środa, 20 września 2017

427. Weronka

Całkiem niedawno i zupełnie nieświadomie Pantera wprawiła mnie w stan nostalgiczno-zadumany, publikując wiersz Juliana Tuwima Do prostego człowieka. Wystarczyło spojrzeć na tytuł, aby z odmętów pamięci wypłynęła przed oczy jej twarz – twarz Weronki. Niemal jednocześnie w uszach zabrzmiał po latach jej głos.
Zaskoczyły mnie komentarze pod Panterowym postem, bo wynikało z nich, że większość w ogóle tego utworu wcześniej nie znała, pozostali zaś spotkali się z nim w różnych, ale nie szkolnych okolicznościach. Sama autorka wyraziła pewne zdziwienie faktem, że pamiętam go z LO. Zastanowiło mnie to. Czyżbym była wyjątkiem?
Nie.
Wyjątkowa była Weronka.
W moim liceum – jednej z najstarszych i najszacowniejszych szkół w Polsce, wówczas elitarnej – postać Weronki była jedną z najbardziej owianych legendą i tajemnicą.
Nikt nie wiedział, ile mogła mieć lat – nam wydawała się okropnie stara, ale dziś wiem, że na upartego mogła być nawet w tym wieku, w którym jestem teraz lub niewiele starsza. Należała do najlepszych polonistów w województwie. Co roku co najmniej jeden ze sformułowanych przez nią tematów pojawiał się na pisemnej maturze. Posiadała niesamowitą wiedzę, którą z wszystkich sił starała się przekazać profanom. Była też kompletnie niezrównoważona. Mówiąc do nas, patrzyła w okno; potrafiła w połowie lekcji wściec się albo rozpłakać, wyjść, trzaskając drzwiami i pozostawiając nas w kompletnym osłupieniu, a po przerwie zaskoczyć jeszcze bardziej – powrotem z rozanielonym uśmiechem na twarzy, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Kiedyś, słuchając mojej koleżanki, rozpłakała się rzewnymi łzami, położyła głowę na biurku, a gdy ją podniosła, była czerwona na twarzy i śmiała się w głos. Osiągnęła najwyższy poziom nieprzewidywalności i tam pozostała, stresując tym samym i dezorientując nędznych kujonów bez polotu oraz antytalenty humanistyczne, które też w mojej klasie istniały, bo byliśmy biologiczno-chemiczni. Profil klasy zresztą nie miał dla Weronki najmniejszego znaczenia: jak już brała się za uczenie, to na całego! Szła z materiałem jak czołg na Berlin, bez względu na nasze moce przerobowe i deficyt wydań niektórych pozycji literackich.
A ja kochałam Weronkę.
Kiedyś, już po maturze, powiedziała mi:
- Frau Be, ty franco, wiecznie spałaś na języku polskim. Samo spanie jeszcze bym ci darowała, ale do tego wszystkiego chrapałaś!
- Pani profesor, z całym szacunkiem… Spałam, bo przez cztery lata miałam wrażenie, że na lekcji mówione są rzeczy tak oczywiste, że aż śmieszne. To było jak wyważanie otwartych drzwi.
- Tak – odpowiedziała. – Ale te rzeczy były oczywiste tylko dla ciebie. Dla pozostałych trzydziestu pięciu osób nie i z nimi trzeba było te drzwi wyważać.
Nie mam pojęcia, co się z nią teraz dzieje, czy w ogóle jeszcze żyje, czy nas pamięta, ale ja będę pamiętać ją do końca życia, bo to był największy i najlepszy nauczyciel w mojej naukowej „karierze”.

74 komentarze:

  1. Gdzie są nauczyciele z tamtych lat? No gdzie?
    Każdy zapamiętuje szkołę w jedyny dla siebie sposób. Mam wrażenie, że dawnych nauczycieli już żaden ich następca nie chce naśladować. Nie wiem tylko dlaczego? To były indywidualności, jedyne i niepowtarzalne, dla nas, ich uczniów. Wzory do naśladowania na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że dzisiaj nauczyciele są zniechęceni. Popieprzony system zrobił z nich zaharowanych niewolników, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Tylko klechy mają się dobrze, bo nikomu nie podlegają, a kasę państwową za opowiadanie bajek biorą.

      Usuń
    2. Fakt! A klechy powinny wrócić tam, gdzie ich miejsce, do kościoła. Nie masz wrażenia, że ta przymusowa religia w szkołach jest jak indoktrynacja?

      Usuń
    3. Bo to JEST indoktrynacja. I okradanie państwa polskiego z nienależnych pieniędzy. Pasożyty, nie pracują na siebie, niczego nie uczą (co to za przedmiot - religia? gdzie tu jakaś wiedza? opowiadanie bajek dla naiwnych), żyją, sepiąc kasę, skąd się da. Jak ktoś ma "powołanie", to niech sobie je realizuje na własny koszt.

      Usuń
    4. Drogie panie, może warto nieco doczytać zanim będziecie mówić o przymusowym chodzeniu na religię?

      "Nauka religii i etyki jest organizowana w szkołach na życzenie rodziców, bądź pełnoletnich uczniów, według zasad określonych w rozporządzeniu (Nowelizacja przepisów rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 14 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach (Dz. U. Nr 36, poz. 155, z późn. zm). Od 1 września 2014 r. obowiązuje zasada wyrażania życzenia w formie oświadczenia pisemnego.
      Religia i etyka nie są dla ucznia przedmiotami obowiązkowymi, udział w nich jest dobrowolny. O udziale ucznia w zajęciach z tych przedmiotów decydują rodzice lub pełnoletni uczniowie poprzez złożenie - na zasadzie dobrowolności - wspomnianego oświadczenia. Po złożeniu oświadczenia udział w wybranych zajęciach staje się dla ucznia obowiązkowy.
      Uczeń może uczestniczyć w zajęciach z religii, z etyki, z obu przedmiotów, może też nie wybrać żadnego z nich. Na możliwość wyboru przez ucznia obu przedmiotów zwrócił uwagę Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z dnia 20 kwietnia 1993 r. U 12/92 oraz w wyroku z dnia 2 grudnia 2009 r. sygn. akt U 10/07.

      Jeśli w danej szkole część uczniów wyrazi życzenie uczestniczenia w zajęciach zarówno z religii, jak i z etyki, szkoła jest zobowiązana umożliwić im udział w zajęciach z obu przedmiotów, umieszczając odpowiednio (bezkolizyjnie) godziny nauki religii i etyki w planie zajęć szkolnych.
      Jeżeli uczeń nie korzysta w szkole z nauki religii lub etyki, szkoła ma obowiązek zapewnić temu uczniowi w czasie trwania lekcji religii lub etyki opiekę lub zajęcia wychowawcze.
      Szkoła nie ma prawa domagać się oświadczeń informujących o nieuczestniczeniu ucznia w zajęciach z religii i/lub etyki, natomiast w przypadku rezygnacji z udziału w tych zajęciach konieczne jest poinformowanie szkoły o zmianie decyzji."

      Gratuluję postu. "Weronika" była także w mojej szkole. Nade wszystko ceniła sobie rzetelność przekazywanych informacji. Gdyby nie ona nie było by mnie teraz tutaj i chyba już nie będzie. Co trzeba było dopowiedzieć zostało powiedziane.

      Usuń
    5. Ach, pozostaję nieutulona w żalu!

      Usuń
    6. Drogi Anonimie, to, że dana "lekcja" nie jest wg przepisów prawa obowiązkowa, nie zmieni mojego podejścia do "lekcji religii". Co do etyki - bardziej, jeśli piszemy o jej świeckim aspekcie

      Usuń
    7. Małgosiu S.

      Nic nie mam do czyjegoś podejścia do lekcji religii. Niech każdy wierzy sobie w co chce i ocenia jak chce. Byleby swoich tez nie opierał na fałszu.

      Usuń
    8. Małgosiu, anonimy nie są "drogie". Zwłaszcza, gdy dorzucają swoje pięć groszy nie do końca rozumiejąc, o czym się rozmawia.

      Usuń
  2. "Weronkę" to ja miałam od niemieckiego w lo. Choć obdarzona przedziwnymi nerwowymi tikami i nie aż tak niestabilna była w jednej osobie katem i cudowną ciocią. Wspaniała kobieta, choć bałam się jej wówczas okrutnie. Co do polonistki to cóż, powiedzmy, że nie było nam po drodze, gdyż dziwnym trafem siedziałam wówczas w parku. A jako human polskich miałam całkiem sporo. To był naprawdę ładny park.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba bym umarła z nudów i beznadziei, będąc na profilu humanistycznym!

      Usuń
    2. To dość wstydliwe wyznanie, ale jestem humanistą. Choć to tylko wymówka od bardziej szczegółowego stwierdzenia, że jestem cienias z matmy, chemii i fizyki, bo biologia jest wielce zajmująca. O tyle jest to ciekawe, że mój brat skończył fizykę, a siostra od prawie 10 lat bawi się kwasami w laboratorium. Czy rodzice czegoś mi nie mówią...

      Usuń
    3. widać Linko, odezwały Ci się geny po jakimś dalekim kuzynie stryjka kuzynki

      Usuń
    4. Ja tam zawsze poetycko twierdziłam, że jestem śmietnikiem genowym całej rodziny. Co złego to u mnie.

      Usuń
    5. No popatrz, a ja pozbierałam wszystko, co najlepsze :))

      Usuń
    6. No w życiu bym się nie spodziewała takiej odpowiedzi :-D

      Usuń
    7. Tak podejrzewałam - do tej pory byłyśmy jak bliźniaczki :P

      Usuń
    8. I to wątrobą zarośnięte!

      Usuń
    9. Linko, skąd to przekonanie, że "co najgorsze. to u Ciebie?" I dlaczego "bycie humanistą" ma być powodem do wstydu?!!!

      Usuń
    10. Bo znów muszę wstawać o pogańskich porach i popadłam w defetyzm.

      Usuń
    11. Na Ozyrysa w czymże ratunek swój odnaleźć?

      Usuń
    12. Nie ma. Tu ani Ozyrys, ani Zeus nie pomogą.

      Usuń
    13. A Pomysłowy Dobromir?

      Usuń
    14. Nie żyje. Kazali mu zrywać się o 5.00.

      Usuń
    15. I zatoczyłyśmy piękny krąg istnienia wszelkiego. Uroboros przy tym to zaskroniec.

      Usuń
  3. Ja mialam swietne polonistki, starsza pania w podstawowce i pelna zapalu swieza absolwentke polonistyki w liceum. Obie umialy zarazic swoja pasja. Nawet mnie, umysl wlasciwie scisly.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I widać to po Tobie, już od dawna to obserwuję.

      Usuń
  4. No to mialas szczescie. Na polonistka z podstawówki lepiej spuscic zaslone milczenia :(. W lo nie bylo o wiele lepiej, bo doceniane byly tylko dwie zdolnosci: przypochlebiania i "lania wody".

    OdpowiedzUsuń
  5. Miałam dobrą polonistkę w ogólniaku. Wiedziała, że ma do czynienia ze ścislakami (matfiz), ale mimo wszystko te lekcje wspominam z sentymentem. Zwłaszcza odpowiedź kolegi na jej pytanie o to, co poeta chciał przez coś powiedzieć. "A bo ja wiem..." odparł kolega i cała klasa, łącznie z nauczycielką, zaniosła się szczerym śmiechem. Też nie wiem, co się z nią dzieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, mat.-fiz. bliższy memu sercu niż jakikolwiek human!

      Usuń
    2. Ale biol.-chem. najbliższy, żeby nie było!

      Usuń
  6. Miałem podobną nauczycielkę od biologii. Również szła jak czołg na Berlin, a i również jestem po profilu bio-chem. Fajnie nie?

    OdpowiedzUsuń
  7. O tak, pamiętam wielu takich ekscentryków z mojego liceum, a i na studiach nie brakowało ich...chyba skrobnę coś na blogu, bo w komentarzu u Ciebie miejsca by zabrakło. Dziwne byłoby spotkać niektórych dzisiaj, chociaż dwoje widuję czasami, ale jakoś nie mam ochoty na rozmowę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O studiach nawet nie wspominam, na uczelniach pełno dziwaków - też miałam swojego faworyta, późniejszego mojego promotora. Studenci w znakomitej większości bali się go i nienawidzili, a ja kochałam i to z wzajemnością :)

      Usuń
    2. No kto by Cię nie kochał?

      Usuń
    3. Znam jednego takiego. Rzucił mnie :)

      Usuń
  8. na podobnych wspomnieniach Niziurski karierę literacką zrobił.
    pogmeraj w pamięci - może jeszcze parę postaci odszukasz i cień fabuły domknie dzieło. trzeba korzystać z fantastycznych wspomnień -szkoda byłaby, gdybyś egoistycznie zostawiła tylko dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Aż Ci zazdroszczę - ja miałam babona który dyktował nam opracowania swojego pomysłu i kazało się babsko uczyć tej swojej zmielonej papki na pamięć.... i tak przez dwa lata. Później przyszła Młoda (Nota bene absolwentka Twojego LO) i ona odkryła drzemiący we mnie potencjał. Polubiłam pisanie, bo czytanie lubiłam od kołyski, ale już za późno było nadrabiać zaległości. Aż z ciekawości zapytam o losy "Twojej" Weronki- bardziej poinformowanych w temacie :) i historii szkoły

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawdziłam - urodziła się w 1940 r., więc gdy zdawałam maturę, była młodsza niż ja teraz :)) Na emeryturę poszła w 2003 r.

      Usuń
    2. Moja siostra w technikum miała taką polonistkę, która dyktowała im notki biograficzne różnych osób i kazała się tego uczyć. A przy klasówkach z lektur potrafiła zadawać pytania w stylu: "jaką sukienkę miała w tej i tej scenie ta, czy tamta bohaterka" (przeważnie chodziło o te najgrubsze lektury, żeby było trudniej). I o ile w podstawówce moja siostra z czytaniem książek problemów nie miała, tak w technikum znienawidziła to zajęcie przez tę babę

      Usuń
    3. A myślisz, że nas Weronka w ten sposób nie maltretowała? Ale wiedza nie boli. Przynajmniej nie powinna.

      Usuń
    4. Problem w tym, że na maturze nikt nie pytał o życiorysy zupełnie podrzędno-podrzędnych osób. Bo te "regułki" nie były materiałem uzupełniającym, a głównym elementem lekcji

      Usuń
    5. Na maturze nie, to prawda.

      Usuń
  10. Czy ty ze mna do klasy chodzilas? :-)))
    A nie... Moja nazywala sie Kola (Kornelia czyli) i mialam dwadziescia dziewiec osob w klasie, i taka to chyba tylko roznica.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zazdroszczę, nigdy nie spotkałam nauczyciela aż tak zamotanego :) Dopiero na studiach - dr od nomen omen logiki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na studiach wszystko jest możliwe i dozwolone :)

      Usuń
  12. Ja miałam w liceum (1994-1998) bardzo fajną polonistkę (chyba ok. 10 lat po mojej maturze przeszła na emeryturę). Potrafiła nagle zamyślić się, popatrzeć w okno i powiedzieć do nas ni z tego ni z owego: "popatrzcie, jak pięknie"... niezależnie, czy przerabialiśmy sielanki, czy mówili o martyrologii podczas II wojny światowej... A w pierwszej klasie liceum, matematyki uczyła nas babka zupełnie nieprzewidywalna. Jej teksty później cytowaliśmy do końca szkoły, a ja ich używam nawet do dziś, np.: "nie rób przedstawienia, nikt cię nie chce słuchać"... Jednej z naszych długowłosych koleżanek zasugerowała, że inna nasza koleżanka zachorowała (na grypę), bo ta koleżanka ma długie włosy ;) Ponad to zawsze przynosiła swoje kartki na kartkówki, przynosiła też swoją ścierkę do tablicy. Czasem coś tam mówiła do siebie po rozpisaniu zadania na tablicy, chichotała i tak kończyła lekcję - my mieliśmy tylko przepisać to zadanie... Mogła być już po 60, choć cerę miała świeżą, rumianą... Ona naprawdę żyła we własnym świecie...

    OdpowiedzUsuń
  13. Coś mi się przypomniało. Miałam w podstawówce polonistkę, stare dzieje. W zasadzie mogła spokojnie zastąpić wszystkich nauczycieli innych przedmiotów. Omnibus to był , ale wywodziła się ze starej, przedwojennej szkoły. Dawniej, jak uczyli, to już porządnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takimi nauczycielami byli moi dwaj dziadkowie. Dziś już takich nie ma...

      Usuń
    2. Niestety i bardzo szkoda. Dziś ludzie z pasją to unikaty na skalę, ośmielę się użyć tego określenia, światową!
      "Gdzie te szkoły z dawnych lat, gdzie nauczyciele ?".

      Usuń
    3. Nie ma.
      Bardzo mi przykro.

      Usuń
  14. Niesamowita, szkoda, że mnie "ominęła", też bym ją na pewno wspominała. I ja miałam wspaniałą polonistkę, która uczyła nas całego systemu, historii świata i okolic przy okazji.
    A jeszcze bardziej niesamowity był nasz biolog. Przez niego prawie że poszłam na studia medyczne, ale jednak zabrakło mi odwagi...
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  15. Bo nauczyciel to najpierw powołanie potem zawód...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej to kwestia predyspozycji. Myślę, że można w ten sposób podejść do każdego zawodu.

      Usuń
    2. Predyspozycji też, jak najbardziej.

      Usuń
    3. Do wszystkiego, żeby dobrze to robić, trzeba mieć talent, chęci, uzdolnienia.

      Usuń
    4. Miłość, pasję i ogromną wiedzę!

      Usuń
    5. A tam, zaraz miłość. Praca to zło konieczne. Każda jedna.

      Usuń
    6. Raczej trzeba lubić to co się robi. Choćby trochę;)

      Usuń
    7. W dzisiejszych czasach nie ma możliwości wyboru, niestety. Wielu ludzi pracuje tam, gdzie była praca do wzięcia. I nikt ich nie pyta, czy ją lubią, a oni nie mają wyboru.

      Usuń