poniedziałek, 25 lutego 2019

519. Penetracja z donosem


Kilka dni temu Jotka napisała na swoim blogu o tym, jak urzędy skarbowe grzebią w kieszeniach obywateli, chwytając się co najmniej osobliwych metod łatania dziur, którymi miłościwie nam panujący sperforowali budżet niczym ser szwajcarski. Jako przykład paranoi podała osoby wstępujące w związki małżeńskie, ciągane (nierzadko wraz z gośćmi) na przesłuchania w sprawie otrzymanych prezentów oraz kosztów organizacji wesela.
Nader atrakcyjnego przykładu kolejnej paranoi dostarczę tym razem ja. W pewnej miejscowości pomysłowość dotycząca penetracji kieszeni sięgnęła jeszcze wyższego szczytu. Główny penetrator, zapewne z przerostem ambicji, myślał, myślał… i wymyślił. Otóż rozesłano do dyrektorów szkół pisma o następującej treści:
„W związku z prowadzoną analizą Naczelnik Urzędu Skarbowego w (…) działając na podstawie art. 82b ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa (j.t. Dz. U. z 2018 r., poz. 800 z późn. zm.) zwraca się z uprzejmą prośbą o udzielenie w terminie 14 dni od daty otrzymania niniejszego pisma informacji dotyczących:
- daty organizowania studniówki w 2019 roku,
- adresu organizacji studniówki w 2019 r. (dokładny adres, pod którym znajduje się lokal, dane firmy, imię, nazwisko, numer NIP),
- wskazania ilości osób uczestniczących w studniówce,
- poniesionych łącznych kosztów zorganizowania studniówki z podziałem na poszczególne wydatki i wskazania osób/firm, do których przekazano środki pieniężne,
- kwoty uczestnictwa jednej osoby,
- informację, czy firma organizująca studniówkę oprócz kosztów za osobę pobierała jeszcze inne koszty (np. za wynajem pokoju, fotografa, DJ itp.),
- zawartych umów (proszę o dołączenie kserokopii),
- dokumentów poniesionych wydatków (np. umowy, rachunki, faktury lub inne dokumenty – proszę o dołączenie kserokopii),
- w jaki sposób przekazana była płatność (gotówka – proszę o podanie danych personalnych osoby, której została przekazana, jeżeli przelew – proszę o podanie numeru rachunku, na który dokonano przelewu; ponadto proszę o dołączenie kserokopii potwierdzenia zapłaty).”
Żeby nie być gołosłowną – poniżej skan pisma.


Odnoszę wrażenie, że pomysłodawcą jest albo osoba odrealniona, albo desperat, któremu pod karą śmierci kazano COŚ wymyślić. No to wypalił – tyle, że nie nabił.
Pierwsza i podstawowa sprawa: dlaczego pismo to otrzymują dyrektorzy szkół? Ani oni, ani nauczyciele, nie mają nic wspólnego z organizacją studniówki – zajmują się tym rodzice. Z tego też powodu nie dysponują ani informacjami, ani tym bardziej dokumentacją dokonanych transakcji, która jest w posiadaniu komitetu studniówkowego.
Druga rzecz: studniówki odbywają się w lokalach, których właściciele rozliczają się z prowadzonej działalności. Najczęściej obsługa jest kompleksowa, razem z orkiestrą, fotografem itp. Nawet jeśli nie, to za rozliczenia ze skarbówką odpowiedzialny są tenże fotograf, zespół itd., ale nie osoby trzecie!
Na dodatek gołym okiem widać, że w tym wszystkim chodzi wyraźnie o zwykłe, chamskie donosicielstwo, tylko ubrane w majestat urzędu. Coś jak NKWD albo gestapo na przykład.
Czekam na kolejne pomysły – w tej sytuacji prostą konsekwencją będą przesłuchania w sprawie nauczycieli: kto za ile zżarł i wypił (ciekawe, czy z podziałem na będących na diecie, wegetarian oraz wpierdalaczy wszystkiego jak leci)? A co z orkiestrą – słuchanie na siedząco też się liczy czy tylko odtańczone kawałki? A czy wychowawcom, którzy mają obowiązek służbowy być na studniówce, będą przysługiwały jakieś ulgi podatkowe, czy też zostaną potraktowani jak reszta zaproszonych?
Dalej, biurwy, uruchamiajcie wyobraźnię, pracujcie nad dalszymi gniotami – wszak kreatywność w systemie opresyjnym jest bardzo mile widziana!

piątek, 15 lutego 2019

518. Wyjść z szuflady i stanąć na półce


Człowiek pragnie, a rzeczywistość morduje marzenia z zimną krwią. Leżą potem i gniją – kto wie, czy nie istnieje gdzieś nawet jakieś specjalne wysypisko umarłych marzeń?
Moje powymierały w sposób – nie bójmy się tego słowa – epidemiczny. Widocznie taki mamy klimat…
Nieumarły jeszcze relikt trzyma się życia, póki co, pazurami. Ostatni już, bo inne nie doczekały się realizacji i raczej już nie mają szans.
Marzy mi się otóż, aby – wyszedłszy z szuflady – stanąć na półce.
Kiedyś pisywałam wiersze okazyjnie (niektóre żenujące w treści i formie, jak to u żółtodzioba) – dziś piszę ich dużo więcej, przetwarzając na słowa to, co zalega wątrobę. Bywają ucieczką albo terapią. To samo mogę powiedzieć o powieści, którą rzeźbię powolutku, żeby wystarczyło na dłużej. Nieśpiesznie zrodziło się marzenie, żeby zamienić pisywanie do szuflady w coś więcej, żeby zeszyty poznaczone przez moje długopisy czarnymi szlakami liter nie umarły razem ze mną.


Nasz niezmordowany Spawacz Słów – blogowy kolega Oko – namówił mnie kiedyś do zrobienia tego pierwszego kroku – wyjścia z szuflady. Podsunął mi konkursy literackie i zachęcił: „Wysyłaj śmiało, to wszystko jest dla ludzi!”. Posłuchałam (bo starszych należy słuchać, a mnie rodzice na grzeczną dziewczynkę wychowywali) i nieśmiało rzuciłam kości niczym Juliusz Cezar po przekroczeniu Rubikonu.
Wkręciłam się w to. Pisanie staje się nałogiem – to już dawno ustaliliśmy na blogach – a ja chyba urodziłam się od razu uzależniona. Teraz te konkursy… Minęło ileś tam miesięcy… Przyszła pora na pierwsze podsumowania. Stanęłam do wielu zawodów ogólnopolskich, a wynik taki sobie. Jedna wygrana (I miejsce), jedna prawie wygrana (II miejsce), cztery wyróżnienia drukiem w antologiach pokonkursowych. Może to dużo, przecież mogło być nic, tylko że… Nie wiem, czy mi to wpojono, czy taką mam skazę genetyczną, ale nie zadowala mnie byle Ersatz i wyznaję dewizę, że jak już spadać z konia, to z wysokiego. Akurat te dwa coś tam znaczące sukcesy przyniosły mi nagrody rzeczowe i finansowe (niewielkie), ale poza nimi i satysfakcją niewiele wniosły do mojej sytuacji „meblarskiej”. Nadal tkwię na poziomie szuflady. A ja marzę o zmianie mebla  o tym, żeby stanąć na półce.
Nie wydam tomiku ani książki własnym sumptem, bo mnie na to nie stać. A są takie wygrane, które właśnie to zapewniają zwycięzcy. Tylko że wygrywają je inni… Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – ja jestem Salieri, nie Mozart. Może i Włoch był dobry, ale to Austriak był mistrzem. Jeszcze trochę i kompleks Salieriego mam jak w banku.
Co zrobić, żeby moje ostatnie marzenie nie umarło?

wtorek, 12 lutego 2019

517. Czechy: zaułki i siusiaki


Niedaleko katedry św. Wita, Wacława i Wojciecha na Hradczanach znajduje się legendarna Złota Uliczka (Zlatá Ulička) – niewielki zaułek maleńkich, kolorowych domków, który w ciągu kilku wieków obrósł w legendy.




Powstała w XVI wieku, wraz z szeregiem drewnianych domków dobudowanych do muru obronnego Zamku Praskiego. Mieszkali tam strzelcy, którzy pełnili funkcję strażników zamkowych, a jednocześnie górna część zabudowy stanowiła fragment korytarza obronnego.



W późniejszym czasie osiedlili się tam rzemieślnicy, zwłaszcza żydowscy złotnicy, którym uliczka zawdzięcza swoją nazwę.


Cesarz Rudolf II Habsburg, król Czech na przełomie XVI i XVII wieku, miał zaburzenia psychiczne, był fanem alchemii i mistyki. Legendy, do których powstania przyczynili się niemieccy romantycy, głosiły, że zasiedlił uliczkę alchemikami, którzy poszukiwali kamienia filozoficznego i próbowali zamienić ołów w złoto. Jednym z nich był słynny szarlatan Edward Kelley, który miał być także medium.


Miejsce powoli zmieniało się w siedzibę biedoty i przez jakiś czas nawet spełniało rolę miejskiego slumsu. W XVIII wieku, dzięki cesarzowej Marii Teresie, drewniane domki zostały zastąpione murowanymi.


W latach 1916-1917 mieszkał w domu siostry (nr 22) Franz Kafka, który napisał tam łącznie sześć opowiadań.




W 1929 r. pomieszkiwał tam również poeta Jaroslav Seifert, laureat Nagrody Nobla, który został nią wyróżniony za tomik wierszy powstałych właśnie w tym miejscu.


W latach pięćdziesiątych XX wieku wysiedlono wszystkich mieszkańców Złotej Uliczki i zamieniono ją w obiekt turystyczny (wejście jest płatne).







Powstały tam malutkie sklepiki, miniwystawy i minimuzea.





Zaglądając do nich, czułam się jak Guliwer w domkach Liliputów. Skłonności klaustrofobiczne nie pozwalały zatrzymywać się na długo.





Dziś uliczka jest zatłoczona i wielu twierdzi, że przereklamowana. Mnie się podobała, ale faktem jest, że tłumy turystów w miejscu tak ciasnym i niewielkim odzierają ją z uroku.


Wychodząc z zaułka, minęliśmy ładnego młodzieńca. Blask jego wypolerowanych genitaliów świadczy o dużym zainteresowaniu, jakim się cieszą. Niemal każdy, przechodząc obok chłopca, dotyka tej właśnie części jego mosiężnego ciała, zapewne w nadziei na szczęście, powodzenie, zdrowie, pieniądze…


Przez Muzeum Franza Kafki przy ulicy Cihelni znajduje się kolejna rzeźba Davida Černego (to ten od niemowląt pełzających po wieży telewizyjnej) o wyrafinowanym tytule Sikający (Čůrajíá postavy).




Dwóch mężczyzn o wzroście ponad 2 m, stojących na czymś w rodzaju mapy Czech, permanentnie oddaje mocz za pomocą znajdujących się w ciągłym ruchu penisów. Podobno intencją artysty było oddanie przyjemności Czechów z wejścia do Unii Europejskiej – tak dużej, jaką dają czynności fizjologiczne. Złośliwi twierdzą, że jest to raczej symbol stosunku polityków do państwa i obywateli – i szczerze mówiąc, ta opcja dużo bardziej mnie przekonuje.


piątek, 8 lutego 2019

516. Jezus rzekł do Szymona: „Odtąd ludzi będziesz łowił”


Tego jeszcze nie grali.
Siedzę ja sobie wieczorkiem spokojnie na tyłku, grzebię nieśpiesznie w papierach jak na uczciwą flegmatyczkę przystało, a tu dzwonek do drzwi obwieszcza, że sąsiadka z naprzeciwka idzie na pożyczki. Ja, jak to ja, biegająca po mieszkaniu zazwyczaj w samej bieliźnie, myślę sobie – czymś trzeba zwłoki owinąć. Chwytam jakąś szmatę wiszącą na oparciu krzesła (okazuje się, że jest to ścierka do naczyń) i lecę radośnie do drzwi, wdzięcznie pokrzykując, że już i że chwilunia… Otwieram z rozmachem, a tam trzech panów (starszych niż młodszych) oznajmia mi radośnie, że przysłał ich lokalny kacyk ksiądz proboszcz, żebyśmy „porozmawiali o miłości pana boga”. Nie, nie przesłyszałam się i nie byli to świadkowie Jehowy! Przypadkiem znam dwóch z tych trzech i wiem ponad wszelką wątpliwość, że są to rzetelni, porządnie zindoktrynowani sekciarze katoliccy zwani pieszczotliwie neonami (od nazwy grupy kultowej „neokatechumenat”). Musiałam mieć minę dość wymowną (+ bielizna + ścierka…), bo odważył się zagadnąć tylko ten trzeci, który (jeszcze) mnie nie znał. W atmosferze grozy miłości i wzajemnego zrozumienia oznajmiłam panom agresywnym przyjemnym tonem, że świetnie trafili, zaręczając jednocześnie, że raczej nie chcieliby wiedzieć, co myślę o ich panu bogu i jego miłości – i na tym poprzestałam. Byłam bardzo powściągliwa miła, więc ze schodów zeszli o własnych siłach.
Do dziś nie mogę ochłonąć ze zdumienia. Czyżby Podkarpacie, ostoja PiS-u i najpotężniejszy rezerwat katolicyzmu w Polsce, zaczynało się cywilizować? Skoro proboszczowie chwytają się już tak drastycznych metod hamowania odpływu wiernych, to chyba musi coś być na rzeczy?