wtorek, 6 lutego 2018

455. W głąb mojego świata (IV)

Budynek należał wówczas do Zespołu Szkół, gdzie dziadek Roman uczył fizyki i pełnił funkcję kierownika internatu. Od dzisiejszego mojego miejsca zamieszkania (które jest jednocześnie tym, gdzie spędziłam siedem pierwszych miesięcy swojego życia), dzieliły go zaledwie ulica i teren należący do szkoły. Tak się zresztą poznali, „przez ulicę szeroką jak rzeka”, moi rodzice i od zawsze bawiła wszystkich rodzinna anegdota o tym, jak u babci Mani nigdy nie brakowało zapałek, bo tato co chwilę biegał do kiosku. Naturalnie, nad budką Ruchu znajdowały się okna, w których można było zobaczyć mamę. Od tamtego czasu prawie nic się nie zmieniło. Starego, zielonego kiosku z zawadiacko zadartym do góry dachem wprawdzie już nie ma, ale na jego miejscu stoi nowy, z gatunku tych nowoczesnych, które Ruch stawia dzisiaj. Wieczorem świeci obrzydliwym, jaskrawozielonym światłem, jak szykujący się do startu niezidentyfikowany obiekt latający.

To tutaj tato dokonywał hurtowych zakupów zapałek i tutaj wypatrzył w oknie mamę
Od strony ulicy, usytuowany prostopadle do niej, znajdował się (i znajduje, rzecz jasna, po dzień dzisiejszy) budynek auli. W prawo od niego wznosiła się szkoła, nieco cofnięta za obszerny trawnik, z wejściem od strony ulicy. W tamtych czasach były – jak wszystko – szare, choć owa PRL-owska szarość nigdy nie kojarzy mi się źle. W oczach dziecka świat zawsze jest kolorowy. Dziś budynki auli i szkoły, zamaszyście odmalowane na żółto-zielono, mimo wszystko nie sprawiają już wrażenia tak bardzo swojskich i dobrze znanych.

Na starym wycinku z gazety widoczny jest dobrze przód obiektu. Szkoła była jeszcze doskonale widoczna - dziś zasłaniają ją drzewa, które wyrosły w przeciągu czterdziestu lat. Po kamiennym murku spacerowałam z upodobaniem, najpierw za rękę z babcią, potem sama.
Tak wygląda współcześnie budynek szkoły. Zdążyłam go sfotografować jeszcze przed przemalowaniem na żółto-zielono

Przed szkołą, ze względu na profile kształcenia, wylądował stary helikopter bez śmigła, nazwany ni w pięć, ni w dziewięć, Marcinem.
Bok auli wzdłuż uliczki prowadzącej do domu

Wejście do auli. To tędy szło się na zabawę z okazji Dziadka Mroza
Po lewej stronie auli, wzdłuż niej, biegła wąska uliczka dojazdowa, prowadząca w głąb mojego świata. Sąsiadujące z nią garaże, należące do pobliskich bloków, oddzielone były siatką i rzędem pięknych, smukłych topoli. Uwielbiałam je. Sadził je dziadek Roman, pracujący w szkole od początku jej istnienia (budowę obiektów rozpoczęto w 1952 roku, a ukończono przed rozpoczęciem roku szkolnego 1956/1957 – pierwszego w nowych murach).

Rząd topoli biegł tuż przy ogrodzeniu widocznym z lewej strony
Na pierwszym zakręcie, a więc przy końcu auli, uliczka się rozwidlała. Jedna jej odnoga, biegnąca w prawo, prowadziła na tyły szkoły i tworzyła tam coś w rodzaju pętelki ze świecącym pustkami parkingiem. To między innymi w tym miejscu ćwiczyła pierwsze jazdy samochodem ciocia Bożena.

Pętelka na tyłach szkoły

Tu ciocia ćwiczyła jazdę
Wzdłuż wspomnianego odgałęzienia rozciągał się podłużny budynek warsztatów szkolnych, otoczony murawą i żywopłotem. Nie był wówczas ogrodzony. Wchodziło się doń na wprost malutkiego skrzyżowania. Przed wejściem, na skromnym placyku z płyt chodnikowych, stały cztery zwrócone przodem do siebie ławki. Często przesiadywałam na nich z Helą, słuchając jej opowieści. Niejednokrotnie dołączała do nas żona dozorcy i szewca o krewkim usposobieniu w jednej osobie. Zapamiętałam jej „parzy me” i „punczochy”, z których Hela ukradkiem śmiała się do rozpuku.

Dziś wszystko ogrodzone...

Ławki wciąż stoją w tym samym miejscu, tylko że już nie te same


Druga odnoga uliczki, poprzedzona leciutkim uskokiem w lewo, wiodła dalej prosto (prostopadle do usytuowanych z prawej strony warsztatów), pozostawiając po lewej stronie domek dozorcy, wiaty i boiska. Miniaturowy dom, w którym mieszkali dozorca z żoną, był malutkim, parterowym sześcianikiem o zaledwie dwóch niewielkich pokojach. Zaglądałam do niego czasem, gdy u swoich dziadków przebywał Maciek, mój pierwszy, nieodłączny towarzysz zabaw. Bałam się krzyczącego dozorcy o mocnym głosie i nastroszonych brwiach, który siedział w ciemnym przedpokoju zarzuconym butami i coś łatał. Kilka razy byłam w kuchni, w głąb udało mi się zapuścić tylko jeden raz, gdy nie było go w domu. Zapamiętałam okno od kuchni wychodzące na maleńki ogródek i przechodni pokój, z którego wiodły drzwi do drugiego. Szczegóły jednak, poza mglistym wspomnieniem różowych ścian, zatarły się w pamięci.

Zdewastowany domek po szewcu-dozorcy za ogrodzeniem, którego dawniej nie było. Przy tej ścianie bawiliśmy się z Maćkiem w poszukiwanie skarbu. Skrzynia z piachem znajdowała się pod oknami z prawej.

Widok na tył domku od strony boisk do koszykówki.
Tuż obok drzwi wejściowych, na zewnątrz, znajdowało się przeszklone pomieszczenie – coś na kształt niewielkiej werandy z oddzielnym wejściem. Mieszkańcy domku użytkowali ją jako składzik czy komórkę, w której stał również rower Maćka. Onieśmielona, nigdy nie wchodziłam za nim do środka, zaglądałam jedynie, trzymając się w bezpiecznej odległości. Kto wie, w której chwili mógł nadejść straszny szewc i zacząć krzyczeć?

Maciek i ja przed werandą domku dozorcy
Często biegaliśmy z Maćkiem wokół domu, zaczynając od jego lewej strony. Wąziutka ścieżynka wiodła przez maluśkie grządeczki. Nieodmiennie fascynował mnie fakt, że w podstawionym pod rynnę naczyniu gromadziła się deszczówka, użytkowana później do jakichś nieznanych mi celów. Słyszałam o myciu głowy w wodzie deszczowej i o tajemnym jakimś działaniu jej na włosy, lecz zupełnie nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Z samego tyłu domu nie było niczego ciekawego, ale już wschodnia jego ściana stwarzała pewne możliwości zabawy. Dziecięcej wyobraźni wystarczała niewielka skrzynia z piachem, w którym grzebaliśmy z upodobaniem, fantazjując o dokopaniu się do najgłębszych piwnic, gdzie miał być ukryty skarb. Pikanterii dodawała atmosfera pośpiechu i tajności – w każdej chwili bowiem zza węgła mógł wyskoczyć na nas rozeźlony dozorca (choć tak naprawdę Maciek zupełnie nie bał się dziadka).

Pierwsze kroki w prowadzeniu samochodu stawialiśmy z Maćkiem dość wcześnie

Prześliczne nóżki-iksy, tatowa Syrenka 103 i mój magiczny dom...
Często bawiliśmy się również w piaskownicy, która wcale do tego celu nie była przeznaczona. Służyła do skoków w dal i gdy nadciągała grupa uczniów z wuefistą na czele, musieliśmy się ewakuować.

Z piaskownicy do skoków w dal...

...i bieżni pozostały tylko resztki pozwalające się domyślać, co to za miejsce
Na końcu drogi, przytulony do drugiego budynku warsztatów (usytuowanego równolegle do pierwszego) stał – i wciąż jeszcze stoi – piętrowy, murowany dom. Piętro zajmowała rodzina drugiego w kolejności dyrektora szkoły. Na parterze mieszkał z rodziną trzeci z kolei dyrektor. Od tyłu okna obu mieszkań wychodziły na przydomowy ogródek i rozpościerające się za ogrodzeniem bulwary, z boku zaś na zarośniętą trawą przestrzeń dzielącą dom od internatu. Ogromnie podobało mi się wtedy wejście do domu, nie zwyczajne, lecz prowadzące przez rodzaj murowanego podestu z balustradą i kilkoma schodkami. Ciemny, odrapany tynk i zwykłe, metalowe pręty nie były wprawdzie niczym nadzwyczajnym, jednak z ówczesnej perspektywy wszystko, co inne od własnego i dobrze znanego, było zachwycające.

Uliczka, którą mijało się z prawej strony warsztaty, a z lewej wiaty, wiodła prosto do widocznego w głębi domku
dyrektorów.
Tuż przed domkiem dyrektorów zaułek skręcał pod kątem prostym w lewo i biegł wzdłuż internatu aż do ślepego zakończenia niewielkim placykiem przy śmietniku. Rozległy teren przed internatem, oddzielony od niego wąziutką uliczką, żywopłotem i wrośniętymi weń rachitycznymi drzewkami wiśni, składał się z dwóch bieżni (w tym jednej do biegów na krótki dystans, a drugiej zakończonej piaskownicą przeznaczoną do skoków w dal) oraz czterech boisk. Patrząc przez okno z kuchni, po lewej stronie miało się podwójne boisko do gry w siatkówkę, po prawej największe, do piłki nożnej, za nimi zaś, w głębi, oddzielone szerokim pasem zieleni z bieżnią i piaskownicą, dwa jednakowe – do gry w koszykówkę.

To, co zostało z boisk
Najdalej, za boiskami, wzdłuż siatki odgradzającej teren należący do szkoły od bloków, na przestrzeni ciągnącej się od domku dozorcy po lewej aż po plac zabaw z prawej, rosły – poprzedzone pasem soczystej, zielonej trawy – lipy o niezapomnianym, słodko-gorzkim zapachu kwitnącego kwiecia, przetykane klonami. W ich cieniu Hela dziesiątki razy rozkładała koc, aby się „pobyczyć”. Lubiłam patrzeć w górę, na poruszające się listki i prześwitujące między nimi niebo albo promienie słońca. Byłyśmy wtedy obie bliżej ziemi. Ja w sposób dosłowny, tuż przy łaskoczących źdźbłach trawy, ona – bliżej ojcowizny, z której wygnał ją bezlitosny wiatr historii, a która pozostała poza granicami współczesnego kraju.


Słuchałam opowieści o abstrakcyjnych dla mnie czasach, których nie potrafiłam sobie wyobrazić. Zaśmiewałam się do rozpuku przy głuchym hrabim Rościszewskim i bliżej nieokreślonym mężczyźnie, któremu brakowało kilku palców i piątej klepki. Miał zalecać się do Heli, która na jego widok uciekała w popłochu. Cytowała jego dziwaczne teksty, z których najbardziej podobało mi się zdanie: „Leciałem... ni to słońce, ni to wiatr...”. Śmiałam się w nieskończoność, zawsze z tego samego. Innym razem słuchałam „O wróbelku Elemelku” i po sto razy kazałam sobie powtarzać fragment o trzmielu w kwiatowym telefonie, który za każdym razem bawił mnie w tym samym stopniu. Wciąż jeszcze znam go na pamięć:
...Jaki to tam numer będzie? 4 listki – 2 żołędzie.
- Halo! Bzyk... Czy to... bzyk... sroka?
- Kwoka? Bzz... Ja jestem kwoka?
- Ach, nie... zzyg... Proszę... zzyg... słuchać!
- To pan głuchy! Ja nie głucha! Kto to mówi?
- Bzz... bzz... melek.
- Bzybzymelek? To za wiele! Ktoś się ze mnie zakpić stara. Proszę się wyłączyć zaraz!
Bzybzymelek sprawiał, że dusiłam się od śmiechu.

Bzybzymelek. Ilustracje do wydania "O wróbelku Elemelku" Hanny Łochockiej przez Naszą Księgarnię z początku lat 70-tych wykonał Zdzisław Witwicki
Pod lipami grałyśmy również w gry planszowe i w szachy. Oszukiwałam, rzecz jasna, a Hela udawała, że nie widzi. Czasem rozkładałyśmy koc na trawie między boiskiem do siatkówki a wiatami, było to również ulubione miejsce moich zabaw z Maćkiem i innymi dziećmi. Same wiaty, zwłaszcza część przeznaczona dla rowerów, przydawały się jako wyimaginowane pomieszczenie lub inne przestrzenie. Dla wyobraźni nie było ograniczeń. Część zadaszona wiat, pod którą tato trzymał syrenę 103, a sąsiad beżową skodę 1000 MB, znakomicie chroniła przed deszczem. W dżdżysty, ale ciepły dzień można było nie iść do domu i wymyślić nową zabawę pod dachem.

Tam, gdzie widać samochody, znajdowały się wiaty
W miejscu, gdzie stały wiaty, widać jeszcze ślady
Tędy, między budynkami warsztatów, wiodła droga do mieszczącego się na tyłach miniogrodu babci

Tyły warsztatów. W najdalszym miejscu, gdzie wznosi się nowy mur z cegły, znajdowała się hałda węgla. Tam bawiliśmy się z Maćkiem. Bliżej - tu, gdzie widoczne są resztki trawy i szalunki nowych fundamentów - pracownicy szkoły mieli niewielkie działki. Wujek zjadał surowy bób, a ja nie zawsze dojrzałe, ale za to prawdziwe truskawki, sadzone przez babcię Manię. Miały naturalne, jasne końcówki i mimo że babcia usiłowała mnie przed tym powstrzymywać, nie wahałam się zjadać ich prosto z krzaczka. Nawet  zgrzytający w zębach piasek miał swój urok - dzisiejsze idealne, sztuczne produkty truskawkopodobne nie mają ani tego smaku, ani zapachu, co prawdziwe owoce wygrzane w słońcu.

52 komentarze:

  1. Tereny zabawowe do pozazdroszczenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. A wiesz, że faktycznie oczy dziecka widza inaczej i zapamiętujemy inaczej...
    Topole sadzono kiedyś nagminnie, bo u nas też tego sporo, topole i lipy, fruwa potem w powietrzu biały puch...
    O takim samochodziku zawsze marzyłam, żeby choć raz sie przejechać, teraz to nawet elektryczne są, ale bardzo hałaśliwe.
    Przegląd starych zdjęć prowadzi do pięknych wspomnień :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocham topole, uwielbiałam ten biały puch, a cholery wredne ("włodarze miasta"?) wszystko pościnały. Tyle ich było, a teraz chyba w całym mieście ani jednej nie uświadczysz.

      Usuń
  3. Ale za to jakie nosilas mini! :-)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz co, z wielka przyjemnością czytam te twoje wspomnienia -dorastałyśmy chyba w podobnych czasach, bo sporo się zgadza...miasto oczywiście inne, ale co to ma za znaczenia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak po prostu było... I to jak pięknie!

      Usuń
    2. masa wspomnień, moja podwórko, mój trzepak i huśtawka, czasy gdy skakało sie gumę... nie pogniewasz się, jeśli zainspirowana Tobą tez kiedyś coś o tym napisze?

      Usuń
    3. Pewnie, że pisz! Ja też jeszcze nie skończyłam. Każdy ma swoje wspomnienia i niby wszystkie podobne, a jednak wszystkie jedyne i niepowtarzalne...

      Usuń
  5. Ach, te wspomnienia z dzieciństwa:-)
    Mam podobne. Większość zdjęć czarno-biała, ale jak je oglądam to wciąż pamiętam kolory sweterków, sukienek, bucików, domów, huśtawek, nieba...takiego niebieskiego jak w dziciństwie dawno juź nie widziałam:-)
    Te zakamarki, murki, placyki, ogródki najmniejsze, te wszystkie tajemnicze dla nas dzieci miejsca pobudzajace wyobraźnię... Dzisiaj kiedy je widzę na zdjęciach, odarte z uroku dziecięcej wyobraźni, zwyczajne, to żal mi tamtego, dziecięcego świata pełnego magii kolorowych szkiełek celofanowych papierków po cukierkach, dziecięcej radości, ufności, marzeń...
    Powróciły do mnie jeszcze raz razem z Twoimi wspomnieniami:-)
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ta wolność nieograniczona Internetem, komputerem, tabletem, telefonem!...

      Usuń
    2. Właśnie dlatego prowadzę blog poświęcony mojemu blokowisku, mimo, że nie mieszkam tam od 7 lat. Z niepokojem spostrzegłam, że sporo zmian nie zauważyłam mieszkając tam jeszcze na stałe.

      Usuń
    3. A wiesz, że pisząc to, pomyślałam właśnie o Tobie?

      Usuń
    4. Czuję to doskonale :-)

      Usuń
    5. Powiem więcej - ostatnio myślę o Tobie praktycznie codziennie. Ciepło myślę. Bardzo mi pomogłaś, wiesz?

      Usuń
    6. Bardzo się cieszę! I cały czas jestem... :-)

      Usuń
    7. I jestem Ci za to bardzo wdzięczna.

      Usuń
  6. Ach, było, minęło. Dobrze powiedziałaś, przeminęło z wiatrem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tylko wiatry zostały :)

      Usuń
    2. No, kiedyś bulgotniki kąpielowe, a teraz cichosze fotelowe :D

      Usuń
    3. Dobrze, że nie Pierdogrzmoty Wieszcza :)

      Usuń
    4. Nie, trochę delikatniejsze podkołderniki smrodliwe...

      Usuń
    5. Jak mawiali starożytni Rosjanie: "Po co bąka trzymać w dupie? Niech polata po chałupie!"

      Usuń
    6. Lepiej niech dziesięciu wącha niż jednemu ma bok rozerwać...

      Usuń
    7. A w zimie dodatkowa zaleta, bo ciepło w spodniach! ;D

      Usuń
    8. I oto dyskusja wspięła się na najwyższy poziom :)

      Usuń
    9. Off topik ;)
      Przyznam się szczerze, że nie czytałam wszystkiego (co z największą przyjemnością uczynię w najbliższym luźniejszym czasie i niezwłocznie o tym doniosę!)
      Wpadł mi w oko ostatni komentarz i tak bez namysłu napisałam co mi na mózg przyszło ;))

      Usuń
    10. Tu generalnie wszystko jest na najwyższym poziomie. Cukrzę bez opamiętania, ale dziś Św. Pączka, to i cukier wysoki :)

      Usuń
    11. Jaśku, bo to ja zaczęłam z wiatrami :)

      Usuń
    12. Dzieweczko, Św. Pączek nie jest moim patronem, ja gustuję w Św. Faworku :)

      Usuń
    13. Ja też, nawet jutro mam zamiar smażyć :)

      Usuń
  7. Faworka Ci wyjątkowo nie dostarczę, ale już pączkiem angielskim bym uraczyła ;)
    A wspomnienia zawsze są urocze! I najprzyjemniejsze z tego naszego życia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie cierpię pączków, tfu! :)
      Tak sobie pomyślałam, że nam się wspomnienia zbiegły w czasie - i na blogach, i w czasie, który wspominamy.

      Usuń
    2. Hahahha, uśmiałam się - Twoja bezpośredniość...zabija hihihihih.

      Usuń
    3. Gdzieee taaam... Wszyscy jeszcze żyją :)

      Usuń
    4. Żyją, żyją, ale wiadomo, że jak Frau Be coś powie, to musi być reakcja :)

      Usuń
    5. Jest akcja - jest reakcja :)

      Usuń
  8. Oj bardzo trafiłaś tym wpisem w mój sentymentalny gust. Przeczytam go jeszcze zapewne przynajmniej kilka razy... A co do drzew - rosną jednak szybciej, niż myślimy, przynajmniej niektóre. Widzę to przynajmniej po niektórych miejscach "mojego osiedla. Kiedy byłyśmy z siostrą dziećmi, bawiłyśmy się w piaskownicy pod blokiem. Na zdjęciach (które uwieczniają nasze "szlachetne" dziecięce osóbki, widać doskonale blok za naszymi plecami. I trawnik. Zero żywopłotów i innych krzewów, o drzewach nie wspominając. To była 1. połowa lat 80.A na zdjęciach, które zaczęłam bardzo sporadycznie robić po 1999 przez okno i hurtowo niemal w ostatnich latach, kiedy odwiedzam strony rodzinne, widać, jaki "gąszcz drzew" wyrósł w miejscu piaskownicy. Aż trudno uwierzyć, że wielu z tych drzew po prostu jeszcze nie było 30-35 lat temu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świerki, które porosły koło szkoły, są niesłychanie wysokie. Tylko topoli już nie ma i to mnie bardzo smuci. Jeśli lubisz takie "sentymentalne" posty, to informuję Cię niniejszym, że będzie ich jeszcze kilka.

      Usuń
    2. Będę ich wyczekiwać :-)

      Usuń
  9. No pikniutko :) i jak swojsko !!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, boziu... A teraz? Prokuratura, psia mać...

      Usuń
  10. Jak ja chciałem mieć kiedyś takie autko. Piękne wspomnienia i myślę , że każdy znajdzie w swoim życiorysie wiele wspólnych akcentów.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękny, nieco nostalgiczny opis odległych czasów...
    Z Leszkiem, moim bratem, często wspominamy (to już
    chyba ten wiek, że się wspomina, choć Lechu jest ode mnie
    niecałe 2 lata młodszy).

    Jedyną stałą w życiu jest zmiana...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to mi się bardzo nie podoba. Prawdopodobnie, że na lepsze jeszcze mi się nie zmieniło, ale na gorsze to co chwilę.

      Usuń
  12. Miałam podobne dzieciństwo, też się bawiłam w takich miejscach i ponosiła mnie wyobraźnia. Do zabawy miałam wtedy głównie kolegów, może dlatego potem nie bardzo umiałam gadać z dziewczynami. Aż poznałam takie trochę mniej typowe, jak ja. I z nimi trzymam się do dziś. :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tamtym okresie miałam SAMYCH KOLEGÓW i jedną przyjaciółkę :)

      Usuń