wtorek, 12 listopada 2019

546. Białe noce w Leningradzie

Wieś nie przestaje mnie zaskakiwać.
Noc. Od 415 walczę z budzikiem, bo jakiś idiota wymyślił, że o 700 człowiek jest zdolny do pracy.
Otóż nie jest.
W każdym razie nie każdy.
Nie ja.
Tradycyjnie potykam się o własne nogi, zewsząd atakują mnie drzwi i ściany, rzucając się na mnie i nabijając guzy. W końcu o 520 wychodzę z domu prosto w ciemność. Polska wieś cywilizowana, więc zna takie wynalazki jak latarnie uliczne, te jednak są tak chytrze porozstawiane, że te mizerne 2 km do pętli autobusowej przebywam, świecąc sobie pod nogi telefonem i przed siebie kieszonkową latarką, by zachować bodaj resztki uzębienia.
Mniej więcej w połowie drugiego kilometra mijam starą, zdewastowaną chałupę. W egipskich ciemnościach nie widać nieco krzywej tabliczki, która za dnia jest zupełnie biała. Numer telefonu do aktualnego właściciela, który daremnie usiłuje pozbyć się niewygodnej schedy, z biegiem czasu zupełnie uległ zatarciu. Ludziska we wsi niegłupie: nieboszczyk wuj spadkobiercy był pijakiem, a na koniec powiesił się w domu, więc teraz musowo tam straszy. Egzorcystę z miasta wojewódzkiego trzeba by fatygować, a i to nie wiadomo, czy tak do końca złego pogoni, bo silny ladaco okrutnie. Co prawda mój brat twierdzi, że ewentualny kłopot z posesją mógłby polegać na sporze z wojewódzkim konserwatorem zabytków (który zwyczajnie może nie wydać zgody na rozbiórkę zabytkowej chaty), ale wspomniany brat to w końcu tylko miastowy głupek, a miejscowi i tak swoje wiedzą.
Mimo otaczającej mnie nieprzeniknionej czerni i pory, o której nawet kogutom nie śni się jeszcze o pianiu, ze złowrogo połyskującego w nikłym światełku mojej małej latareczki okna nie łypie na mnie żadna upiorna morda. Idę dalej nieustraszenie, bo ja z tych, co to „choćby kroczyli ciemną doliną, zła się nie ulękną”. Moja straceńcza odwaga ma ponoć jakieś powiązania ze stanem głębokiego uśpienia organizmu, który o tej porze nie jest w stanie nawet się bać.
Kawalątek dalej, tuż za nawiedzoną chałupą, majaczy zjawa, która przybliża się do mnie w mocno umiarkowanym tempie. Ruchy widziadła znamionują niemrawość równą mojej.
- Dobry wieczór – prawie szepcze, zdradzając niepewność – Albo nie wiem…
- Albo dzień dobry – odpowiadam z powątpiewaniem w głosie. – Właściwie to nic nie pasuje.
- No właśnie – szepcze zjawa anemicznie i znika, udając się w kierunku zupełnie odwrotnym do mojego. Gdybym była zdolna do myślenia, zastanowiłoby mnie, dokąd zdąża: poza szkołą i kościołem, raczej nieczynnymi jeszcze o tak pogańskiej porze, w tamtej stronie znajduje się jeszcze tylko cmentarz.
Pilnując, żeby nie zasnąć po drodze, natychmiast zapominam o zakłopotanej zjawie i uparcie prę naprzód. O tej nieludzkiej godzinie nawet pół psa nie zaszczeka, co znacznie utrudnia mi zadanie. Śpiewam więc na głos „Białe noce w Leningradzie” po rosyjsku i „Wzdłuż ziemi swobodnej, od morza do Tatr” po polsku. Mogłabym się jeszcze szczypać co kilka kroków, ale bardzo tego nie lubię.
W końcu docieram do przystanku, wzorowo pogrążonego w ciemnościach. Dostrzegam nawet zarys wiaty, a gdy zbliżam się do niej, z otchłani czerni wyskakuje na mnie znienacka jakiś nieduży cień.
- A dzień dobry! – odzywa się tonem nie znoszącym sprzeciwu. – A pani to czyja żona?!
Pytanie brzmi jak wystrzał armatni.
- Już niczyja – odpowiadam mechanicznie, nie do końca rozumiejąc, co się właśnie stało. – Raczej siostra – dodaję głupkowato.
- A czyja? – atakuje niewyraźny kształt. Ma nieznośną manierę zaczynania wypowiedzeń od „a”.
- Organisty – mamroczę mechanicznie i rozpaczliwie ziewam.
- A! – cień nie spuszcza z tonu. – A co tam u naszego Misia?
„Gówno” – myślę – „to nie wasz Miś”. Z opresji ratuje mnie autobus. Wsiadam i natychmiast pogrążam się we śnie. Zasypiając, odnotowuję, że upierdliwy cień jest niedużą babinką, która gramoli się na siedzenie obok, jazgocząc bez wytchnienia.
„A moja córka… a syn… a drugi syn… a wnuk… a bóg… honor… ojczyzna… wszyscy święci…” kołyszą mnie do snu. Gdy uczynny pan kierowca budzi mnie na moim przystanku niespełna godzinkę później, trajkoczącej babiny już nie ma.
Po pracy znów tłukę się wsiobusem. Najpierw stoimy w korkach, bo miasto najwyraźniej nie chce nas wypuścić. Potem przybywa ludzi i robi się tłok, który w końcu się rozładowuje: utrudzony elektorat, podzieliwszy się swoim uświadomieniem politycznym z sąsiadami, wraca do chałup. Do końca dojeżdżam tylko ja w towarzystwie kobiety, która z wyglądu przypomina moją nieboszczkę teściową, ale którą moje piękne oczy widzą pierwszy raz w życiu. Teściowopodobna dopada mnie natychmiast po wyjściu z pojazdu.
- Co tam słychać u naszego Misia? Zaaklimatyzował się już?
Przeżywam pośpieszne déjà vu i śpieszę na ratunek własnej opadniętej żuchwie.
- Mhm – kiwam głową.
- A jak tam kotek naszego Misia?
- Dziękuję, zdrów i wesół – odpowiadam rezolutnie. – Z kotkiem mieszkam ja.
- No wiem, wiem – kiwa głową teściowopodobna i żegna się, odbijając w prawo obok okazałej stodoły. – To ja do domu.
- To ja też – mruczę pod nosem z nadal opadniętą szczęką.
Dam znać, gdy wymyślę, skąd obca baba wiedziała, kim jestem i w jaki sposób mój rysopis obiegł wieś z prędkością światła.

piątek, 8 listopada 2019

545. Marcepanowe królestwo


Niewielka mieścina Szentendre (nazwa tłumaczy się po prostu jako Święty Andrzej), położona w Zakolu Dunaju w odległości zaledwie kilkunastu kilometrów od Budapesztu, nazywana jest „miasteczkiem artystów”.


Zakole Dunaju

Artysta

Ta malownicza i zabytkowa dziura była niegdyś średniowiecznym, kupieckim miastem, które przeżyło swój rozkwit w XVIII wieku.





Stanowiła – i stanowi po dzień dzisiejszy – istną mieszankę etniczną (ściągali tutaj Chorwaci, Grecy, Niemcy, Serbowie, Słowacy).




Wciąż obowiązują tam dwa kalendarze i kilka różnych wyznań.






Upodobali je sobie malarze i tam tworzą w plenerze, wystawiają i sprzedają swoje obrazy.
Sercem miasteczka jest trójkątny rynek Fö tér.





Pośrodku stoi zabytkowy krzyż morowy upamiętniający zarazę. Wystawił go w 1763 roku cech kupców serbskich.



Malowidła na nim zamieszczone nawiązują cechami do prawosławnych ikon.



Miasteczko jest naprawdę urokliwe.




Moje serce i mózg (oraz pozostałe podroby) zostały jednak całkowicie zawładnięte przez… raj. Raj dla marcepanojadów, który to szlachetny gatunek reprezentuję od szczenięcych lat! Oto naszym oczom ukazało się jedno z najstarszych na świecie muzeów marcepanu.



Weszłam i przepadłam z kretesem! Co tu dużo mówić – oszalałam ze szczęścia w otoczeniu takich ilości ukochanego smakołyku. Setki kilogramów! Mogłabym się w nim tarzać…
Muzeum urządzone jest w przytulnej, piętrowej kamienicy. Eksponaty w nim umieszczone są arcydziełami sztuki cukierniczej. Oprócz nich można podziwiać również maszyny do wyrobu marcepanu oraz pracowników, którzy przez cały czas wytwarzają marcepanowe cuda.


Podglądamy pracownicę




Pani przygotowuje marcepanowych siostrzeńców Kaczora Donalda
w marcepanowym samolocie


Skrzypce z marcepanu już gotowe do wyeksponowania

Marcepanowy gigantyczny kaktus oczekuje na przeniesienie do sali wystawowej

Sklep oczywiście też jest, ale co tam sklep… Nie będę się rozpisywać. NIECH PRZEMÓWI MARCEPAN!


GMACH PARLAMENTU


Marcepanowy gmach Parlamentu waży 60 kg. Czas wykonania: 4 miesiące.


POSTACIE LUDZKIE


Na tę panią zużyto 78 kg marcepanu. Czas wykonania: 425 godzin.

62 kg marcepanowego Michaela Jacksona. Czas wykonania: 336 godzin.

Księżna Diana też sporych rozmiarów

Marcepanowa dama

Ta pani już nieco mniejsza, ale nadal duuużo marcepanu!


POJAZDY


Tę koronkowa karocę wykonano w ciągu 80 godzin z 30 kg marcepanu

Lokomotywa z marcepanu waży 60 kg i wykonano ją w czasie 120 godzin


KSIĄŻKA


Mamy i marcepanową literaturę


ROŚLINY


Marcepanowa kaktusiarnia

Podziwiam osobę wykonującą z marcepanu kaktusowe kolce!



Marcepanowe róże w marcepanowym koszu ważą "zaledwie" 8 kg i zostały wykonane w 48 godzin


BOHATEROWIE BAJEK


Flinstonowie z marcepanu

Marcepanowy Scooby-Doo!

Muppet Show

Mała Syrenka w jej zachwycającym morskim świecie (oczywiście z marcepanu)

Luuudzieee! 94 kg Myszki Miki! Tylko 120 godzin pracy i tyyyle pyszności!!! Siłą powstrzymano mnie od jej zeżarcia.

Miki i Minnie to razem 14 kg marcepanu. Czas wykonania: 1 tydzień


Śpiąca Królewna wykonana wraz z pałacem w przeciągu 2 miesięcy waży 50 kg

Pinokio (4 kg, 40 godzin pracy)

Czerwony Kapturek (4 kg, 40 godzin pracy)

Kot w butach (4 kg, 40 godzin pracy)


WYPOSAŻENIE WNĘTRZ


Marcepanowa porcelana wykonana w 80 godzin z 14 kg marcepanu

25-kilogramowe marcepanowe meble tapicerowane. Czas wykonania: 3 tygodnie

Koronkowe rokoko. 18  kg marcepanu, 1,5 miesiąca roboty!


ZWIERZĘTA


Zachwycający wodny świat wykonany zaledwie w 120 godzin i tylko z 20 kg marcepanu

Psia rodzinka (28 kg marcepanu, 80 godzin pracy)

Słodka wiewióreczka

Cudny żuczek

Obłędny ślimak

Absolutnie rewelacyjna kaczka


PORTRETY



Sissi i Franz Joseph


Znaleźli się nawet Francesco Petrarca i jego tajemnicza Laura...

...oraz generał Józef Bem


TORTY


Ten torcik waży ponad 120 kg...

A te tylko po 25 kg. Głupie 88 godzin pracy i już. JoAnno, spójrz na te maki!


AKCENTY ORIENTALNE





SZOPKA BOŻONARODZENIOWA