poniedziałek, 28 marca 2016

319. Mądrym ku przestrodze, a głupim tym bardziej



Kilkanaście dni temu dotarła do mnie, a kilka dni temu została oficjalnie potwierdzona wiadomość o tym, że moja koleżanka ze studiów została osobą, jak by to powiedzieć… mocno publiczną. Na świeczniku. Wieść o tym obiegła właściwe kręgi lotem błyskawicy i rozliczne osoby rzuciły się do mnie z gratulacjami, chociaż to ani mój sukces, ani moja zasługa.
- Ho, ho – mówili. – Wysoko zaszła, dzielna dziewczyna…
Nawet nie wiedzą, jak bardzo dzielna. Jej droga do kariery nie była usłana różami. Pod koniec studiów zakochała się głupio, w żonatym i dzieciatym gościu, który naplótł jej, ile wlazło, o złej żonie, obiecał rozwód, złote góry i szczęśliwe pożycie. Złapała się na ten lep jak wiele innych przed nią i po niej. Dalej poszło stereotypowo. Skutkiem beztroski, zaniedbania antykoncepcji lub dojścia do głosu bezrozumnego instynktu macierzyńskiego zaszła w ciążę, a kochaś zwinął żagle i grzecznie wrócił do rodziny, której od początku nie zamierzał porzucać. Ultrakatoliccy rodzice naszej bohaterki zatrzasnęli jedynaczce drzwi przed nosem.
- Jakeś zgrzeszyła, to teraz pokutuj, a my takiej kurwy znać nie chcemy – błysnęli miłością bliźniego.
Zanim doszła do dzisiejszej pozycji, najadła się biedy i upokorzeń. Nie chcę jednak gdybać na temat jej drogi życiowej i tego, jak mogłaby wyglądać, gdyby pod koniec studiów wybrała inaczej. Zmierzałam do tego, że jej historia przypomniała mi epizod sprzed kilku lat. Pilnie potrzebowałam ukojenia i plastra na rany, a on był dość miły, dość przystojny, dość inteligentny i dość wykształcony, żeby mnie zainteresować. Miał chudą, nie grzeszącą urodą żonę, dwoje prawie dorosłych dzieci i pełną gębę planów rozwodowych. Popadł w amok na moim tle, a ja, kretynka bidna puszczona w trąbę przez miłość życia, napaliłam się na niego jak szczerbaty na suchary, bo taki dobry był, na rękach nosił, dawał poczucie spokoju i nadzieję na bezpieczną przystań. Przez dwa lata godziłam się na uprawianie partyzantki, aż w końcu poszłam po rozum do głowy i dałam wyraz niezadowoleniu z konieczności chodzenia kanałami, uprawianego rzekomo w celu niedostarczania dowodów w sprawie rozwodowej. Ta ostatnia wszakże jakoś dziwnie nie mogła wystartować. Drobna, acz fachowa awanturka w moim wykonaniu szybko doprowadziła do wyjaśnienie sprawy. Tchórzliwy Romeo nie potrafił dokonać samodzielnego wyboru, więc wybrałam za niego. I nawet zrobiło mi się trochę żal tej jego zasuszonej żony, że z takim mężem została.
Od czasu tamtej historii żonatych wystrzegam się jak ognia, bo te ich rzekome plany rozwodowe to kiełbasa wyborcza. Albo sytuacja jasna – albo wypad z baru!

96 komentarzy:

  1. I tak trzymać!
    Żonaci rozpustnicy zazwyczaj rozwodu nie biorą, tylko szukają naiwnych na lato .... i kłamią wytrawnie niczym politycy. Po jednych pieniądzach i jedni, i drudzy. Tfu!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pohybel takim. Też to przerabiałam.

      Usuń
    2. Znaczy więcej nas takich... mało mądrych :)

      Usuń
    3. Dzieweczko, na co przerabiałaś :-)

      Usuń
    4. No to ja... też się do klubu zapisuję. I Ament.

      Usuń
    5. Leslie, może na pasztetówkę? :)

      Usuń
    6. Iwona! Do tych mało mądrych? ale nas jest...

      Usuń
    7. Na kichę i kiełbasę, tudzież pasztet, Leslie :)

      Usuń
    8. No, odbił mi cię czkawką, raz a dobrze.

      Usuń
    9. Mnie się odbija do dziś, już niedługo będzie 10 lat tej czkawki, ponieważ:
      - nadal ma żonę,
      - mimo to uważa, że mnie kocha oraz że jestem miss świata,
      - dzwoni do mnie o każdej porze dnia i nocy z przyjacielskimi pogawędkami oraz dobrymi radami.

      Usuń
    10. To niegrzeczny jest. Oraz złośliwy chyba, bo Cię gnębi.

      Usuń
    11. Nie gnębi, tylko kocha :) On jest tak naprawdę bardzo miły i lubię go. A telefon odbieram co szesnasty raz i wszyscy są zadowoleni :)))

      Usuń
    12. Niech i tak będzie :) Mniłość ma różne oblicza :D

      Usuń
    13. Najgorsze oblicze ma ta miłość, na której nam najbardziej zależy, psia krew.
      A w każdym razie w moim wydaniu :(

      Usuń
    14. Wiem, że wiesz :(
      Psia krew :(

      Usuń
  2. Myślę, tradycyjnie, że schemat działa w obie strony.
    Postępowanie strony rozwodzącej się zależy, moim zdaniem, od posiadania jaj (nie wiem jak to opisać w przypadku kobiet), a przede wszystkim zasad w życiu. Tak jak opisałaś zachowa się byle kutas a nie facet.
    Rodzice Twojej koleżanki nie mogli być ultrakatoliccy. Ultrakatoliccy przygarnęliby ją jak syna (córkę) marnotrawnego. To musieli być zwolennicy jedynie słusznej partii.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni byli/są ultrakatoliccy. Zamanifestowana przez nich postawa jest jak najbardziej katolicka - pojęcie miłości i miłosierdzia to tam bardziej w gębie funkcjonuje niż w życiu. A co do byle kutasów... Zgadzam się w całej rozciągłości. Kutafindy też istnieją :)
      A że ciągle ktoś się na to narywa, to chyba w ramach szkoły życia. Uczymy się dopiero na własnych błędach, na cudzych niekoniecznie.
      To tak tytułem samokrytyki za lata ubiegłe, bo teraz już jestem nadludzko mądra, oczywiście :)))

      Usuń
    2. Pozwolę sobie nie zgodzić się w kwestii rodziców. Prawdziwie wierzący da się pociąć za bliskich. To musieli być katolicy na pokaz. Takich jest na pęczki.
      Twojej nadludzkiej mądrości nie śmiem kwestionować :-)
      Pozdrawiam

      Usuń
    3. Leslie, doskonale rozumiem, o czym mówisz, ale ja mam taki właśnie obraz katolicyzmu, wypracowany starannie przez tych świętszych od papieża. Długo by mówić i nie ma po co. A pociąć się za bliskich najprędzej da się prawdziwie kochający dowolnego wyznania. Tak myślę.

      Usuń
  3. Ja poznałam lata temu mężczyznę na portalu randkowym, rzekomo w trakcie rozwodu. Sprawę komplikowało istnienie córki - on chciał małą zatrzymać przy sobie, dlatego chciał sprawę z (prawie) ex żoną załatwić delikatnie i w miarę polubownie.
    Miło nam się korespondowało, bo był to nadzwyczaj inteligentny,elokwentny i oczytany mężczyzna, ale zaznaczyłam, że do niczego pomiędzy nami nie dojdzie, nawet do prozaicznego spotkania, do póki nie będzie miał orzeczenia o rozwodzie. Do tej pory się sądzi i sprawy zakończyć nie może. :P
    Cóż... Ja nie wyobrażam sobie być tą drugą, więc małe prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek w taki układ się wkręcę. Nie byłabym też w stanie zdrady wybaczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadna z nas nie chce być tą drugą, a problem polega na tym, że na pewnym etapie dajemy się oszukać, że jesteśmy pierwsze...

      Usuń
    2. Tylko kiedy ten etap się zaczyna ? Podczas znajomości z żonkosiem, czy o wiele wcześniej ? Czy to nie jest desperacka potrzeba bliskości...?

      Usuń
    3. Nie wiem. Tak jak napisałam, narwałam się na to tylko raz i to w momencie, w którym pilnie potrzebowałam plastra na rany. Nie jestem dobrym materiałem do dociekań naukowych :)

      Usuń
    4. Ten plaster na rany wiele tłumaczy...
      O nic więcej nie pytam. :)

      Usuń
    5. Już nawet nie ma o co... Historia sprzed 10 lat. Plaster się nie sprawdził, a rany zostały niezabliźnione.

      Usuń
    6. Nie ważne ile czasu minęło. Ważne, że do tego wracasz... Wiem sama po sobie, bo też wracam myślami do byłego. Od kilku lat jestem w nowej relacji, on też ma już żonę, a jednak jakoś dziwnie nostalgicznie i tęsknąco, jak sobie o nim przypomnę...

      Usuń
    7. To zależy, w jakim celu i do kogo wracam. Tutaj mówimy o dwóch byłych. Ten właściwy - kompletna porażka, nie umiem go z siebie wykorzenić. Wraca do niego głupie serce. Ten drugi - "plaster" - to już tylko zabawne koleżeństwo. Wróciłam do niego w tym poście ku przestrodze.

      Usuń
    8. Tylko, że ten właściwy i ten "plaster" gdzieś się ze sobą zlewają i tworzą ciągłą historię... Wiem, znowu filozofuję. :P

      Usuń
    9. Nawet się nie znali... "Plastra" poznałam trzy tygodnie po tym, jak zostałam puszczona w trąbę przez tego pierwszego. U mnie nic się nie zlewa...

      Usuń
    10. To tylko pozazdrościć, bo mój mózg działa psikusy i większość porażek łączy w jedną całość. ;)

      Usuń
    11. Tutaj działa bardzo proste prawo: tego pierwszego kochałam do wypęku (i nadal mi nie przeszło, cholera jasna), a ten drugi szybko mi zaczął zwisać i powiewać, jakby go nigdy nie było.

      Usuń
  4. Do ""tylca" taki plaster. W szczerość i uczciwość facetów nie wierzę . I "Amant"!

    OdpowiedzUsuń
  5. Komputer rozsypał się "dokumentnie"
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozbieraj go szybko, bo łyso bez Ciebie było jak cholera.

      Usuń
    2. Łyso, nie łyso. Zbieram się, zbieram. Piramida z kartonów stale się zmniejsza, było ich ponad sto.
      Szkła też miałam potworną ilość.Porozdawałam.
      Pa:)

      Usuń
    3. Prościej i szybciej by było potłuc :)))

      Usuń
    4. Skoro nie było szkoda rozdawać...

      Usuń
    5. Było, ale pozostało w całości i ktoś inny może3 je podziwiać;)

      Usuń
    6. Też prawda. Piękno zawsze jest w cenie i należy się nim napawać. Masz świętą rację.

      Usuń
  6. Nie miałam okazji z żonatymi (bo powiedziałam dwa ładne słówka w obcym języku), ale miałam nieprzyjemność z dużo młodszym od siebie wdać się w rzekomą "przyjaźń"...Szkoda gadać, ile kosztowało mnie odkręcanie owej "przyjaźni". Jak u Miłosza: "trwało to wiele lat..."

    Teraz wiem, że dopóki mam męża, który jest moim najlepszym przyjacielem, lepiej nie wdawać się w relacje inne, niż zimnokoleżeńskie. ;-))

    Jesteś dzielną kobietką, podziwiam takie!
    I fajnie piszesz, looobię to! ;-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, posiadałam produkt mężopodobny, ale męża-przyjaciela nie, więc... Wiadomo.

      Usuń
    2. Wszystko przed Tobą.
      Ja to wiem.

      Dobrej nocki!

      Usuń
    3. Oooo, co to, to nie! Żadnego męża więcej!

      Usuń
    4. Ale miły pan do towarzystwa lub brunet wieczorową porą, why not?

      Usuń
    5. Wyłącznie blondyn! Jasny i niebieskooki!

      Usuń
    6. O, qrna - to TU mamy identico!!! w blue ajsach tonę.

      :))

      Usuń
    7. A takie piękne, męskie to ma Vincent Perez. I miał Paul Walker...

      Usuń
    8. Nie znam tych panów, ale sobie wygooglałam. Ten pierwszy - dosyć beznadziejne. Ten drugi - miodziowe, ale tylko oczy, oczywiście. Bo poza tym kolorystyka nie ta :)

      Usuń
  7. Żonaty = nietykalny i tego się trzymam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żonaty jest czasem rozwodzący się, więc już prawie nieżonaty. Tyle że trudno odróżnić rozwodzącego się naprawdę od rozwodzącego się na wabia.

      Usuń
    2. Faceci mają pogibaną psychikę.
      :)

      Usuń
    3. Gwoli sprawiedliwości - nie wszyscy.

      Usuń
    4. Faceci mają pogibaną psychikę.
      :)

      Ewa, jesteś WIELKA! ;-)))

      Usuń
    5. E, nie :) Średniego wzrostu raczej;)
      Wiem, wiem. Ty nie o tym:)

      Usuń
    6. Mój komputer stanowczo protestuje przeciwko temu miejscu.
      Nie podoba mu się;(

      Usuń
    7. To już jest SKANDAL!

      Usuń
    8. Jest i nawet ja się temu sprzeciwiam;)

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Obraz podskakuje;(((

      Usuń
    2. Piszę do was z poziomu podłogi.Jeszcze nie mam biureczka czy raczej stolika na tego komputra. Kismet!

      Usuń
    3. Was miało być, pisane dużą literą!

      Usuń
    4. "Mój jest ten kawałek podłogi"

      ;-))

      Pieśń mojej młodości!

      Usuń
    5. A faceci to podgatunek typu troglodyckiego.

      Usuń
    6. Mojej młodości również.

      Usuń
    7. Co do facetów zaś, istnieją udane egzemplarze, tylko są tak chytrze porozstawiane, że rzadko na nie trafiam.

      Usuń
    8. Na jakiś czas... na pewno;)))

      Usuń
    9. Ta podłoga na jakiś czas. Nie faceci;)))

      Usuń
    10. Faceci też są na jakiś czas. Na długo nie wystarczają :)

      Usuń
    11. Podłogi są trwalsze...

      Usuń
    12. Facet na podłodze - może być. :)

      Usuń
    13. Obalony przez dzielną kobitkę :))

      Usuń
    14. ...żonaty rozwodzący się powiadasz, prawie nieżonaty...hmmm, też dla mnie nietykalny, dopiero papier z wyrokiem sądu może sprawić, że dla mnie będzie tyklany, dla mnie nie ma nic po środku!

      Usuń
    15. Teraz to i ja jestem taka mądra. Mam tę jedną zaletę, że szybko się uczę :)

      Usuń
    16. Mój jest ze mną tyle lat, że wstyd się przyznawać!

      Usuń
    17. To już nie małżeństwo, to pokrewieństwo!

      Usuń
    18. I po cholerę się tyle męczyć? :))

      Usuń
    19. Kazirodztwo, to samo mówię Kęsowi - w tym roku 30 lat - tragedia w trzech aktach!!!

      Usuń
    20. O matko. Szczęśliwie tego uniknęłam :) Ale gdyby trwało, też by zakrawało na absurd - 22 lata.

      Usuń
  9. W sytuacji, kiedy bezsilnie szukamy miłości, przytulenia, ciepła i jeszcze trochę seksu dobrego na osłodę, zawsze się nam może trafić taki kochaś. Ja też chyba najbardziej współczuję tym żonom, co to udają, że nie wiedzą, a może faktycznie są w jakiś sposób pozbawione instynktu detektywa, który każda w miarę normalna kobieta raczej wykazuje.
    Jak widać na przykładzie koleżanki Twej nawet z takich sytuacji z dzieckiem przy piersi można wyjść z takiego kanału. Chociaż to wymaga wysiłku, zaparcia i sił życiowych.
    Gratuluję zwłaszcza Tobie właściwej decyzji, dwa lata to aż nadto czasu na podjęcie stosownych działań. A w zasadzie jeśli ich nie ma po dwóch miesiącach, można sobie dać spokój, bo i tak ich nie będzie. Znaczy to wówczas, że koleś żyje tym rozwodem tylko w głowie, ale na ziemi, to już grzecznie wraca do żony.
    Uściski!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic dodać, nic ująć. Nauczona doświadczeniem, trwam w tej w mądrości :))

      Usuń
  10. Trwanie to stagnacja. Niczego nie zmienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem. Nawet papier toaletowy wie, że aby być użytecznym, trzeba się rozwijać :)

      Usuń
  11. Ale data!!!!!!!!!!!!!!!! 01.04! No, no no....

    OdpowiedzUsuń