wtorek, 21 czerwca 2016

343. Włochy: śladami św. Rity



We Włoszech i na całym świecie popularny jest kult św. Rity – patronki spraw trudnych i beznadziejnych. W centralnej części Włoch, w regionie Umbria, leży malutka wioska o nazwie Roccaporena – miejsce narodzin św. Rity w 1381 r. Zajrzeliśmy tam na krótką chwilę. Region jest piękny, przebiega przez niego łańcuch górski Apeninów. Wioska leży u podnóża góry Rucino, nad potokiem Corno. Od średniowiecza aż do przełomu wieków XIX i XX niemal nic się w niej nie zmieniło. Dopiero po zakończeniu II wojny światowej została wybudowana droga, która połączyła ją z pobliskim miastem Cascia, co pozwoliło na wybudowanie hotelu i przyjmowanie turystów oraz pielgrzymów.






Biografia świętej nie dostarcza informacji, w którym domu się urodziła, jednak zachowały się po niej pamiątki. Dom, gdzie mieszkała z mężem i dziećmi przed wstąpieniem do klasztoru, został przekształcony w kaplicę. W nowym sanktuarium znajduje się relikwia – szata św. Rity.




Na wzgórzu, na które wchodziła codziennie, aby się modlić, wybudowano kaplicę.


Nieopodal Roccaporeny, w miejscowości Cascia, znajduje się sanktuarium św. Rity. W 1947 r. ukończono tam budowę nowej bazyliki, powstały również szkoła, hospicjum i dom dla sierot.


W górnym kościele, charakterystycznym ze względu na orgię barw bijącą po oczach, w bocznej kaplicy po lewej stronie, za kratą znajduje się szklany sarkofag z zachowanym ciałem św. Rity, które od 1457 r. nie uległo rozkładowi. Gdy weszliśmy do świątyni, kończyło się jakieś nabożeństwo. Zachwycił mnie anielski śpiew niewidocznej augustianki i stanęłam jak wryta.




Dopiero gdy skończyła, podążyłam w stronę dostojnej nieboszczki. Obok sarkofagu, w koszyczku, leżą zasuszone płatki róż, które można ze sobą zabierać. Kwiaty te są atrybutem św. Rity.



sobota, 18 czerwca 2016

342. Udusić cholerę gołymi rękami?



Ja już nie wiem, co mam robić. Orangutan przez cały czas szaleje, a ja mam serdecznie dość uciekania i bawienia się w kotka i myszkę. Czuję się jak za okupacji, chowając się za kioskami albo w klatkach schodowych przypadkowych budynków, spieprzania po całym autobusie, przesiadania się, kluczenia, prób zgubienia „ogona”, udawania, że rozmawiam przez telefon, znoszenia tej mordy i wysłuchiwania propozycji spotkań! Mam dość konieczności wygłaszania kazań i pogróżek, żeby się ode mnie odchromolił raz na zawsze, bo jak nie, to… No właśnie – to CO?! Jestem bezradna.
O problemie już cztery lata temu pisałam TUTAJ. Chodzi mi po głowie, żeby w końcu pójść na policję, ale co właściwie miałabym powiedzieć? Nawet nie wiem, jak facet się nazywa. No i to, że ktoś kogoś komplementuje nie jest, niestety, karalne.
Ale ja sobie nie życzę, żeby on do mnie mówił, żeby się do mnie zbliżał, żeby na mnie patrzył, żeby czynił mi w kółko te same propozycje, zionąc na mnie z paszczy!
Po ostatniej zabawie w kotka i myszkę trwającej prawie godzinę jestem bliska histerii.

niedziela, 12 czerwca 2016

341. Kiedy gówno staje się sztuką, to sztuka staje się gównem



Ponieważ przez dobrych kilka dni chodziłam rozdrażniona i wściekła z powodów wieloblogowych (wysyp chamstwa, głupoty, całkowitego braku empatii i szacunku dla czyjegoś nieszczęścia, betonowa odporność na wszelkie ludzkie uczucie, tchórzostwo, trollowanie i ordynarny hejt, czy jak mu tam), najpierw nosiłam się z zamiarem wyartykułowania swojego oburzenia na łamach postu złożonego z konkretnej dawki bluzgów i złorzeczeń, ale nie miałam na to czasu. Później miałam czas, więc zaczęłam od przemyśleń w trakcie dwu dziesięciokilometrowych spacerów, a w tym czasie moje wkurzenie przerodziło się w żywiołowy wstręt i aby nie zwieńczyć sprawy gigantycznym pawiem, postanowiłam diametralnie zmienić kategorię estetyczną i dać sobie upust w całkiem innej sprawie. Idzie mianowicie o sztukę, która już z definicji powinna być czymś więcej niż zwyczajnym rzemiosłem. Drogę temu słowu utorował w naszym języku niemiecki wyraz Meisterstück, oznaczający arcydzieło, a więc to, co zostało wykonane z niezwykłym, mistrzowskim kunsztem. Wiele razy już myślałam o tym, co chcę napisać poniżej, ale dopiero obejrzany (skądinąd doskonały) spektakl o Zdzisławie Beksińskim przypomniał mi o problemie i wyzwolił bodziec do jego sformułowania. Ogarnia mnie bowiem bolesny niesmak zawsze wtedy, gdy mam do czynienia z czymś, co nazywane jest sztuką (i to wielką!), a czemu bliżej jest do gigantycznego łajna niż do jakiegokolwiek kunsztu. Nie rozumiem tej cholernej, turpistycznej mody na wszystko, co brzydkie, paskudne, ohydne, rzygliwe i tak dalej. Szajna, Grotowski, Kantor, Beksiński (możecie mnie zamordować, ale Pendereckiego też tu zaliczam) – przecież od tej sztuki pochorować się można, wpaść w depresję, anoreksję, nerwicę seksualną, pierdolca i przedwczesny uwiąd! Cholera, artyści z dupy wzięci, spróbujcie malować jak Botticelli albo Vogel, rzeźbić jak Fidiasz albo Michał Anioł, komponować jak Mozart albo Bach i wtedy mówmy o sztuce!
Przypomniał mi się taki epizod z lat bez mała szczenięcych, to znaczy z okresu studiów. W holu budynku uczelnianego zorganizowano wystawę jakiegoś pseudoartysty pseudomalarza. Na ścianach i z sufitu zwieszały się płótna zamalowane na niebiesko, każde z jednym czerwonym półdupkiem w najrozmaitszych konfiguracjach: pośrodku, w prawym górnym rogu, w lewym górnym rogu, w prawym dolnym rogu, w lewym dolnym rogu, prosto, krzywo, do góry nogami… W obfitość czerwonych półdupków na niebieskim tle wdzierał się bazgroł oparty o schody, przedstawiający coś w rodzaju gigantycznej michy wypełnionej burymi flakami i okręconej rurą od odkurzacza o ponadnaturalnej długości. Wstrząs, jakiego doznałam, ma wiele wspólnego z moją niechęcią do szeroko pojętego współczesnego malarstwa. W późniejszym czasie wiele jeszcze takich wstrząsów miało mnie czekać, zwłaszcza w teatrze, który jest moją ulubioną dziedziną rozrywki. Wszelkie rekordy pobił Szajna – moja wytrzymałość skończyła się nieodwołalnie po dwóch spektaklach, w czasie których tylko cudem się – pardonnez moi l’expression – nie porzygałam.
No.
Trochę mi lepiej.