piątek, 6 kwietnia 2018

468. W babcinej kuchni (VII)


Po prawej stronie korytarza znajdowało się moje najulubieńsze miejsce w całym domu: kuchnia. W niej koncentrowało się przez cały dzień życie rodzinne i towarzyskie.


W rzeczywistości były to trzy połączone ze sobą, niewielkie pomieszczenia. Bezpośrednio z korytarza wchodziło się do malutkiego przedpokoju. Na prawo od wejścia całą szerokość ściany zajmował wieszak z haczykami o okrągłych, kolorowych główkach. Przeżywał permanentne oblężenie, bo na nim właśnie przez większą część roku cała rodzina przechowywała wszystkie swoje okrycia wierzchnie. Ile razy dziadek dawał mi do zjedzenia surową cebulę, pożerałam ją zachłannie, a potem biegłam do przedpokoju, aby wtulić się w wiszące ubrania i otrzeć załzawione oczy.
Na wprost drzwi od korytarza wchodziło się do podłużnej łazienki ze zwykłymi, białymi kafelkami. Za ustawioną wzdłuż ściany po prawej wanną, przy samym oknie, znajdował się biały sedes z czarną deską. Spust od spłuczki starego typu hałasował w charakterystyczny sposób tak, że spuszczanie wody słychać było na całym piętrze. Nad wanną babcia myła naczynia. Lubiła wygrzewać ręce w bieżącej, gorącej wodzie ogrzanej przez termę z pomarańczowym światełkiem, regulowaną brązowym pokrętłem w kształcie kapelusza. Jeszcze kilka tygodni temu śniło mi się, że kąpałam się w naszej starej łazience, w tej samej głębokiej wannie.

To zdjęcie zostało zrobione w łazience - jedyne z tego pomieszczenia, jakie mam
Naprzeciw sedesu, na półkach wąskiego regału poupychane było obuwie i różnego rodzaju szpargały, takie jak pasta do butów, rozmaite szczotki, sznurki, spinacze do bielizny, szwarc, mydło i powidło. Tam też, na najniższej półce, znajdowały się moje skarby – zabawki, z którymi wychodziło się na zewnątrz: błękitne „wiadero” w białą kratkę, sitko do przesiewania piachu, foremki, rząd kolorowych kaczuszek z drewna, które kręciły łebkami ze specyficznym trajkotaniem, gdy ciągnęłam je za sobą na sznurku.

Błękitne "wiadero" było moim nieodłącznym atrybutem



W łazience często zamykał się młodszy brat taty zwany Drypą (do zamykania drzwi służył metalowy haczyk), żeby pograć na gitarze. Było to pewnie jedyne miejsce w przeludnionym mieszkaniu, gdzie mógł znaleźć azyl. Grał i śpiewał, a babcia mawiała wówczas, że „Drypa wyje”. Jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Może to złudzenie, a może czasy były inne, bo wszyscy byli jakby mniej nerwowi niż dziś. W tej samej łazience, siedząc na sedesie, nauczyłam się od A do Z tabliczki mnożenia z tylnej okładki błękitnego zeszytu w kratkę. Na brzegu wanny przysiadała często Hela, żeby przełknąć w pośpiechu talerz zupy lub pierogów, którymi ją poczęstowano. Na drzwiach, od wewnętrznej strony łazienki, wisiała biało-granatowa trzepaczka do dywanów, którą babcia żartobliwie nazywała „Nervosolem”. Z uśmiechem straszyła mnie nią kompletnie niewiarygodnie, gdy marudziłam albo robiłam się nieznośna, mówiąc: „na nerwy najlepszy jest Nervosol!” Poza dywanem wszakże nigdy nie trzepnęła nią nikogo.
Drzwi z lewej strony przedpokoju były zawsze otwarte. Prowadziły do kuchni, która była wąska, podłużna, ciasna i zawsze pełna.

Ja w kuchni
Najluźniej było przed południem, gdy rodzice szli do pracy, a wujek Drypa do swoich zajęć. Zostawaliśmy w trójkę: babcia, dziadek i ja. Hela przychodziła nieco później. Gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły, większość wolnego czasu spędzałam właśnie w kuchni. Babcia i dziadek krzątali się przy gotowaniu obiadu, a ja, na końcu kiszkowatego pomieszczenia, rozkładałam na parapecie z lastriko swoje ulubione zabawki: duże, drewniane klocki przechowywane w starej, beżowej torebce mamy i plastikowe zwierzątka. Budowałam dla nich domy i ogrody, układając w głowie całe historie. Z upodobaniem zarysowywałam też całe bloki rysunkowe komiksami własnego pomysłu, a mama dziwiła się, że chociaż znosi do domu tony papieru, tak szybko znikają. Zapadła mi w pamięć również ulubiona kolorowanka – przejmująca historia o misiu, który wypadł przez okno pociągu. Na szczęście świadkami tego zdarzenia byli dzielni harcerze i oddali zabawkę dziecku, które je zgubiło. Lekcji starannego malowania udzielał mi tato.


Bawiąc się w kuchni, od czasu do czasu spoglądałam w okno. Wiosną i jesienią widać było przez nie uczniów grających w piłkę na boiskach za żywopłotem, skaczących w dal do piaskownicy lub biegających na czas po wysypanej żużlem bieżni. Czasem, gdy dziadek gotował na kuchence podłączonej do butli gazowej parującą zupę, a babcia rozwałkowywała na stole ciasto na pierogi, rysowałam palcami na „zachuchanych” szybach rozmaite wzory. Babcia niby to pokrzykiwała, że zostawiam tłuste ślady łap, ale kto by brał na poważnie jej gderanie? Nigdy nie gniewała się naprawdę i tylko udawała groźną. Na zimę dziadek i tato zakładali dodatkową parę skrzydeł okiennych. Na samym dole narastał od wewnątrz pasek grubego lodu, a mróz malował na całych szybach fantazyjne wzory. Wytrwałym chuchaniem udawało mi się zrobić okrągłe okienko na świat, a wtedy mogłam godzinami stać i patrzeć na padający śnieg. Wszystko, co znajdowało się za moimi plecami, tchnęło ciepłem, bezpieczeństwem i beztroską: nakręcany śmiesznym kluczykiem drewniany zegar z metalowymi wskazówkami i rzymskimi cyframi wiszący nad stołem, malutka lodówka, kredens-żyrafka, dziadkowe pobrzękiwanie przykrywkami, błękitny dymek z papierosa osadzonego w lufce.

W kuchni
Latem, z nosem rozpłaszczonym na szybie, wypatrywałam deszczu i błyskawic. Nigdy nie czułam lęku, lecz fascynację kształtem rozdzierających niebo błyszczących, pomarańczowych i niebieskich gałązek. Popołudniami, bez względu na porę roku, kuchnia wypełniała się ludźmi. Wracali z pracy rodzice i wujek Drypa ze swoich zajęć, schodzili się sąsiedzi (najczęściej gruby Pan Em o jajowatej głowie albo Pani Em), przybywały na telewizję Hela i Iza. Bywało, że przynosiłam z łazienki swój nieśmiertelny biały nocnik i po cichu sadowiłam się na nim w kąciku między łazienką a drzwiami prowadzącymi do kuchni. Przesiadywałam w ten sposób mnóstwo czasu, z przyjemnością słuchając, o czym rozmawiali dorośli. Na pupie odgniatały mi się czerwone kółka, ale wstawałam dopiero wtedy, gdy ktoś przypomniał sobie o mnie i ponaglił. Było ciasno, biednie, siermiężnie i głośno, ale tamta kuchnia, tamte zwyczajne popołudnia i wieczory, pełne gwaru i nieskrępowanego śmiechu, to jedno z moich najdroższych wspomnień.



56 komentarzy:

  1. Faktycznie od tych wspomnień bije ciepło i bezpieczeństwo. Na pewno tamte czasy były inne, ale czy ludzie spokojniejsi. Może dlatego, że pokolenie naszych dziadków przeżyło wojnę i pamiętali znacznie gorsze rzeczy. Tak mi się czasem wydaje. Moje ciepłe wspomnienia pochodzą też głównie z kuchni, to była taka kuchnia dziadków na werandzie, w domu, w którym mieszkali.
    W domu moich rodziców kuchnia była niewielkim pomieszczeniem, w którym mieściła się właściwie tylko jedna osoba, z kuchenką gazową na butlę. A życie towarzyskie toczyło się jednak głównie w ich pokoju. Mój był przechodni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspomnienia z dzieciństwa (długiego, dłuuugiego...) zaliczam do najpiękniejszych w moim życiu - obok jeszcze jednych ex aequo...

      Usuń
  2. W czasach Twojego i mojego dzieciństwa chyba większość rodzinnego życia ogniskowała się w kuchni. W moim domu, w domu mojej babaci, w domach moich koleżanek tak właśnie było. Kuchnia była sercem domu, a ludzie mieli dla siebie więcej czasu, byli dla siebie najważniejsi. Tak jak napisałaś było biednie, ale dookoła pełno było gwaru, uśmiechu, życia. Mam wrażenie, że zamieniliśmy to dzisiaj na gadżety, gonitwę za pieniądzem, za lepszym materialnie życiem, za godzinami rozmów przez telefon, zamiast bliskiego kontaktu. Jakże często spędzamy teraz czas zamknięci w osobnych pokojach (jeśli mamy ich więcej), nawet głównego posiłku nie spożywamy razem. Zamieniamy między sobą parę zdań w ciągu całego miesiąca, mijając się jak obcy w przedpokoju, kuchni, łazience. Zauważyłam to w wielu znajomych domach i nie rozumiem co się z nami stało?
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyszłam kiedyś do mojej przyjaciółki. W dużym pokoju siedzieli przy wspólnym stole ona i jej mąż. Oboje mieli otwarte laptopy, oparte o siebie monitorami. W drugim pokoju leżała z laptopem na łóżku córka. W trzecim - siedział przy komputerze syn ze słuchawkami na uszach. Zapytałam, czy tu w ogóle ktoś rozmawia inaczej niż przez komunikatory internetowe...

      Usuń
    2. Siedzę u koleżanki, w kuchni, a jakże, zawsze mnie tam ciagnie:-) Nasmażyła racuchów i mówi, że zawoła syna, żeby sobie trochę wziął. Patrzę, a ona bierze telefon do ręki, to ja na to, że po co, skoro on jest w pokoju obok. A koleżanka, że przecież nie będzie się darła, kulturalnie go zaprosi:-)))
      Marytka

      Usuń
    3. U mnie, ze względu na durny rozkład mieszkania, też trzeba się drzeć, żeby kogoś przywołać do kuchni. Ale w celu "kulturalnego" powiadamiania dzieciątka, że wołam do kuchni, nabyłam owczy dzwonek i nim dzwonię :)

      Usuń
    4. Ja też mam taki dzwoneczek, nie owczy wprawdzie, ale go kiedyś w jakimś kościele nabyłam. :)) Ale słychać go w całym domu.

      Usuń
    5. Bardzo dobry wynalazek. Moje babcie miały takie dzwonki na służbę. Szkoda, że ja nie mam. Służby, oczywiście, bo dzwonek jest.

      Usuń
  3. Cebule na surowo? W życiu bym nie zjadła!
    Wyglądałaś jak Biały Kapturek, a zamiast koszyczka wiaderko:-)
    Ja przesiadywałam w kuchni u babci i u matki chrzestnej, kuchnie to były kiedyś magiczne pomieszczenia:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie to zostało do dzisiaj. Surową cebulę wcinam jak jabłka, a raczej zamiast nich, bo jabłek nie lubię.

      Usuń
    2. To chyba jesteś okazem zdrowia!

      Usuń
    3. Jestem, nie da się ukryć. Ale to genetyczne.

      Usuń
  4. Dokladnie tak samo swoja corke ubierala moja byla tesciowa. Moja mama na szczescie miala troche inny gust :-))) To znaczy nosilam troche dluzsze sukienki i czapki z wiekszym daszkiem, he he he!
    Jak milo sie oglada takie stare zdjecia, wszedzie domy byly takie same, takie same meble, takie same lamperie na scianach, nasze mamy mialy podobne sukienki i kucyki z kokiem na czubku glowy, tylko moja miala wlosy bardzo dlugie. Szkoda ze je pozniej sciela i sprzedala na treske.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No co Ty? Takie śliczne dziecko należało jednak eksponować, a nie chować pod ubraniem :)))

      Usuń
  5. Nostalgią powiało, już rano Twój post przeczytałam, z ogromną przyjemnością 😀 bardzo sugestywnie odpisałaś atmosferę swojego domu i nic dziwnego, że za nią i za nim tęsknisz.
    Fajnie wyszło to zdjęcie, na którym jesteś z mamą i widać cień fotografa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym fotografem był oczywiście tato, miał rzetelnego świra na punkcie córeczki i robił mi miliardy zdjęć.

      Usuń
  6. Chyba kazdy z nas ma podobne "kuchenne" wspomnienia. Bo i kiedys to byly kuchnie, nie to co te dzisiejsze klitki blokowe. Sprobuj w takiej zmiescic wiecej niz dwie osoby, juz robi sie ciasno, a gdzie mowa o calej rodzinie, przy jednym stole? Taka rodzinna kuchnie babcia miala w krakowskim mieszkaniu, pozniej juz te kuchnie byly coraz mniejsze, ale w kazdej ja jakos sie miescilam, bo to bylo i do dzisiaj pozostalo, najukochansze pomieszczenie w domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty do mnie w ogóle nie mów o moim mieszkaniu!!!

      Usuń
  7. Kuchnię teraz lubię ...Ale miałam też taką której nie znosiłam

    OdpowiedzUsuń
  8. Kuchnia to kuchnia... Całe szczęście, że człowiek nie może żyć samą miłością!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie może, ale bardzo krótko. Po kilku dniach kuchnia znowu staje się ważniejsza od sypialni...

      Usuń
    2. Muszę to zweryfikować. Wywracasz mi światopogląd.

      Usuń
    3. No nie przesadzaj. Ja nie jestem jak Marks z Engelsem...

      Usuń
    4. Szkoda - to by mi imponowało.

      Usuń
    5. Mnie nie szkoda. Chciałbym być jak Szczepko i Tońko...

      Usuń
    6. A nie jak Żwirek i Muchomorek?

      Usuń
    7. Żwirek i Muchomorek! To geje, podobno, są!

      Usuń
    8. Bolek i Lolek chyba nie, bo Tola do nich przychodzi...

      Usuń
    9. To może Jaś i Małgosia? "Ona jest pedałem..."

      Usuń
  9. Miejsca z dzieciństwa, które w pamięci są wielkimi przestrzeniami tajemniczego świata, okazują się dziś małymi klitkami. Babcie, ciepłe i zarazem trochę groźne, okazują się psychicznymi tyranami... a w moim poście chodzi o .... mego syna. I tyle. Tam tego nie napiszę, zbyt dużo "życzliwych" osób to czyta (o czym juz nieraz przekonałem się w jak najbardziej realnym swiecie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. CzarTuniu, przykro mi (ze względu na to ostatnie). A moje babcie można by posądzić o wszystko, ale nie o psychiczne terroryzowanie. Ta, z którą mieszkałam, terroryzowała mnie tylko fizycznie - po sto razy przykrywając w nocy, chociaż celowo się odkrywałam, bo mi było zawsze gorąco.

      Usuń
  10. Piękna opowieść i samo życie. Ile Ty szczegółów pamiętasz... Widać szczęście na Twej twarzy, bo mimo biedy i ciasnoty to były na pewno dla Ciebie szczęśliwe lata.
    Teraz ludzie są bardzo zabiegani i nie mają na nic czasu. Kiedyś czas spędzało się rodzinnie i ludzie chyba nie narzekali na brak czasu. Szkoda, że teraz nie jest tak jak kiedyś...
    A wiesz, że miałam takie samo wiaderko ?
    Ja też z rozrzewnieniem wspominam czasy dzieciństwa, gdy dużo czasu spędzałam z babcią i dziadkiem. Pozdrawiam serdecznie :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam dwa te wiaderka i bezgranicznie je kochałam! Podobnie jak swoje otoczenie, dom, rodzinę. To prawda - był to najszczęśliwszy okres mojego życia.

      Usuń
  11. Cudne są wspomnienia z dzieciństwa:-)) Aż łezka się w oku kręci...

    OdpowiedzUsuń
  12. Nostalgicznie,ladne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nostalgicznie, bo tęsknię i za tamtymi czasami, i za ludźmi...

      Usuń
  13. Takie domowe to Twoje pisanie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Cebulę na surowo i ja lubię, ale tę delikatniejszą, białą. :) Lubię też czosnek, a obydwu warzyw nauczyła mnie jeść na surowo babcia, u której też były podwójne okna na zimę. :)
    Ty miałaś wiaderko w kratkę, a ja mały wózek dla lalek, w którym woziłam kota. ;) Spryciula z niego był, wiecznie wywalał łapą wszystkie lalki z tego wózka, układał się na grzbiecie i pozwalał przykrywać małą kołderką (którą uszyła moja babcia) i godzinami wozić po podwórku. :) Sentyment do kotów też mi został, choć nie wożę ich już w wózkach. ;))))
    Dziękuję za piękną opowieść i maleńki powrót do przeszłości. :)
    Pozdrawiam Cię Frau Be ciepło i wiosennie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój wózek dla lalek wykonany był z wikliny i miał drewniane kółka. Turkotał przeraźliwie, a ja ten odgłos lubiłam :)
      Bez cebuli i czosnku (dodaję go do każdej niemal potrawy, niedługo chyba będę piła kawę z czosnkiem) nie ma życia :)))

      Usuń
    2. Miałam taki sam wózek. Też woziłam w nim, poza lalkami i misiami naszego kota:-) Nie powiem, nawet mu się podobało:-)
      Niestety cebuli i czosnku nie toleruję, pomimo wysiłków róznych, bliskich osób, które próbowały mnie nauczyć ich spożywania dla mojego dobra, oczywiście:-)
      Marytka

      Usuń
    3. U nas w tym czasie był pies - wielki owczarek podhalański, więc nie miałam szans włożyć go do wózka :))

      Usuń
  15. Się wzruszyłam się normalnie. Pięknie piszesz! U nas aż tyle luda w domu nie było, ale w domu przyjaciół moich rodziców owszem. Bywaliśmy tam i strasznie mi się podobało, że tam ciągle jest tyle ludzi, że ciągle ktoś wchodzi wychodzi, na stole lądują kolejne herbaty/kawy. Ktoś przynosi ciasto, ktoś owoce. Teraz nie wyobrażamy sobie chyba wpaść do kogoś bez zapowiedzi, a tam się po prostu szło, czasem po drodze ze sklepu, albo ot tak. Inne czasy droga Frau...
    Co do cebuli i czosnku - 100% racji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie... Inne czasy, bardzo inne - na plus w stosunku do naszych. Niestety.

      Usuń
  16. http://jakajestesmario.blogspot.com/2018/04/dieta-dla-duszy ,polecam do przeczytania najnowszy post tam zamieszczony. Jednocześnie zastanawiam się, jak tak urocza dziewczynka ze zdjęć może uważać się za brzydką i nieatrakcyjną jako osoba dorosła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym, czy jesteśmy atrakcyjni i ładni, nie decydujemy my, tylko nasze otoczenie. I fakty z życia.

      Usuń
  17. A ja właśnie jem pierwszą tej wiosny sałatke z mniszka lekarskiego, rukwi wodnej i całej masy cebuli i czosnku.
    Wiesz, ja też miałam szczęśliwe dzieciństwo. Tez lubiłam siedzieć w kuchni i miałam takie samo niebieskie wiaderko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już druga osoba, która deklaruje, że miała takie samo "wiadero". Zaczynam rozważać założenie klubu!

      Usuń
  18. W moim rodzinnym domu byla kuchnia na tyle duza, ze stal stol dla 5 osob. Tez tam sie dobrze siedzialo :)
    A teraz mam pokojo-kuchnie z wielkim stolem, przy ktorym w porywach siada 12 osob! Niedawno bylo 13 osob ale ta dodatkowa zrobila ciasnote :)
    Babcie tez bylay, najpierw mama ojca, potem mama mamy. Jakos nie czulo sie zageszczenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzę o dużej kuchni albo o jakimkolwiek miejscu, w którym dałoby się postawić stół. Niestety, w moim bunkrze to niewykonalne.

      Usuń
  19. Też miałam szczęśliwe dzieciństwo. I takie samo wiaderko... Czy ktoś miał inne niż niebieskie??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może inne niż niebieskie nie istniały, ale niebieskie i tak były najładniejsze, więc po co inne kolory? :))

      Usuń