piątek, 2 marca 2018

461. Ogródek (V)

Za siatką od strony śmietnika rozpościerał się teren nie należący do szkoły, ograniczony bulwarami, ulicą i trzypiętrowym blokiem stojącym prostopadle do niej. Znajdował się tam plac zabaw, który nazywaliśmy „ogródkiem”.


Tutaj znajdował się "ogródek"

Dziś nie ma śladu nie tylko po "ogródku", ale i po zieleni - prokuratura zamieniła to miejsce w swój parking
Byłam dzieckiem podwórkowym i spędzałam tam mnóstwo czasu, głównie na huśtawkach i zjeżdżalni, najczęściej z Andrzejem, z którym w podstawówce chodziłam do jednej klasy (moją wielką miłością i pierwszym chłopakiem), jego siostrą Anią i nielicznymi dziećmi z najbliższej okolicy. Najstarsza spośród nas była kędzierzawa Ewa z wieżowca, która trochę nam matkowała. Huśtawki stały mniej więcej w połowie placu, nieopodal piaskownicy, między dwoma drzewami. Jedna pomalowana była na czerwono, druga – na zielono. Czerwone było również okalające je ogrodzenie. Były solidne, duże, stalowe i miały wygodne, przestronne, drewniane siedziska. Zazwyczaj i tak huśtaliśmy się na stojąco, „z dobijaniem”, to znaczy tak wysoko, że kąt wychylenia przekraczał 90 stopni, a pręty, na których była zawieszona huśtawka, uderzały w górną poprzeczkę. Na spokojnym osiedlu, zamieszkanym w przytłaczającej większości przez ludzi starszych, dzieci była zaledwie garstka, dlatego kolejek do huśtawek nie było w ogóle. Często okupowałam je sama bądź z Andrzejem. Na biegnącej wokół barierce „przewijałyśmy się” z innymi dziewczynkami do przodu i do tyłu lub zwisałyśmy jak nietoperze, zamiatając włosami podłoże. Nikt z nas nigdy nie spadł z huśtawki ani z żadnego innego przyrządu, nikt nie rozbił sobie głowy ani nie skręcił karku.


Przed tymi drzewami (mniejszego jeszcze wtedy nie było!) stały huśtawki, na których spędzałam mnóstwo czasu. Po prawej stronie widać jeszcze narożnik piaskownicy, w której prawie nigdy się nie bawiłam.
Drugim najczęściej używanym urządzeniem była wysoka zjeżdżalnia o wąskich, stromych, drewnianych schodkach. W kierunku piaskownicy zjeżdżało się pochylnią żółtą, w przeciwnym – niebieską. Nie wiem, dlaczego, ale zawsze wolałam tę żółtą. Zwyczajne zjeżdżanie było nudne, dlatego wymyślało się różne zabawy, spośród których najbardziej lubiliśmy „ściganego na zjeżdżalni”. Zasady były te same, co na ziemi, stopień trudności podnosiła tylko konieczność ganiania po schodkach i szybkiej ewakuacji z góry na dół, czasem niemożliwej ze względu na kłębiący się na górze tłumek oczekujących na zjazd.


Między drzewem a tą malutką choineczką znajdowała się zjeżdżalnia
Z huśtawek dostępna była jeszcze potężna belka, zwana przeze mnie „belkowaną” oraz cztery konie w uproszczonej wersji (długie, metalowe rury z siedziskami na końcach, działające na zasadzie równoramiennej dźwigni). Nie przepadałam za „belkowaną”, gdyż do huśtania była niewygodna. Można było usiąść na niej okrakiem lub bokiem, ale nie było czego się przytrzymać i gdy została rozhuśtana, jeździło się po całej długości z narażeniem rąk i siedzenia na powbijanie drzazg. Czasem najlepiej było ewakuować się, zeskakując w biegu. Najprzyjemniej było huśtać się siedząc lub stojąc na jednym z dwóch końców, bo tam można było trzymać się rur. Wariant stojący charakteryzował się możliwością dodatkowego urozmaicenia: można było zawiesić się na uchwytach, podkurczając nogi i huśtać się na rękach w kierunku przeciwnym do ruchu belki. Tak robiłam najchętniej.
Na huśtawkach „koniowych” bawiłam się rzadko, bo do tego potrzeba było dwojga, na dodatek o zbliżonej wadze. Byłam przeważnie cięższa od wszystkich i tylko z Agatą z bloku przy ogródku potrafiłyśmy szaleć na „koniowych” godzinami. Huśtałyśmy się coraz szybciej i „z podbijaniem”, które polegało na tym, że gdy jedna z nas mocno odpychała się nogami i jechała w górę, druga z impetem opadała na dół, z całej siły waląc w ziemię. Towarzyszył temu zazwyczaj podskok na siedzisku tej na górze. Układałyśmy przy tym złośliwe wierszyki i piosenki o starszym bracie Agaty, Zbyszku, którego przezywałyśmy „żabą w okularach”.
Ogródek posiadał także piaskownicę, z której jednak praktycznie nie korzystałam. Do grzebania w piachu służyła mi wyłącznie ta na terenie internatu, do której uczniowie skakali w dal. Była dużo większa i nikt – poza mną i Maćkiem – jej nie zajmował.



W ogródku mieliśmy do dyspozycji trzy karuzele: jedną tradycyjną, z kolorowymi krzesełkami (od strony bulwarów), dwie zaś (czerwona przy piaskownicy i błękitna pod murem garaży) do jazdy na stojąco, z rurkami do trzymania. Podczas gdy ta pierwsza była dość niewygodna w użyciu (ktoś musiał nią poruszać, a była duża, ciężka i krzywo osadzona), dwie ostatnie nastręczały dużo więcej możliwości. Nawet w pojedynkę łatwo było je rozpędzić, odpychając się nogą od podłoża. Gdy stawało nas kilkoro, nadawaliśmy jej taką prędkość, że ledwo dało się stawić opór sile odśrodkowej. Można było wybrać rozmaite warianty: stać przodem lub tyłem do środka, kucnąć lub usiąść na drewnianej podłodze, zamieniać się miejscami w czasie jazdy albo – trzymając się jedną ręką – półleżeć, zamiatając drugą powietrze.


Tutaj - w miejscu, gdzie widać rozrośnięte tuje - znajdowała się duża karuzela krzesełkowa

Pod murem garaży stała mała karuzela do szaleństw
Chętnie bawiłam się także na drabinkach za zjeżdżalnią. Jedne służyły do „przewijania się” i wspinania, drugie – do bardziej urozmaiconych ewolucji. Rekordy czarnowidztwa biła Hela, która – patrząc na moje wyczyny – przewidywała wszystkie możliwe nieszczęścia od rozbicia głowy po skręcenie karku. Nigdy wszak nie wyrządziłam sobie najmniejszej nawet krzywdy.


Tu mieściły się moje ulubione drabinki do przeróżnych ewolucji

94 komentarze:

  1. Jak myśmy dzieciństwo przeżyli na nieatestowanych placach zabaw... Dziś to niemożliwe chyba.
    Fajne wspomnienia masz i zdjęcia w słońcu - chociaż Twojego placu już nie ma. Ja byłam dzieckiem ulicznym, bo my bawiliśmy się na ulicy, która miała ubitą glebę, samochody jeździły rzadko i mimo braku placu zabaw - nigdy się nie nudzilismy. Ehhhh....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ani plastiku, ani atestu, ani kasków, nakolanników i pasów bezpieczeństwa, ani nawet telefonów komórkowych... Warunki nie do przeżycia! Wygląda na to, że jesteśmy ludzie z żelaza :)

      Usuń
    2. Chyba tak, chociaż ostatnio to żelazo chyba mi się zaczęło korodować ...
      Może przyjdzie taki moment, że zeszlifuję tę korozję i dam radę się jakoś przed nią zabezpieczyć?? ;)

      Usuń
    3. Mnie tam nic nie koroduje, no ale ja się szanuję, nie biegam, nie gonię z kijami, nie kąpię się w przeręblach :)))

      Usuń
  2. Teraz trzeba założyć kask, aby skorzystać z placu zabaw;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A plac zabaw jest z plastiku i w rozmiarze dla krasnoludków.

      Usuń
  3. Dzieciaki "osiedlowe" mialy mialy zawsze w poblizu fajne place zabaw i one byly nie do zdarcia, w przeciwienstwie do tych dzisiejszych plastikowych. Czasem byly wymieniane sprochniale drewniane elementy. Nam zostawaly podworka, ale i tam mozna bylo znalezc upust dzieciecej energii i fantazji. W naszym byla piekarnia i cale stosy wiklinowych wielkich koszy do wozenia chleba, ktore staly pod wiata. Z nich to budowalismy, co tylko nam wyobraznia podpowiedziala. Dobrze, ze w godzinach naszych zabaw piekarnia byla zamknieta, bo prace rozpoczynali jakos w srodku nocy, a konczyli przed poludniem, bo koszy nie wolno bylo uzywac do zabaw. My wlazilismy do nich butami, a przeciez mialy sluzyc do celow spozywczych. Poza tym roznosilismy je po calym podworku i nie sprzatalismy po sobie. Wciaz byly awantury, ale nikt nie zlapal nas na goracym uczynku.
    Na kazdym z podworek byly jakies atrakcje, a to stare drewniane komorki, w ktorych byly rozne skarby, a to wyjscie na dach(!). Tylko hustawek i zjezdzalni nam brakowalo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...a potem przyszła "Solidarność" i wszystko spieprzyła - od pogody po place zabaw!

      Usuń
    2. Przed Solidarnością był Sanepid :D

      Usuń
    3. Sanepid był odkąd pamiętam, a huśtawek się nie czepiał!

      Usuń
    4. Masz slusznego, FrauBe! Oni zniszczyli wszystko, co bylo dobre, wyprobowane i nie szkodzilo nikomu.

      Usuń
    5. I zaszkodzili wszystkiemu, od kultury przez oświatę po obyczaje.

      Usuń
    6. Mówiąc nostalgicznie, kiedyś wszystko było inaczej...

      Usuń
    7. A większość - lepiej.

      Usuń
  4. Na Twoim podwórku było mało dzieci. U mnie za to ogromna ilość, jako że było to nowo wybudowane osiedle, które zasiedlili młodzi ludzie wraz ze swoimi dziećmi :)
    Pamiętam swoje odrapane kolana - głowa była cała, choć to, co czyniliśmy na tym podwórku, przekraczało wszelkie zasady zachowania bezpieczeństwa :) Jako to się stało, że nikt nas nie niańczył, a wszyscy byli cali i zdrowi? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cuda! Możliwe tylko w PRL!

      Usuń
    2. Cuda, panie, cuda! hihihih
      I jesteśmy nawet normalni, choć od tego wiszenia na trzepaku, tyłkiem ku niebu, mogło nam się co nieco porobić w makówę ;)

      Usuń
    3. Ostatnie normalne pokolenie. Na wymarciu.

      Usuń
    4. A wiesz co jest w tym wszystkim najbardziej zaskakujące? Że pokolenie rodziców, których dzieci ganiały samopas przed blokami, krótko trzymają swoje wnuki i nawet nastolatkowie mają z nimi przechlapane, bo dziadkowie wprowadzili im tyle ograniczeń, że dziecko samo nie może zostać przed blokiem, bo:
      - zabiją je i spożytkują w handlu narządami
      - zgwałcą
      - porwą
      - pobiją
      - "znarkotyzują"
      - wcisną dopalacze
      itp.
      Na pewno coś wymyślisz ;)
      Mam wrażenie, że tamto pokolenie, które pozwalało dzieciom samopas i z kluczem na szyi, normalnie ... zbzikowało.
      A może to wyrzuty sumienia się odzywają, że swoich dzieci nie dopilnowali wtedy, kiedy powinni ;)

      Usuń
    5. Myślisz, że to dziadkowie?
      W mojej rodzinie to chyba tak nie wygląda, trudno mi zdiagnozować problem.

      Usuń
  5. Do codziennych zabaw było podwórko za sąsiednim blokiem, wyposażone w trzepak do dywanów, piaskownicę, wielką wierzbę płaczącą i płot, za którym były garaże z dachami do skakania. Na końcu ulicy był ogródek jordanowski z mnóstwem atrakcji i rakietą - zjeżdżalnią. Oprócz tego łąki nad rzeką i szkolne boisko, bo szkoła i rzeka były blisko mojego domu. No i las, jeziora, bo to w Augustowie było...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinniście straszyć dzisiaj w charakterze bandy utopców :) Ja zresztą też, do Wisłoka rzut beretem mieliśmy.

      Usuń
  6. No i przypomniałaś mi dawno zapomniane czasy dzieciństwa. Mieliśmy takie huśtawki, które nazywasz "koniowymi", a huśtanie się na nich to tylko z podbijaniem. Nas na podwórku była całkiem spora zgraja dzieciaków. Bawiliśmy się nie tylko w piaskownicy, ale w różne, wymarłe już dziecięce zabawy : w klasy, klipę, zbijanego, berka, chowanego, w dom, w sklep. Prawie wszyscy mieliśmy rowery, choćby najtańsze i urządzaliśmy na nich szalone wyścigi po osiedlowej uliczce. Zimą jeździliśmy po zamarzniętym chodniku na takich bieda łyźwach przyczepianych do kamaszków, strasznie niszczyły te buty. No, a najbardziej oblegany był trzepak. Ja niestey nie uniknęłam kontuzji kręgosłupa spadając z trzepaka na głowę przy obrocie do tyłu. No i teraz mam świetną wymówkę, jak ktoś obrusza się, że gadam od rzeczy i pewnie upadłam na głowę, potakuję poważnie, że tak. A zdarza się i tak, ze ubiega mnie w towarzystwie ktoś z moich znajomych, mówiąc: Daj jej spokój, ona upadła na głowę!:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się udało nie upaść na głowę w dzieciństwie - zrobiłam to dopiero wychodząc za mąż :))

      Usuń
  7. Przypomniałaś mi zabawy z dzieciństwa i jakoś to wszystko przeżyliśmy, a nawet gdy ktoś sobie coś zrobił, nie skarżyło się do sądu o byle co...
    Obserwuję, że coraz więcej miejsc zamienianych jest na parkingi i zatoki parkingowe, samochodowa pustynia niedługo powstanie.
    Sadzą u nas wprawdzie drzewka, ale ich przetrwa wyskoki wandali?
    Był u nas świetny ogródek Jordanowski, nawet dwa - dziś nie ma po nich śladu, betonowe pustynie, na jednej targowisko...

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo podobnie spędzałam dzieciństwo, chociaż rzadko były tam takie zabawki, jak u Ciebie. U mnie nie było placu zabaw, najwyżej może coś w szkole (nie pamiętam), ale ze szkoły wszyscy jak najszybciej chcieli wracać do domów. A koło domów jednorodzinnych wtedy przeważnie nie stawiało się placów zabaw. Na takich zabawkach jak huśtawki bawiłam się więc głównie na wakacjach. Ze znajomymi z podstawówki bawiliśmy się po szkole - ja zwykle umawiałam się z chłopakami na rower, albo z sąsiadką na robienie grilla własnego wyrobu w ogródku (u mnie zawsze była kiełbasa i chleb w domu), zanim rodzice nie wrócili z pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, a my lubiliśmy szkołę i zanim po lekcjach wybraliśmy się do domów, to godzinkę - dwie spędzaliśmy jeszcze na szkolnym podwórzu.

      Usuń
    2. My byliśmy domkowi, jak to nazywasz poniżej. Do blogu przeprowadziłam się z rodzicami dopiero będąc nastolatką i to niechętnie. Niestety w tym wieku nie ma się wyboru. Ale świetnie wspominam właśnie te zabawy i wyprawy z chłopakami, z dziewczynami jakoś było mi nie po drodze. Nie ten rodzaj zabawy. Ja wolałam zajęcia aktywne: rower, wycieczki, gonitwy, ogniska (czasem w lesie, raz nas nawet strażnicy złapali o kazali wygasić, co też szybko zrobiliśmy), przeskakiwanie strumieni (a czasem lądowanie w nich po uszy), trzepaki, piaski i rowy, kanałki, te rzeczy :)

      Usuń
    3. Zastanowiłam się i wyszło mi, że u mnie w podwórkowej grupie też przeważali chłopcy. I to nawet nie chodzi o rodzaj zabaw, a o to, że z nimi wszystko przebiegało bezkonfliktowo, dziewczyny zaś musiały od czasu do czasu strzelić focha albo się pogniewać, a mnie było na to szkoda czasu :)

      Usuń
    4. To tak jak mnie, do dziś nie bardzo rozumiem konstrukcję focha, chociaż pewnie czasem też sygnalizuję, że mi coś nie pasuje - wprost jednak i bez owijania w bawełnę.

      Usuń
    5. Niestety, w moim otoczeniu fochowość jest bardzo rozwinięta.

      Usuń
  9. Zanim zaczęłam chodzić (po 5 roku życia), huśtawkę ojciec zawiesił w drzwiach kuchni. I choć parę razy bujałam się i kręciłam na karuzeli w wesołym miasteczku, to o dziwo nie pamiętam placów zabaw ze swego dzieciństwa. Bardzo ciekawa opowieść i pozazdrościć ilości zdjęć z opisywanego miejsca. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, to już nawet nie są zdjęcia z tamtych czasów, tylko fotografie pozostałości...

      Usuń
  10. u mnie na osiedlu były jeszcze metalowe globusy . Też dzieciństwo moje powiązane usilnie było z podwórkiem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Globus! To nie dość, że wesoło było, to jeszcze edukacyjnie!

      Usuń
  11. Piękne wspomnienia i tylko wspomnienia pozostały... Niestety wszyscy wyjeżdżają, dzieci coraz mniej. Po co się bawić, jak się tylko oczekuje. Taka jest niestety dzisiejsza rzeczywistość. Szara rzeczywistość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mówią, że to w PRL-u było szaro... A my potrafiliśmy pokolorować każdą szarość!

      Usuń
    2. Taka była potrzeba i wyzwalała ona w nas najgłębsze pokłady kreatywności. Teraz wszystko kolorowe, głośne i podane na tacy... A w gumę skakałaś? Ja tak , natomiast wszelkich drabinek i zjeżdżalni się strasznie bałam. Od dziecka mam lęk wysokości i nie pytaj co przechodzi ze mną ten, z kim jestem w jakiejś większej lub wyższej galerii handlowej, lub w Warszawie na Dworcu Centralnym, gdzie wszędzie są wysokie i strome ruchome schody.

      Usuń
    3. Pewnie, że skakałam! Gra w gumę była moją najulubieńszą, mogłam tak godzinami. co do lęku wysokości, mam odwrotnie niż Ty (chyba w ogóle mnóstwo rzeczy mamy odwrotnie).
      :)

      Usuń
    4. A wiecie co? To nasze dzieciństwo, to było naprawdę kolorowe. Kiedy słyszę o szarości PRL-u, szczególnie z ust młodych ludzi, którzy nie znają tamtej rzeczywistości, to zachodzę w głowę, skąd im się wziął taki pogląd, z domów rodzinnych? Ja pamiętam swoje dzieciństwo i wczesną młodość jako barwne, kolorowe, pełne muzyki, słońca, ruchu, radości. Żadnych szarości tam nie widzę. Może to kwestia postrzegania świata?:-)
      Marytka

      Usuń
    5. Chyba nie. Może raczej dobrego smaku. Współcześnie na przykład rażą mnie zgryźliwe, wściekłe barwy, którymi jesteśmy zewsząd epatowani. Wystarczy popatrzeć na kolory w telewizji i w kinie, w reklamach, w ubiorze... Przeważa nieumiarkowana, papuzia jaskrawość.

      Usuń
  12. Po moim placu zabaw z dzieciństwa też nie ma ani śladu. Czas płynie, wszystko mija...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Największe zdziwienie budzi we mnie fakt, że odchodzą nie tylko żywe istoty, ale i miejsca...

      Usuń
  13. Jak ja zazdrościlam dzieciom "blokowym" placów zabaw. U nas na osiedlu domków jednorodzinnych mieliśmy do biegania "tylko" łąkę, pobliski poligon i drzewa do wspinaczek. Trzepaki na podwórkach, a le zwykle mamy/babcie pilnowały, żeby za długo głową w dół nie zwisać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za to ja zazdroszczę domkowym i jesteśmy kwita :)

      Usuń
  14. Borze szumiący - jak myśmy przeżyły taki hardcore ?? (ja tylko z niewielką stratą przedniego uzębienia - ale to nie w walce ulicznej tylko w starciu z siostrą)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, w PRL-u wszystko było mocniejsze i rzetelniej wykonane - my też :)

      Usuń
  15. Ja uwielbiałam grać w gumę, albo w korale, kulaliśmy do dołka.Ale ja w ogóle byłam strasznym dzieckiem i straszną nastolatką.Podkładałam ludziom śledzie na wycieraczkę, kradłam mirabelki z ogrodu sąsiada i wchodziłam po rusztowaniu na czwarte piętro,az moj tata mało nie zszedł na zawał, jak mu pokiwałam przez okno. Było super:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, byłaś dzieckiem patologicznym! :)))

      Usuń
    2. Ale jakie ja miałam wspaniałe dzieciństwo, wiesz ? Zresztą ty też. To jest w nas na zawsze...

      Usuń
    3. Wspomnienia z dzieciństwa należą do moich najlepszych!

      Usuń
  16. Oj, ożyły moje wspomnienia!!!
    Bardzo dziękuję Ci za to!
    Serdeczne pozdrowienia!!!

    OdpowiedzUsuń
  17. Droga Frau Be, pozwalam sobie wkleić komentarz jaki na moim blogu pozostawiła autorka tajemnych zapisków, bo jestem pewna, że będzie Ci miły " (tajemnezapiski wtorek, marca 06, 2018
    Ależ mocno do mnie przemówił Twój wiersz!!! Pani Be, jesteś wielka!!!
    Pozdrawiam.)". Od siebie dodam-niechaj ta wielkość trwa, nie tylko dzięki poezji. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Iwono - nie wracałam już do tamtego wpisu i nie wiedziałam o komentarzu:)

      Usuń
  18. Ja w dzieciństwie nie mogłem huśtać się na huśtawkach, na wymioty mnie brało. Karuzela też odpadała... Przehuśtane miałem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do odwłoka z takim dzieciństwem!

      Usuń
    2. Teraz trochę to nadrabiam. Miewam huśtawkę nastrojów.

      Usuń
    3. A ja karuzelę w głowie.

      Usuń
    4. W sumie to genialne rozwiązanie. Mamy place zabaw w głowach!

      Usuń
    5. Zawsze wiedziałam, że na Podkarpaciu rodzą się sami wielcy ludzie, ale tym razem to już przeholowałam z geniuszem.

      Usuń
  19. no faktycznie - fanaberie pomarańczowe od korzeni aż po czcionkę i ramki fotek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mężczyzna!
      Puch marny jak nic...

      Usuń
    2. takie nic właśnie. żeby nie powiedzieć margines.

      Usuń
    3. W to już nie wnikam - tempo spostrzegania mną wstrząsnęło.

      Usuń
  20. To były czasy...nasz plac zabaw nazwaliśmy "za blokiem ", bo za ostatnim budynkiem na ulicy był. ..skromny,ale był. Serdeczności: )

    OdpowiedzUsuń
  21. Też miałem ogródek niedaleko domu. Mieszkałem w centrum Warszawy. W takiej części, w której dużo było wolnych parceli po zburzonych w czasie Powstania domach. I w jednej z takich luk był ogródek. Z huśtawkami, wielbłądem z drabinek i małą fontanną. Zajebisty. Dziś stoi tam jakiś biurowiec.
    Pozdrawiam
    Leslie Warszawski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te biurowce to straszliwe paskudy.

      Usuń
  22. Ja też byłem dzieckiem podwórka. Do dzisiaj sie dziwię jak wszyscy przeżyli to dzieciństwo, bo niebezpieczeństwa czychały co krok a my śmiało wychodziliśmy im naprzeciw. Zabawy na cmentarzu, "strzelanie" z puszek, wojny na cegły, granaty z saletry ... t.t.p., i.t.d.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patologia ma rozwinięty instynkt przetrwania :))

      Usuń
    2. Nie obyło się bez ran, ale co nas nie zabiło to nas... Ulubionym miejscem zabaw była stara grusza w kącie podwórka. Czasem wisiało, siedziało, usiłowało zrzucić innych, łamało, skakało z gałęzi na gałąź, całe podwórko. Trzepak też był, ale grusza fajniejsza :)

      Usuń
  23. Ja spędziłam dzieciństwo przy samym parku, w którym był plac zabaw, więc jako dziecko miałam raj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje dzieciństwo w ogóle było rajem.

      Usuń
  24. Miejsce mojego dzieciństwa też się zmieniło, tylko w tym przypadku na odwrót - powstał duży plac zabaw ze specjalną ścieżką do spacerów przy miejskim lesie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejski las... To zupełnie co innego.

      Usuń
  25. Jakie to prawdziwe i jakie dzisiaj...
    nieco patologiczne. ;-)))
    Nasze dzieciństwo, kraina, która odeszła,
    a jest...

    OdpowiedzUsuń
  26. Wspaniale chwile wolnosci... :). Wprawdzie w okolicach nie mialam takiego wypasu, tez nie zaluje. Do 3-ciej klasy szlalam z czereda wspólplemienców po trzech spokojnych podwórkach, pelnych zieleni, wracajac do domu przez balkon - po schodach tylko mamisynki lazily :). Pózniej zas mieszkalam w okolicy, gdzie otwartych przestrzeni i drzew nie brakowalo. Nie bylo drzewa nie do zdobycia, miejsc do szalenstw na wrotkach, czy wyscigów na rowerach. Zima zas sanki na pobliskiej górce, czy na teczkach prawie u bram szkoly :))).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I popatrz, żyjemy! Mimo braku kasków, nakolanników, nałokietników, pasów bezpieczeństwa, atestów i tysięcy tabliczek z ostrzeżeniami.

      Usuń
    2. Taaa...a dodaj to tego tak popularne w kraju za oceanem instrukcje np. obsługi kubka z gorącym piciem, żeby odczekać, aż płyn wystygnie, brać za uszko, bo inaczej można się poparzyć, nie przechylać żeby się nie oblać i nie poparzyć itp. :-)) A w Belgii bodajże nałożono karę 500 euro za łażenie po drzewach, bo można gałąź złamać??!!...Ech...
      Marytka

      Usuń
    3. To własnie miałam na myśli. Debilniejemy z dnia na dzień jako społeczeństwo.

      Usuń
  27. Zadziwia niewinność wszystkich komentujących bo to przecież oni wszystko jeśli nie samo coś zniknęło a przecież to my zniszczyliśmy co mogło być i zniszczymy niejedno. Niejeden plac zabaw, drzewo do wdrapywania się. Może robimy to po to by nikt już nie miał tak pięknych wspomnień ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak konkretnie to kto z nas zniszczył stare, porządne place zabaw na rzecz plastikowych gówien? Kto zaorał zielone tereny pod beton? Jesteś w stanie wskazać?

      Usuń
  28. Pani,ja. To konsekwencje naszych decyzji.Niekoniecznie jednoznacznych. Niekoniecznie w oczywisty sposób niszczących.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na przykład?
      Chętnie poznałabym jakiś konkret, zwłaszcza dotyczący moich wyborów.

      Usuń