wtorek, 28 maja 2019

525. Tylko nie wynieście mnie na ołtarze!


Wygląda na to, że odstaję od znakomitej większości nie tylko niemodnymi gabarytami, ale i zgoła zdumiewającą miłością do szkół, w których upłynęły beztrosko moje szczenięce lata. Większość komentujących pod kasztanowo-powodziowym wspomnieniem z okresu matury zdaje się nie podzielać mojego młodzieńczo-edukacyjnego entuzjazmu, podczas gdy we mnie – zapewne pod wpływem kasztanowców i powodzi – bujnym kwieciem rozkwitają obrazy sprzed ponad trzydziestu lat. Cienie Ambusha, Babki Be, Chomika, Cypisa, Dzióbego, Filuty, Hanyła, Jesiona, Khadii, Konia, Kopyry, Korchówki, Palisera, Pragłosia, Pstryczka, Serdeńka, Zapalniczki (a wśród nich mój i niektórzy z Was domyślą się, który z tych przydomków należy do mnie) w pięknie sklepionych, zabytkowych salach… Wciąż brzmią mi w uszach głosy zgranej, przefajnej klasy, która do dziś się spotyka i dba o kontakty.

Wewnętrzna klatka schodowa
Sam widok kościoła nasuwa wspomnienie najbezpieczniejszych w świecie wagarów – z wewnętrznego dziedzińca szkoły można było dostać się do świątyni zawsze otwartymi, bocznymi drzwiami prowadzącymi do zakrystii i spędzić tam w błogim spokoju godzinkę lub dwie niczym w starożytnym asylum lub wymknąć się główną nawą na zalaną słońcem ulicę i pójść na spacer w Aleję Pod Kasztanami albo zaszyć się w kawiarni „As”. Namiętnie chodziliśmy do pobliskiego kina „Zorza” na „Krzyżaków”, żeby urwać się z lekcji, zwłaszcza, gdy groziło nam rozwiązywanie zadań z chemii ze zbioru Pazdry. „Aniołki” – kapała słodką trucizną nasza wychowawczyni zwana Jodłą – „dzieciaczki, wyciągnijcie Pazdrusia”, po czym zostawaliśmy poddawani maglowi. „Nie przejmuj się, stara/stary, poprawisz sobie” – wypowiadała sakramentalną formułkę, ociekając słodyczą i wstawiając delikwentce/delikwentowi siedemnastą pałę.
Często przechodzę obok mojej starej, poczciwej, kochanej szkoły usytuowanej przy reprezentacyjnym miejskim deptaku zwanym Paniagą, w dawnym kompleksie klasztornym zakonu pijarów (barokowym, a jakże, ale i lekko klasycyzującym).

Szkoła z lewej, muzeum z prawej
Jego centralny punkt wyznacza ów używany do wagarów kościół pw. Świętego Krzyża, w części południowej mieści się Muzeum Okręgowe, a w północnej moje liceum, szczycące się przynależnością do Stowarzyszenia Najstarszych Szkół. Powołane do życia w 1658 roku, jest zaledwie 14 polską szkołą w kolejności pod względem długości istnienia.

Na parterze, po lewej od wejścia, mieściła się nasza sala - pracownia chemiczna wraz zapleczem. Nad nią pracownia języka polskiego, gdzie edukowała nas niezrównana i czasem niezrównoważona, ale moja kochana Weronka.
Ufundowali je książę Jerzy Lubomirski i kasztelanka Zofia Ligęza. Szkoła nazywała się Collegium Resoviense i była prowadzona przez pijarów. Przez kolejne stulecia słynęła z wysokiego poziomu nauczania, była czymś w rodzaju uczelni półwyższej. Funkcjonowało tutaj profesorium kształcące nauczycieli i jedyny w Polsce ośrodek kształcenia muzyków.


Nauczyciele i wychowankowie szkoły wnieśli ogromny wkład w oświeceniową naprawę Rzeczypospolitej, między innymi przez współpracę z Komisją Edukacji Narodowej. To właśnie tutaj powstała ponad połowa podręczników, do których napisania powołano Towarzystwo do Ksiąg Elementarnych. Nauczycielem w Collegium Resoviense był wówczas m.in. słynny działacz oświeceniowy, Stanisław Konarski, którego imię nosi dzisiaj szkoła.

Źródło: Internet
Trudno wymienić wszystkich wybitnych jej uczniów. Do najbardziej znanych należą na pewno: Onufry Kopczyński – autor pierwszej polskiej gramatyki, Ignacy Łukasiewicz – wynalazca lampy naftowej i ojciec europejskiego przemysłu naftowego, kanonizowany w 2003 roku biskup Józef Sebastian Pelczar, generał Władysław Sikorski – polityk, Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych i Premier Rządu RP na Uchodźstwie, książę Hieronim Lubomirski – niegdysiejszy właściciel Rzeszowa o wielu funkcjach i tytułach, profesor Władysław Szafer – botanik, dyrektor Instytutu Botaniki UJ i krakowskiego Ogrodu Botanicznego, Julian Przyboś – poeta, Kazimierz Dejmek – reżyser, aktor i minister kultury. Na liście absolwentów figurują nieprzeliczone rzesze aktorów, architektów, duchownych, działaczy społecznych, dziennikarzy, inżynierów, kompozytorów, lekarzy, malarzy, mężów stanu, ministrów, muzyków, pedagogów, pisarzy, poetów, polityków, posłów, premierów, przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, przyrodników, reżyserów, rzeźbiarzy, senatorów, weterynarzy, wojskowych, wybitnych uczonych… no i ja. Wybitna Frau Be rozsławiająca imię szkoły w Internecie, he, he! Mam tylko nadzieję, że nie zostanę wyniesiona na ołtarze, bo jednak z moich starszych kolegów zrobiono jednego świętego i trzech błogosławionych, a że dane mam dość nieaktualne, to nie wiem, czy ich nie przybyło.

Po tych schodach goniła nas woźna, pani Władzia, waląc po łbach mokrą szmatą i krzycząc: "Pij mleko!". Gotowała ów zacny trunek w dyżurce i tylko ja nigdy szmatą nie dostałam, bo chodziłam pić dobrowolnie...

piątek, 24 maja 2019

524. Co roku o tej porze


Co roku o tej porze mam przed oknami orgię kwitnących kasztanowców, którymi obsadzona jest ulica. Z tym widokiem jestem zżyta od najwcześniejszego dzieciństwa. W maju budzi we mnie wspomnienia matury, która zapisała się w mojej pamięci złotymi zgłoskami. Może to dziwne, ale kochałam szkołę, lubiłam się uczyć i… żyć.


Zalewane aktualnie Podkarpacie przywodzi mi na myśl tamte dni jeszcze bardziej intensywnie.


Rok 1987 był wyjątkowy. Ulicami miasta płynęły rwące potoki wody, komunikacja miejska stanęła, a nocą przed jednym z egzaminów śmigłowce krążyły niestrudzenie nad sąsiednimi akademikami i osiedlem Drabinianka, ewakuując ludzi. Byłam pewna, że mieszkająca na Drabiniance koleżanka nie pojawi się na maturze. Jak się okazało, spędziła tę noc na nauce z drugą, która mieszkała w wysoko położonej części miasta, gdzie woda nie zdołała się wedrzeć. Przyszła do szkoły cała, zdrowa, sucha i nieświadoma kataklizmu, jaki nawiedził jej rodzinny dom.


Dziadek, który nie był już młodzieniaszkiem, mówił, że jak żyje, takiej powodzi nie przeżył. Przed oknami bloku, w którym teraz mieszkam, płynęła rzeka, która pokonała wzniesienie i sporą odległość. Po plantach pływali zapaleńcy w kajakach i pontonach, zręcznie lawirując między wystającymi z wody czubkami drzew.


A ja, beztroska i zachwycona życiem, wracałam z egzaminu przez pół miasta pieszo, boso, po kolana w wodzie, z podkasaną spódnicą, niosąc w jednej ręce buty, a w drugiej bukiet kasztanowych kwiatów. Półmetrowej długości dżdżownice, które ewakuowały się ze swoich zatopionych mieszkań uśmiechały się do mnie, podobnie jak słońce, które zawisło nad miastem.
Jakie piękne bywają wspomnienia…


poniedziałek, 20 maja 2019

523. Czechy: dziwolągi z Nutellą i inne atrakcje


Na ulicach Pragi sprzedawane są takie dziwolągi.



Nie jestem entuzjastką ciast, ale wychodzę z założenia, że wszędzie trzeba skosztować lokalnych przysmaków. Ten, o nazwie trdelník, występuje w wersji podstawowej oraz wypasionej – z kremem czekoladowym w rodzaju Nutelli. Uznałyśmy, że jak spadać z konia, to z wysokiego i wybrałyśmy tę drugą. Udało mi się przy tym wyświnić jak przystało na szanującego się trzylatka.



Podjadałyśmy tę osobliwość na praskim Starym Mieście. 



Staré Město to leżące na prawym brzegu Wełtawy dawne centrum, którego sercem jest Rynek Staromiejski (Staroměstské náměstí) mierzący 9 tysięcy metrów kwadratowych. Czasem bywa nazywany „starym targiem”.
Już z daleka widać górujące nad Rynkiem wieże kościoła NMP przed Tynem (Kostel Panny Marie prěd Týnem) z 1365 roku. Są one charakterystyczne – jedna z nich jest nieco niższa i smuklejsza. Do 1620 roku była to najważniejsza świątynia husytów, później, w ramach kontrreformacji, przejęli ją jezuici. Nazwa „przed Tynem” pochodzi od „tynu” – dawnego budynku gildii kupieckiej i komory podatkowej znajdującego się w pobliżu.



Ratusz Starego Miasta, stanowiący dziś niejednolitą bryłę, gromadzi przed sobą tłumy turystów za sprawą XIV-wiecznej, 70-metrowej wieży, na której znajduje się słynny zegar astronomiczny o nazwie Orloj.



Pierwszy zegar został zbudowany w 1410 roku przez zegarmistrza Mikulaša z Kadane. Mechanizm nie był od samego początku rozbudowany – w 1490 roku dokonał przeróbek mistrz Hanusz pochodzący z Torunia. Legenda głosi, że został po ukończeniu dzieła oślepiony, aby w żadnym innym mieście nie wykonał już niczego równie wspaniałego. Zemścił się za to, psując mechanizm zegara na sto lat. W wyniku różnych zaniedbań zegar psuł się kilkakrotnie, co przypisywano klątwie rzuconej przez mistrza. W XVIII w. rada miasta rozważała sprzedanie go na złom, ostatecznie został przywrócony do dawnej świetności w XIX wieku.
Całość składa się z kilku elementów. Największe z nich to tarcza zegara i tarcza kalendarza. Głowna tarcza – zegarowa – otoczona jest cyframi rzymskimi i arabskimi. Czas odczytuje się z cyfr rzymskich, arabskie natomiast wskazują tzw. dawny czas czeski. Obliczało się go na podstawie położenia słońca. Drugi, mniejszy krąg, wskazuje na aktualny znak zodiaku.



Położona poniżej tarcza kalendarza składa się z całorocznego kalendarium złożonego ze scen odpowiadających poszczególnym miesiącom. W jego centrum widnieje średniowieczny herb Starego Miasta otoczony znakami zodiaku.



Po bokach tarczy zegarowej, na kolumienkach umieszczone zostały cztery ruchome figury: Śmierć, Turek oraz personifikacje próżności i chciwości.




O pełnych godzinach zegar ożywa i odbywa się krótki spektakl mający na celu uświadomienie publiczności upływ czasu i przemijanie. Pierwsza daje znak Śmierć, poruszając dzwonkiem. Turek symbolizujący lubieżność i rozpustę kręci głową, Próżność przegląda się w lustrze, a Chciwość w osobie lichwiarza lekko unosi rękę z mieszkiem wypełnionym pieniędzmi. Nad tarczami otwierają się dwa okienka, w których ukazują się parami apostołowie: św. Jakub ze św. Piotrem, św. Andrzej ze św. Mateuszem, św. Juda Tadeusz ze św. Filipem, św. Tomasz ze św. Pawłem, św. Jan ze św. Szymonem, św. Barnaba ze św. Bartłomiejem. Na zakończenie parady pieje złoty kogut.



Poniższy, totalnie nieprofesjonalny filmik nagrałam sama i tylko to usprawiedliwia jego wstawienie.
Niedaleko ratusza znajduje się piękny, pokryty czarno-białym sgraffito, renesansowy Dom Pod Minutą.



Mieszkał w nim w latach 1883-1889 Franz Kafka. Nazwa budowli pochodzi od mieszczącego się tam w XIX wieku sklepu tytoniowego, w którym można było nabyć krótko palące się (przez około minutę) papierosy.



W średniowieczu na Rynku koncentrowało się handlowe życie miasta. Zjeżdżali się okoliczni chłopi, a także kupcy z całej Europy. Odbywały się tu także ważne wydarzenia. Należały do nich m.in. publiczne egzekucje husytów: w 1422 r. ścięto praskiego kaznodzieję, radykalnego husytę Jana Želivskiego, a w 1437 r. powieszono przywódcę taborytów (radykalnego odłamu husytów) – Jana Rohacza. Narazili się kościołowi rzymskiemu, podobnie jak ich przywódca, próbą jego zreformowania. Jana Husa – filozofa, kaznodzieję, rektora uniwersytetu w Pradze, który podjął się krytyki rozwiązłego i chciwego życia duchowieństwa oraz świętokupstwa – spalono na stosie w 1415 roku, uznawszy za heretyka. Pamiątką po nim i jego następcach jest ogromnych rozmiarów pomnik usytuowany na Rynku Staromiejskim. W 1900 roku powstała inicjatywa jego zbudowania, a odsłonięcie miało się odbyć w 1915 roku, w pięćsetną rocznicę śmierci reformatora. Uroczystość ta zamieniła się w patriotyczną manifestację prażan, którzy dosłownie zatopili pomnik w kwiatach. Autorem monumentu jest rzeźbiarz Ladislav Šaloun. Jego dzieło przedstawia husytów i protestantów zebranych wokół postaci Jana Husa oraz matkę z dzieckiem symbolizująca odrodzenie. W 1968 roku, w czasie operacji „Dunaj”, pomnik został przykryty czarną płachtą i wyryto na nim słowa Husa: „Prawda zwycięży”.



Rynek otaczają piękne kamienice, w większości renesansowe i barokowe, które kryją w sobie mury i fundamenty starszych, gotyckich i romańskich domostw. 









Żółty budynek przed kościołem NMP przed Tynem to Szkoła Tyńska (Týnská škola).



Kolejna godna uwagi budowla to gotycki Dom Pod kamiennym Dzwonem (dům U Kamenného zvonu) z żółtego piaskowca. W narożnik ma wbudowany kamienny dzwon.



Przylega on bezpośrednio do rokokowego pałacu Goltz-Kinskych. Jest to imponujący obiekt powstały w latach 1755-1765.



Budowę rozpoczęła bogata rodzina Goltzów. Prace zlecono architektowi włoskiemu, Anselmo Lurago. Wkrótce pałac sprzedano Štépánowi Kinskiemu. W II połowie XVIII wieku pałac należał do księżnej Marii Teresy Poniatowskiej – matki księcia Józefa Poniatowskiego, który spędził tu pierwszych kilkanaście lat życia. Na przełomie XIX i XX wieku na parterze budynku mieścił się sklep pasmanteryjny należący do ojca Franza Kafki, a na piętrze gimnazjum, do którego uczęszczał pisarz. W latach 1919-1934 mieściło się tam Poselstwo Rzeczypospolitej Polskiej. W 1948 roku z balkonu pałacu ówczesny prezydent Klement Gottwald ogłosił powstanie socjalistycznej Czechosłowacji.



Uwagę zwraca Dom Štorcha, nazywany czasem Domem Pod Kamienną Madonną, wybudowany dla wydawcy i księgarza Alexa Štorcha. Jest to jedna z najpiękniejszych praskich kamienic, ozdobiona elewacją autorstwa Mikoláša Aleša przedstawiającą patrona Czech, św. Wacława na koniu i opatrzoną napisem: „Święty Wacławie, Książę Ziemi Czeskiej, módl się za nami”.



Na Starym Mieście, przy ulicy Karlovej, zwrócił moją uwagę dom z rzeźbą księżniczki Libuszy, legendarnej założycielki Pragi.




Niedaleko budynków uniwersyteckich natknęłam się na ponurego jegomościa, który bardzo mi się spodobał. Postać ta to Komandor z opery Wolfganga Amadeusza Mozarta „Don Giovanni”. Lubię takie typy!