwałtownie zmieniła ton i urwała. – To ja już wiem, gdzie ten półgłówek się podziewa. Pojechał do Zgorzelca – wyznała grobowym tonem.
- Po jaką cholerę do Zgorzelca?!
- Po Piniora. Synuś do mamusi w odwiedziny jedzie, pociągiem do granicy, a potem Tobołkiem. Ferie ma. No to koniec…
Zaniemówiłam. Takie coś mogło przydarzyć się tylko którejś z nas.
- Poczekaj chwilę – rzekła Tobołkowa po chwili namysłu. – Rozłączę się i zadzwonię do Piniora, żeby zatelefonował z tego cholernego pociągu do Tobołka i niech mu każe zawrócić i mnie uwolnić.
Kombinacja wydała mi się nieco karkołomna.
- Dlaczego przez posły? Postanowiłaś nie odzywać się do niego do końca życia?
- Nie mam w polskiej komórce jego numeru. Nie sądzisz chyba, że znam na pamięć?
Nie sądziłam. Tobołkowa była ostatnią osobą na ziemi, którą mogłabym podejrzewać o zapamiętanie choćby dwóch cyfr.
Rozłączyła się, by po pięciu minutach zadzwonić ponownie.
- Wiesz, co zrobił ten gad zdradliwy, którego na własnym memłonie wyhodowałam?
- Pinior?
- Pinior. Powiedziałam mu, o co chodzi, a on zaczął się śmiać aż dostał czkawki. I nie przestał!
- W ogóle?
- W ogóle. Obiecał, że zadzwoni do Tobołka, jak się uspokoi. Żeby spuchł!
- A potem pękł – przytaknęłam uprzejmie.
- Nie pozostaje nam nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość. Będziesz gadać do mnie do skutku, żebym nie zamarzła.
- Znaczy co? – zapytałam ostrożnie i z powątpiewaniem. – Mam ci mówić coś ciepłego? Kaloryfer, piec, słońce i rosół?
- Rosół! – wykrzyknęła Tobołkowa z nagłą radością. – Jesteś genialna!
W słuchawce pojawiły się jakieś chroboty i jakby metaliczne chrzęsty.
- Czym brzęczysz? – spytałam podejrzliwie.
- Przypomniałaś mi tym rosołem, że mam tutaj gar z bigosem!
- To przynajmniej z głodu nie umrzesz. Będziesz go teraz jadła?
- Głupiaś. Usiądę na nim, jest jeszcze ciepły. Pierwszorzędny garnek, trzyma jak diabli. Może mi parę sopli stopnieje, przynajmniej od dołu. Nie mam chusteczki, z nosa też mi wiszą.
Dźwięki w tle zmieniły charakter z metalicznego na łagodnie szeleszczący.
- Czym znowu szumisz?
- Borem. Lasem. Mam tutaj jedlinę. Owinę się, będzie cieplej…
Oczami duszy ujrzałam zmarzniętą Tobołkową z soplami zwisającymi z nosa, owiniętą w jedlinę i siedzącą na garze z bigosem pośród lampek choinkowych, którymi udekorowany był balkon na czwartym piętrze i wstrząsnął mną homerycki śmiech.
- Czego rżysz, kretynko? – Tobołkowa zaniosła się równie niepohamowanym chichotem. – No, jestem umoszczona, możesz mówić. Czeka nas upojny wieczór. Widziałaś się może ostatnio z Pszczołą?...
Opowiadając z detalami uwięzionej przyjaciółce wszystko, co wiedziałam o naszych krewnych i znajomych do siódmego pokolenia wstecz, zdążyłam umyć podłogi w całym mieszkaniu i zacząć gotować obiad na następny dzień. W słuchawce ponownie zachrobotało i uszczęśliwiony głos Tobołkowej wdarł się w mój monolog.
- Jest! Słyszę go w przedpokoju! Zadzwonię potem i powiem ci, czy go zabiłam!
I rozłączyła się.
- Wiesz co? – wymamrotała sennym głosem godzinę później. – Ułaskawiłam go, bo wymyśliłam coś gorszego.
- ?
- Dożywocie ze mną to chyba wystarczające tortury – obwieściła zadowolonym tonem.
Nie trzeba zapewne dodawać, że na definitywne zakończenie dnia w dwóch punktach globu oddalonych od siebie o parę setek kilometrów wybrzmiał aż do ostatniego tonu upiorny rechot.

64 komentarze:

  1. O Matko i córko! A jednak życie pisze najlepsze scenariusze :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepsze. Zwłaszcza, gdy zejdziemy się (choćby i na odległość) z Tobołkową. To już jakieś fatum złowieszcze! :))

      Usuń
  2. Ja tak stałam pod drzwiami mieszkania, bez kluczy, a moje dziecko w środku przysnęło w wannie. Najpierw pukałam, potem dzwoniłam, potem kopałam w drzwi, wołałam sąsiadów, a kiedy zaczęłam całkiem serio rozważać wezwanie straży i pogotowia to otworzył i powiedział, że, owszem, słyszał wcześniej dobijanie się, ale się bał, że to jakieś zbóje.
    No, jesteś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem, ale co to za bycie.
      Ha, zbóje! Nie powiem, nawet wyglądasz na zbója :)))

      Usuń
    2. Lustereczko mi to mówi, przecie :D

      Usuń
    3. To dziwne. Bo kiedy ja go pytam, kto jest najpiękniejszy w świecie, to mi odpowiada: "Powiem, powiem, tylko odsłoń, bo zasłoniłaś sobą i nie widzę".

      Usuń
  3. Chyba cale to meskie plemie jest dotkniete bezmyslnoscia, bo myslenie to raczej bardzo bolesny proces, a kazdy facet to histeryk i boi sie bolu jak diabel swieconej wody. Otoz mojemu tez zdarzylo sie mnie zamknac na balkonie, kiedy spokojnie palilam. Tyle, ze ja w pore sie zorientowalam i dalam znac, zanim wyszedl - to po pierwsze. A po drugie - mieszkamy na parterze, wiec tego... w ostatecznosci moglabym sie ewakuowac sama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi facetami to racja, chociaż to akurat zamknięcie było kwestią odruchu. Dla równowagi w przyrodzie kobiety zostały obdarzone poczuciem humoru - w przeciwnym razie bowiem nie zniosłyby życia w świecie pełnym chłopów :))

      Usuń
    2. Spoko, jak mój mnie odbierał po cc ze szpitala, nie przywiózł butów, wracałam w kapciach, na szczęście naszym prywatnym samochodem :-)

      Usuń
  4. "Gdzie ci mężczyźni,prawdziwi tacy,
    orły, sokoły herosy?...
    Gdzie ci mężczyźni na miarę czasów,
    gdzie te chłopy? Jeeeeee!"

    Jak się jakiś objawi i męskością a i rozumem błyśnie... Ale to unikaty na skalę globalną!
    Przydatni bywają, bo silni. Przykrywkę od słoika odkręcić potrafią bez "gimnastyki". I w ogóle...
    W domu taki pomocnik jest przydatny.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat o Tobołku nie można złego słowa powiedzieć.

      Usuń
    2. Będą go w muzeum pokazywać, ale zanim co, życzę mu długiego życia:))) Zasłużył!

      Usuń
    3. Ba!
      To naprawdę dobry człowiek, a nawet mąż.

      Usuń
  5. jeszcze moment, a zaczęła by zajadać bigos, a kiedy i ten by się skończył, pewnie i dopadła się do gałązek :DDDDDD

    OdpowiedzUsuń
  6. Za choinkę Tobołkowa mogła robić, jak się tą jedliną owinęła i lampkami. Buhahaaa .....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lampkami nie zdążyła :))

      Usuń
    2. :)))) ale jakby dłużej posiedziała hihi ....

      Usuń
    3. Prawdopodobnie mogłaby jednak odplatać te girlandy i owinąć się nimi, bo przecież światełka też wydzielają światła. Mogłaby się nawet bezpośrednio podłączyć do prądu na rozgrzewkę :))

      Usuń
    4. CIEPŁO! Wydzielają ciepło;)))

      Usuń
  7. No to sie tez posmialam :-)))
    A ty... juz tam nie klam ze urodziny mialas niewesole. Sama napisalas ze rechotalas upiornie, buahahahaha :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urodziny mogą być, to święta były do dupy.

      Usuń
  8. Zazdraszczam.
    Nie mam przyjaciółek. :(
    Jestem intro.

    Wszystkiego naj z okazji Urodzin! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja mam Tobołkową na dużą odległość.
      Na mniejszą - Prosiaczka.
      A na miejscu - Kulkę.
      37, 33 i 29 lat trwałych więzów.

      Usuń
    2. I dobrze.
      I tak powinno być.

      Czasem myślę o sobie, jak o dziwaczce ze spektrum autyzmu (Asperger mi się chyba kłania)... :(

      Usuń
    3. E tam. Dziwaczka to ja jestem i nawet nie czasem, tylko zawsze. Wcale nie jest mi z tym źle. Myślę nawet, że bycie dziwakiem dzisiaj jest odruchem obronnym organizmu przez skretyniałym, schamiałym światem.

      Usuń
    4. Wszystkiego spełnionego dla Was, Be i Ewo, oby ten czas był dobry!

      Usuń
    5. Dziękuję... i nawzajem.

      Usuń
    6. Wzajemnie wszystkiego naj !

      Usuń
  9. Obie jesteście porąbane, ale Tobołkowa bardziej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to był najpiękniejszy komplement, jaki słyszałam i czytałam :)))

      Usuń
    2. No tak, bo porąbanie to najpiękniejszy stan umysłu :D coś o tym wiem :DDD

      Usuń
    3. Ów najpiękniejszy stan umysły towarzyszy nam od wczesnego dzieciństwa. Ze mnie przelazło na dziecko. Genetycznie.

      Usuń
    4. Nasze też dziedzicznie obciążone, nie narzeka :DDD

      Usuń
    5. Nie narzeka, rąbniecie albowiem pięknym jest :)

      Usuń
  10. Bycie porąbanym w naszych czasach, to całkiem normalne. Bycie normalnym, to brak przystosowania do obecnej rzeczywistości. Przecież wszyscy wiemy jak działa to wszystko wokół nas! Świat oszalał ! Wiemy o tym od dawna!
    :)))

    OdpowiedzUsuń
  11. Добрый день. Поздравляю с Новым Годом. Leslie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Спасибо вам большое, Лесли

      Usuń
  12. Nie mam balkonu,nie grozi mi zamknięcie.Może szkoda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Frau Be! Nikt nie poprawia tak humoru jak ty! Na szczęście sama pracuję bo nie mogłam się przestać chichrać...a mam mega katar...i nie wygląda dobrze takie chichranie;)
      Trzymaj się ciepło:*

      Usuń
    2. Pokaż mi takiego, kto świetnie wygląda z katarem :)

      Usuń
  13. Bigos już zjedzony. Zapodaj coś nowego :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tatara,szarlotka z bitą śmietaną jak w cukierni w Pobiedziska, gęś pieczoną, i zupę czosnkową, ale na czeską modłę. Wystarczy?

      Usuń
    2. Uwielbiam zupę czosnkową! Słowacką! (I bryzndzowe haluszki).
      Resztę da się zrobić, tylko nie wiem, gdzie te Pobiedziska. Nie może być Słodki Domek w Lesku? :)

      Usuń
    3. Pobiedziska są między Gnieznem a Poznaniem.
      A Słodkiego Domku nie znam.

      Usuń
    4. No to jedźże wreszcie w jakimś cywilizowanym kierunku, (tj. w Bieszczady)! Nie cierpię Wielkopolski :|

      Usuń
    5. Bieszczady są wściekłe daleko. Wielkopolskę lubię za kuchnię i porządek jaki tam jest.

      Usuń
    6. Jak to daleko?! Są tuż, tuż! :) A w Wielkopolsce brzydko, płasko, przyroda jakaś skarlała i zwyrodniała...

      Usuń
  14. Gdzie Ty się podziewasz, Be?
    Wracaj, bo tęsknię za Twoimi postami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, żebym to ja wiedziała, gdzie się podziewam...
      Zgubiłam się i nie mogę się odnaleźć.

      Usuń
  15. Sorry, ze z takim opóźnieniem, ale to się świetnie nadaje na opowiadanie satyryczne :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie samo w sobie to niezła satyra!

      Usuń