niedziela, 18 grudnia 2016

375. Tęsknota



Święta Bożego Narodzenia w magicznym domu mojego dzieciństwa to zapachy z gatunku tych, które pozostają w pamięci do końca życia: wypastowanych podłóg i żywej choinki. W któryś ze śnieżnych dni tato wracał po pracy później, taszcząc ze sobą drzewko. Do świąt leżało na zewnętrznym parapecie okna, przymocowane sznurkami. W przeddzień Wigilii dopasowywał choinkę do metalowego stojaka i mocował tak, żeby się nie chwiała. Ubierałam ją z mamą, opasując kilometrowymi łańcuchami, które wcześniej pracowicie sklejałam w kuchni z kolorowego papieru. Jeszcze dzisiaj pamiętam, jaką frajdą była dla mnie ta czynność. Mama cięła dla mnie stosiki kolorowych paseczków, a ja sklejałam z nich kolejne ogniwa. Do niedawna jeszcze istniały szczątki tych zabytkowych ozdób, co dobrze świadczy o jakości ówczesnego kleju. Choinka nabierała tajemniczego uroku na koniec, gdy została udekorowana anielskimi włosami z cieniutkiej, przeźroczystej folii, a światełka zaświecone. Lampki w kształcie świeczek z kolorowymi żaróweczkami imitującymi płomienie działały bardzo długo. Wokół czerwonych, ciemnoróżowych i zielonych żarówek osadzonych w seledynowych i błękitnych spinaczach zakładało się plastikowe, białe kołnierzyki w kształcie śniegowych gwiazdek, które poprzerywały się i spadały, dlatego co roku trzeba było je wyławiać z pudełka z ozdobami i wyszukiwać lampki, z których spadły. Wszystko, nawet ta czynność tchnie dziś niepowtarzalnym urokiem tamtych dni.
Miałam swoje ulubione bombki – starych, choinkowych przyjaciół. Należały do nich między innymi okrąglutka Gąska Balbinka i smukły Ptyś. Nie zapomnę, jaka rozpacz ogarnęła mnie pewnego dnia, gdy tato potrącił choinkę, która przechyliła się i oparła z impetem o ścianę. Nie przewróciła się całkiem, ale stłukła się wówczas moja ukochana Balbinka, czego długo nie mogłam odżałować. Byłam na tatę okropnie zła.
Od cioci z Kielc dostałam kiedyś dwa długie, płaskie pudełka z ozdobami, których relikty przetrwały jeszcze do dziś. Były to misternie wykonane ze szklanych banieczek i cekinów laleczki, pajacyki, aniołki, gwiazdki i inne ozdóbki. Z tamtych czasów ocalały jeszcze pojedyncze egzemplarze choinkowych świecidełek: ostatni sopelek, bałwanek, muchomorek, aniołek, Mikołaj, ulubiony koszyczek...
Obraz choinki stojącej przy ścianie oddzielającej nasz pokój od pokoju dziadków kojarzy mi się nieodłącznie z zapachem pasty do podłogi. Mieliśmy tradycyjne parkiety układane w sosenkę – pociemniałe, podniszczone, ze szparami oddzielającymi klepki, skrzypiące, a jednak chętnie zamieniłabym na nie swoje współczesne, sztuczne panele. Wypastowane na kolanach podłogi musiały zostać wyfroterowane ciężką froterką, którą ledwo dawałam radę przesunąć. Lubiłam na niej siadać – chciałam, żeby mama woziła mnie przy okazji polerowania podłogi. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy z tego, że dokładam jeszcze ciężaru i po kilku machnięciach z takim obciążeniem nie można było już więcej się ruszyć. Na pewno przeszkadzałam, ale w moich wspomnieniach froterowanie podłogi zapisało się jako całkiem przyjemna zabawa.
Wesołe były święta mimo całej siermiężności życia w PRL. Nie wiem, jak mieściliśmy się przy niewielkim stole, a jednak jakoś to się udawało. Z Kielc przyjeżdżał wujek z rodziną, czasem przychodziły siostry babci i ich brat, ale raczej nie na Wigilię – ciotki się przed tym wzbraniały. Czasem odwiedzała nas rodzina z Głogowa Małopolskiego, innym razem jeździło się do nich. Pamiętam jeszcze ich niewielki domek, do którego skręcało się po lewej stronie od Rynku.
W Wigilię obowiązkowo jedliśmy barszcz z uszkami faszerowanymi grzybami, pierogi z kapustą, karpia na dwa sposoby – w galarecie i smażonego. Babcia piekła „listkowane” ciastka z dziurką posypane grubym cukrem kryształem, a dziadek keks i piernik. Był też makowiec, ale specjalistką w jego pieczeniu była ciotka Iza. Musiała być też – przywieziona wraz z tradycją ze wschodu – kutia. Początkowo niezbyt ją lubiłam, dopiero z czasem przywiązałam się do jej smaku. Sygnał do rozpoczęcia wieczerzy nieodmiennie dawała babcia, podsuwając każdemu talerzyk z opłatkami, które z nieznanego nikomu powodu smarowała z jednego końca miodem. Po pierwszej Wigilii szłam jeszcze z rodzicami na kolejną – do drugich dziadków, na drugą stronę ulicy. Babcia miała niewielką, sztuczną choineczkę, którą ubierała w stareńkie bombki. Kilka z nich zachowało się jeszcze u mnie. Dziadek obowiązkowo intonował „Stille Nacht” i przez wiele jeszcze lat niemiecka wersja tej kolędy była jedyną, jaką znałam. Z tych drugich Wigilii najbardziej utrwalił mi się karp. Dziadek zjadał ugotowane głowy, z których wywar doskonale nadawał się na galaretę. Wydawało mi się to dość obrzydliwe, dziadek jednak chwalił je za delikatność i uważał za najsmaczniejszą część ryby.
W święta chodziło się także do ciotek. Ciotka Iza podawała kaczkę i makowiec własnej roboty. Narzekała przy tym, że kaczka sucha, a makowiec się rozlatuje, a jednak jedno i drugie robiła znakomite. Nie wiem, dlaczego, ale z przyjęciami u nich obowiązkowo kojarzy mi się ćwikła, która przecież znajdowała się na stole również i w naszym domu. Nawet w tej chwili stoi mi przed oczami obraz talerza (ostatnie egzemplarze porcelany w fioletowe porzeczki są jeszcze u rodziców) obficie obłożonego buraczkami z chrzanem. Może jakoś specjalnie mi smakowały...? Pamiętam nawet moją białą bluzkę unurzaną w ćwikle i naprędce zapraną w zimnej wodzie nad żeliwnym zlewem w kuchni.
Przy stole prym wiódł wujcio opowiadający anegdoty i kawały, których nie powinnam słuchać jako dziecko. Co chwilę hamowała go ciotka Hela. Odświętny wujcio zapisał się w mojej pamięci w białej koszuli pod czarnym lub szarym swetrem, unoszący w górę kieliszek i wygłaszający jeden ze swoich dowcipnych toastów dla dorosłych.


26 komentarzy:

  1. Piekne wspomnienia.
    Piekne dziecinstwo. Zapachy i nastroj tamtych swiat wracaja co roku o tej porze i sa zawsze milym gosciem (u mnie przynajmniej) i czuje wtedy wdziecznosc dla rodzicow, dziadkow, cioc i wojkow...
    Wtedy napada na mnie refleksja, jak zapamietaja swieta ci, ktorzy uczestnicza teraz w naszych swietach jako dzieci? Mam nadzieje, ze zapamietaja cos z tych swiet. Hmmm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co roku mam dokładnie te same myśli. Jakie będą wspomnienia mojego dziecka, które żyje w ciulowej rzeczywistości?

      Usuń
    2. (nie)Kochane spisane na straty buraczki!
      Nastepna refleksja. Dzieci nie maja swojej pamieci, ze moze byc inaczej, one znaja tylko terazniejszosc. Od doroslych zalezy, co wypelni ich pamiec. Mam wrazenie, ze im 'ciulowsze'sa czsy, tym 'magiczniejsze' swieta jako odskocznia od rzeczywistosci (to dotyczy doroslych bo dzieci - jak wyzej).
      Frau Be - zyczenia magicznych swiat tegorocznych!

      Usuń
    3. Magia, sragia... gówno z tego będzie. Ale buraczki lubiłam i lubię nadal, na szczęście ta tradycja nie wygasła :) Dzięki za dobre chęci.

      Usuń
  2. Też mam miłe wspomnienia... Teraz staram się, żeby moje dziecko miało fajnie spędzony czas - z rodziną

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. O te dzieci najbardziej chodzi...

      Usuń
  3. Pamiętam muchomorka, bałwanka i bombki takie, jak ta w paski. I u siebie w domu, i u ciotki, gdzie co roku jeździliśmy na Boże narodzenie. Też była choinka, i pastowane parkiety, i firanki prane, krochmalone i rozciągane so suszenia na drewnianych ramach. Za to zmorą świąt był ogromny roicissus rozciągnięty na dużym stojaku, a któremu to kwiatku należało przed wszelkimi uroczystościami domowymi skrupulatnie obetrzeć z kurzu milion listków. I pamiętam podpaloną przez siebie choinkę, od której zajęła się firanka i osmalił karnisz. Lania nie było :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż sobie zaraz pogmeram, co to za roślina...
      U nas nigdy nic się nie zapaliło, bo żywym ogniem nikt się nie posługiwał.

      Usuń
  4. Piękne wspomnienia :)
    Miałam większość z pokazanych przez Ciebie bombek ... a choinka też nam się kiedyś zapaliła, bo zamiast lampek były na niej świeczki. Oczywiście paliły się tylko w naszej obecności i pamiętam, że jedna spadła na drugą i poszło ... na szczęście szybko ugaszono zaczątek pożaru i już nigdy więcej świeczek na choince nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas w ogóle nigdy nie było świeczek. Tylko prąd, nowoczesność w domu i zagrodzie :)

      Usuń
    2. Prąd też był ;) i gaz nawet ;)

      Usuń
    3. W rzeczy samej - gaz też :))

      Usuń
  5. Pierwsza kolęda, jaką pamiętam to 'O Tannenbaum' nucona przez Babcię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "O Tannenbaum" królowało ex aequo ze "Stille Nacht".

      Usuń
  6. ...aż robi się żal świąt sprzed lat, gdzie głównym punktem celebracji była wspólna rozmowa, biesiada...i żal się robi, gdy wspomina się przygotowania, a były one pachnące...pastowało się podłogi pastą, która pachniała, przyrządzało/tarkowało się chrzan z własnego ogrodu, którego zapach "powalał" swą intensywnością, pachniało żywicznym drewnem, którym paliło się w kaflowym piecu, pachniało nawet krochmalem... Wokół unosiły się świąteczne wonności, których dziś nie da się odtworzyć :(
    Tobie Frau i Twoim Czytelnikom, mimo tego co napisałam, życzę, aby żywot pachnących wspomnień z dzieciństwa nie był mgnieniem, nie był tak krótki jak spadający płatek śniegu na Waszą dłoń...Niech zadzieje się magia:)
    Serdeczności:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, Meg... Nie ma i nie będzie już żadnej magii... Nie da się cofnąć czasu. A to, co jest dzisiaj, nie ma szans zastąpić tego, co było, bo nie jest lepsze...

      Usuń
  7. Kazdy z nas ma takie swiateczne wspomnienia z dziecinstwa i nie wiem, czy sa one takie najpiekniejsze dlatego, ze bylismy wtedy jeszcze beztroscy, a swieta nie kojarzyly sie z kieratem, a tylko z prezentami, czy tez tamte swieta naprawde byly inne, nie tak do urzygu komercyjne?
    Teraz najchetniej spedzalabym swieta samotnie, zeby wszyscy dali mi swiety spokoj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jak gdzie, ale u mnie były prawdziwe. Nie ze względu na prezenty, ale ze względu na Nich wszystkich i na atmosferę... Na te inne relacje międzyludzkie w niekomercyjnych czasach życzliwości i prawdziwości.
      A teraz... Teraz najchętniej zniknęłabym na ten czas w mysiej norze.

      Usuń
  8. Każdy ma wspomnienia z dzieciństwa i wiem na pewno, że są dla każdego najpiękniejsze. Zostaną z nami n zawsze:)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, gdyby tak raz wreszcie wynaleziono wehikuł czasu!

      Usuń
    2. Moje dziecięce marzenie... Dobrze by było:)))

      Usuń
    3. Może się skrzyknijmy i zacznijmy pracować nad wynalazkiem?

      Usuń
  9. ECH TYM RAZEM TO JA UMARŁAM ... ta notka akurat mi umknęła i to zupełnie , pewnie w tym przedświątecznym ferworze,teraz zaciekawiona komentarzem A.T . TUTAJ PRZYTUPTAŁAM I OOOOCH, A MOŻE NAWET AAACH no wszystko jedno, najważniejsze, że fantastyczny wpis i cofnął mnie kolejny raz do mojego dzieciństwa, u mnie było bardzo , ale to bardzo podobnie, też dwa rodzaje karpia, smażony i w galarecie, też na choince oprócz bombek inne ozdoby, nie było naszych łańcuchów z kolorowego papieru, bo chyba kekką fuszerkę odwalaliśmy z bratem i łańcuchy zanim zawisły to się rozwalały, za to były papirowe gwiazdki i karuzela jeszcze z choinki mojej mamci, ze Złoczowa, były takie same lampki i grzybki i anielskie włosy, właśnie nie lameta, ale te włosy, cudownie"zmiękczały" światło lampek i tworzyły wokół niby aureole światła, były też łańcuchy przywiezione ze wschodu, takie z maleńkimi kuleczkami, była gwiazdka z cieniutkich drucików i anioł fruwał, oczywiście złoczowski ... do dzisiaj u mnie fruwa ma tyle lat, co moja Mamcia , czyli 83... a ćwikła to jest to, nawet powiem, to bardzo jest to !!!! u mnie buraki na ćwikłę trze się na tarce o dużych oczkach, a chrzam na małych i jeszcze dodaje się sporo kminku, sól cukier i ocet , uwielbiam taką ćwikłę, tak robiła babcia przed wojną, tak mamcia, tak ja i tak poszło w młode pokolenie ... wiesz - to młode to u nas takie chłonne jest i powiem Ci nasiąka
    --------------
    pasta też była, parkietów nie mieliśmy tylko deski, się jeździło na szczotkach, nawet dzięki takiej jeździe ja urodziłam się 3 tygodnie przed czasem i jeszcze w niedzielę ... no, w sobotę moja dzielna mamcia podłogi wyfroterowała na szczotkach jeżdżąc w niedzielny ranek ja już wrzeszczałam na tym świecie, wprawdzie cieniuuuutko, bo jak może wrzeszczeć coś co ma 2500 gramów przy 61 cm długości ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, toś mikroskopijna była, nie to, co ja - 4 kilogramy jak obszył :)

      Usuń