piątek, 24 maja 2019

524. Co roku o tej porze


Co roku o tej porze mam przed oknami orgię kwitnących kasztanowców, którymi obsadzona jest ulica. Z tym widokiem jestem zżyta od najwcześniejszego dzieciństwa. W maju budzi we mnie wspomnienia matury, która zapisała się w mojej pamięci złotymi zgłoskami. Może to dziwne, ale kochałam szkołę, lubiłam się uczyć i… żyć.


Zalewane aktualnie Podkarpacie przywodzi mi na myśl tamte dni jeszcze bardziej intensywnie.


Rok 1987 był wyjątkowy. Ulicami miasta płynęły rwące potoki wody, komunikacja miejska stanęła, a nocą przed jednym z egzaminów śmigłowce krążyły niestrudzenie nad sąsiednimi akademikami i osiedlem Drabinianka, ewakuując ludzi. Byłam pewna, że mieszkająca na Drabiniance koleżanka nie pojawi się na maturze. Jak się okazało, spędziła tę noc na nauce z drugą, która mieszkała w wysoko położonej części miasta, gdzie woda nie zdołała się wedrzeć. Przyszła do szkoły cała, zdrowa, sucha i nieświadoma kataklizmu, jaki nawiedził jej rodzinny dom.


Dziadek, który nie był już młodzieniaszkiem, mówił, że jak żyje, takiej powodzi nie przeżył. Przed oknami bloku, w którym teraz mieszkam, płynęła rzeka, która pokonała wzniesienie i sporą odległość. Po plantach pływali zapaleńcy w kajakach i pontonach, zręcznie lawirując między wystającymi z wody czubkami drzew.


A ja, beztroska i zachwycona życiem, wracałam z egzaminu przez pół miasta pieszo, boso, po kolana w wodzie, z podkasaną spódnicą, niosąc w jednej ręce buty, a w drugiej bukiet kasztanowych kwiatów. Półmetrowej długości dżdżownice, które ewakuowały się ze swoich zatopionych mieszkań uśmiechały się do mnie, podobnie jak słońce, które zawisło nad miastem.
Jakie piękne bywają wspomnienia…


64 komentarze:

  1. Jak czlowiek mlody, to i powodz mu niestraszna. Zreszta wtedy powodzie zdarzaly sie sporadycznie, najczesciej ludzie czerpali z nich nauki i poglebiali rzeki. W latach 60-tych nasza mala Leine zalala Getynge, nawet glowny rynek stal pod woda. Znajac topografie miasta, nielatwo mi jest sobie to wyobrazic. Przezylam juz kilka zalan, ale do srodmiescia nigdy woda nie dotarla. Teraz Leine jest mocno poglebiona i uregulowana, waly podwyzszone, a mimo wszystko czasem zalewa nizsze ulice.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzie nadal mi niestraszne, co najpewniej oznacza, że wciąż jestem młoda :)

      Usuń
  2. Jak pięknie, że jesteś!

    W przeciwieństwie do Ciebie ogólniak był dla mnie czarną dziurą w życiorysie.Bezbrzeżną nudą.
    Nie lubiłam nauczycieli, oprócz pani Madame od francuskiego i doktora od historii, ubierałam się na czarno i pisałam żenujące wierszyczki o ciemnych grobowcach, letargach, gniciu.
    Na lekcjach nie pisałam notatek, tylko pamiętnik i wiersze...
    Czytałam więcej, niż niejeden profesorek. Czytałam wszystko, co mi wpadło w ręce.

    Jednak piękno przyrody zawsze i wszędzie wzbudzało mój zachwyt.
    Matura'88, którą zdałam bez problemu i z zadziwiająco dobrymi wynikami i studia, na których wreszcie się okazało, że mam jakąś wiedzę i nie musi być nudno.

    U mnie kasztany już przekwitły. Te różowe mają jeszcze kwiaty.
    Powódź widziałam we Wrocławiu 10 lat po Twojej maturze - to była chyba największa klęska żywiołowa w skali Polski, 1997, lipiec.

    Cieszę się. Naprawdę się cieszę. :)

    Serdeczności z pracy - więc muszę anonimowo.
    Ale to ja, JoAnka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba też się cieszę. Chcieć - to już dużo :)
      Obie moje szkoły wspominam cudnie. I ludzi, i czas, i siebie...

      Usuń
  3. Piękne kasztanowce. I u nas kwitną ... może zaraz pokażę na Futerkowej ... Sławetna powódź 1997 to z kolei moje pierwsze studia, ale już zdążyłam machnąć najważniejsze egzaminy. Miasto było odcięte, radio lokalne nadawało w systemie alarmowym. a szkołę średnią wspominam nawet ok. Nic nadzwyczajnego, byłam młodsza. Taką mam konstrukcję psychiczną, że najbardziej przeżywam to, co teraz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja konstrukcja psychiczna się zawaliła, więc pewnie zmienię się w cyborga bez konstrukcji :)

      Usuń
  4. Nie odczuwam sentymentu do lat licealnych, szkoła była wysokich lotów, nauczyciele bardzo wymagający, poziom wysoki, ale to mi nie przeszkadzało. Żaden z nauczycieli nie był osobistością, wszyscy jak spod linijki, jednakowi i jednakowo wymagający. Zero indywidualnego traktowania uczniów. Mature zdałam bez problemu, więc jakichś większych emocji nie odczuwałam. Powodzi większej też nie widziałam. Jak widać, nudy u mnie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, brak powodzi to pozbawienie człowieka elementarnej rozrywki :)))

      Usuń
  5. A ja niechętnie oglądam się wstecz. Niektórych zdarzeń ludzi, nie chcę wspominać, bo były takie piękne, że żal d...ę ściska, a niektórych z zupełnie przeciwnego powodu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie wspomnienia są dowodem na to, że udało mi się przeżyć coś pięknego albo dobrego. Potrzebuję ich, bo dziś trudno mi uwierzyć, że jeszcze cokolwiek dobrego w życiu mnie spotka.

      Usuń
    2. No, masz ci los! Przecież się spotkałyśmy :)

      Usuń
  6. ja jestem z Milanówka, a tam za bardzo nie miało co wylewać... najwyżej taka piździawka na obrzeżu, jak się na Grodzisk Mazowiecki jedzie... myśmy na nią "Strumyk" mówili, a wielu mieszkańców nawet pojęcia nie miało, że coś takiego jest i do tej pory go nie ma... nazwę "Rokitnica" poznałem już o wiele później mieszkając w Wawie na skarpie i mając wyrąbane na powodzie wszelakie... tak więc co ja tam mogę wiedzieć o powodziach?...
    teoretycznie jedynie coś wiem i zawsze mi wtedy najbardziej szkoda zwierzaków, kotów w szczególności, bo niestety nieprawdą jest, że "kot zawsze sobie poradzi"... ano poradzi, tylko że nie zawsze i nie na pewno...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We wszelkich sytuacjach myślę o zwierzętach - nawet w zimie boję się, żeby nie marzły i nie głodowały. Tak już jakoś mam... Gdy dowiedziałam się o zalanym schronisku i dramatycznej sytuacji zwierząt, wpadłam w rozpacz, a gdy okazało się, że wszystkie zwierzęta zostały zabrane przez ludzi, poryczałam się z ulgi.

      Usuń
  7. Ja powodzi na żywo nie widziałem. Jakoś wielka woda unika mnie z wzajemnością. Może dlatego, że spod znaku Ryb jestem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwny jakiś jesteś... Nie macie tam żadnych rzek?!

      Usuń
    2. Chyba jakieś są... Ale, jako się rzekło, nie ciągnie mnie nad wodę... W trakcie swoich nielicznych podróży otarłem się o rzekę Żubrówkę (czy jakoś tak), ale kierowca nie chciał przystanąć, świnia jedna!

      Usuń
    3. Matuchno! Bez wody nie ma życia ani sensu!

      Usuń
  8. Jak to pisał Asnyk... INACZEJ OACHNIAŁ ŚWIAT ZA MOICH MŁODYCH LAT... serdeczne pozdrowienia znad sztalug malarskich przesyła Krysia

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiele lat wcześniej tez lało w matury, na polski poszłam w gumiakach, na szczęście były białe i jakoś to z granatową spódnicą sie komponowało. I chociaż lubiłam i nadal lubię sie uczyć, liceum było fajne, i w ogóle - to niechętnie wracam do tamtych lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to, że jestem tutaj jedyną sentymentalną idiotką...

      Usuń
    2. sentymentalną i owszem, ale czemu idiotką?

      Usuń
    3. Bo to takie niemodne... głupie...

      Usuń
  10. Przy wjedździe na moje osiedle dumnie prężą się dwa, kasztanowce znaczy. A czas, kiedy zdawałam maturę wspominam, jako zupełne zaskoczenie. 1 maja spadł śnieg😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam jeden taki śnieg w maju...mój brat był wtedy malutki. To musiało być niedługo przede mną, to znaczy przed moją maturą.

      Usuń
  11. Piękne wspomnienia


    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  12. Czasami miewamy wątpliwości czy kasztanowce zakwitną na czas, bo zimno, a tu matury za pasem.
    A one zawsze zdążą, jakby wiedziały, że bez nich matury jakieś dziwne by były.
    Uciekaliśmy kiedyś przed powodzią ostatnim pociągiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to masz wspomnienia! Mnie nawet woda na ulicach nie dała rady - z rodzicami mieszkaliśmy na czwartym piętrze, a teraz mieszkam na drugim.

      Usuń
    2. Uciekaliśmy z Zakopanego, muszę o tym napisać...

      Usuń
    3. Napisz, dobra inspiracja nie jest zła :)

      Usuń
  13. Bardzo, ale to bardzo cieszę się, że nie tylko zamieściłaś notkę, ale odnalazłam Twoje komentarze na kilku blogach. Powodzi osobiście nigdy nie przeżyłam, ale tak jak wspomniałam w najnowszym poście, panicznie boję się otwartej wody. Truchleję i mocno przeżywam, gdy ogląda migawki z powodzi. Uwielbiam wspomnienia z różnych lat swego życia, bo je mieć, to znaczy nie być na tym padole na próżno. Udanego lata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie to samo napisałam w którymś komentarzu powyżej: dobre i miłe wspomnienia są dowodem na to, że nie tak całkiem "przerypane" to życie.
      Jestem ogromną fanka wody i odwrotnie niż Ty - im większy akwen mam przed sobą, tym większe poczucie szczęścia mnie ogarnia. Ideałem jest ocean :)

      Usuń
  14. Pięknie opisałaś swoje maturalne wspomnienia :)) Naprawdę :)
    Ja takich nie mam, bo u mnie nieduża rzeczułka jest tylko, która kiedyś, po jakiejś mocno śnieżnej zimie, rozlała się nawet w parku, co widziałam pierwszy raz w zyciu. A wczoraj bawiłam ( haha, to taka ironia) w Krakowie i widziałam podtopione bulwary. A u nas - piękne słońce, deszczu niewiele. Ot, Wielkopolska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz?! Byłaś o rzut beretem ode mnie!

      Usuń
    2. Wiem ☺️ ale naprawdę nie było czasu na jakieś spotkania towarzyskie... Chociaż początkowo brałam to pod uwagę.

      Usuń
    3. Zastanowię się, czy Ci wybaczyć :)

      Usuń
    4. :)))) wybacz i okaż łaskę :))) Katar mam po tym wyjeździe :(

      Usuń
    5. Wybaczam i okazuję. Miałam rację, nie lubiąc Krakowa - wygląda na to, że w dodatku jest katarogenny.

      Usuń
  15. Maturę w plastyku pamiętam jak przez mgłę. Z dwóch powodów: było to wieki temu, oraz, jako wyjątkowy nadwrażliwiec, spędzający noc przed klasówką z fizyki w ubikacji w boleściach, pasiona byłam jakimiś ziółkami uspokajającymi... Zdałam. A szkoła była fajna. Kolorowa.
    Kasztanowce kwitnące uwielbiam. Choć akurat mam z nimi inne wspomnienia niż matura... Przed wodą czuję... respekt. Może dlatego, że jako dzieciak topiłam się dwa razy. Raz, w morzu, (pomyliły mi się kierunki przy czerwonej boi). Wyłowili mnie młodzieńcy na kajaku, którzy zawołali: "chwyć chłopczyku mocno to wiosło". Prawie utopiłam sie z rozpaczy, ja 7-dmioletnia dziewczynka... Otwarta woda, która NIE MA KIERUNKÓW i taka, której dna nie widzę, napawa mnie strachem. I nie ma prawa sięgac mi powyżej ramion. Duszę się. Basen dla bardzo dorosłych jest dla mnie wyzwaniem... Drugi raz topiłam się we śnie, w rosole... Rosół miał tłuste oka, oślizły makaron oplątujący moje nogi i koszmarnych rozmiarów nać pietruszki, oblepiającą moje wątłe ciałko... Po tym "przeżyciu", rosół nigdy nie był moim faworytem, w ogóle zupy, a pietruszki nie akceptuję do dziś. I lubię sobie posiedzieć na brzegu stawu. Ale nie wejdę, choćbym nie wiem jak wiedziała, ze to nie rosół..
    Przepraszam za ten wpis w Twoim wpisie, ale to Twoja wina. Wywołałaś wspomnienia ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpis jest boski! Kopara mi opadła na płetwy i tak pozostała.
      Nie miałam pojęcia, że można bać się wody i nie lubić pietruszki :) Nie wiedziałam też, że jesteś po plastyku - wszelkie artystyczne szkoły napawają mnie podziwem. Akurat przy plastyku mieszkam i tyle lat już ten widok oglądam, a jednak wciąż nie mogę się nadziwić, że młode dziewczyny o artystycznych duszach, a więc teoretycznie wrażliwe na piękno, ubierają się jak bezdomne, w straszliwie niedobrane pod żadnym względem łachmany i buciory jak dla więźniów. Ale może to ceny farb je wykańczają i ubierają się w to, co wyrzucają bezdomni?

      Usuń
    2. EEE... To taka "bohema"... Albo silenie się. Za moich czasów królowały pewexy, a jak ktoś nie miał "możliwości", to miał fantazję ułańską i manualne zdolności ;-) i był orginalny sam z siebie. Jak dorwałam maszynę do szycia mamy, to "świat mody" był mój, a koleżanki pękały z zazdrości. Znowu mi się przypomniało... Robiłam na przerwach czapki pętelkowe, albo kamizelki/siatki i zarabiałam sobie na maskarę albo rurki z kremem śmietankowym...

      Usuń
    3. No, ja rozumiem, że "bohema", tylko pojąć nie mogę tych turpistycznych zapędów.

      Usuń
  16. Rok 1987 – przyszła na świat Ania O., wtedy jeszcze Ania K. Naczelny buntownik systemu.
    Przyznam, że nie lubiłam szkoły, ale to z uwagi na ciągłą walkę. Byłam szykanowana, dzieciństwo praktycznie we łzach i z zaawansowaną nerwicą aż do liceum. Potem zmieniło się tyle, że znalazłam kolegów. Szkoła to zawsze był poligon, w liceum lżej nie było, bo kumulowała w sobie największe mendy z całego osiedla.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To obcy mi kosmos - czasy szkolne to jedne z moich najpiękniejszych wspomnień, zarówno te podstawówkowe, jak i licealne. To, co wyparłam z pamięci, to okres małżeństwa. Ciemny, mroczny jak opuszczony tunel, którym od lat nic nie jeździ.

      Usuń
  17. Obecny okres czasu to jedyna chwila, gdy mogę cieszyć się kasztanowcami. Potem te w najbliższej kolicy stają się brunatne i liście toczy jakaś zaraza. Podobno są na to szczepionki, ale jak na razie to nikt ich nie szczepi. Szkoda, bo to piękne drzewa i takie powinny być od wiosny do jesieni.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasze jakoś przetrwały najgorszy czas - to szrotówek kasztanowiaczek je tak maltretuje. Podobno wykonywane były jakieś opryski, ale nie wiem, czy w całej Polsce.

      Usuń
  18. Dla mnie wyznacznikiem zmian w przyrodzie są bociany. Sporo jeżdżę po Polsce i nie tylko. Zawsze staram się obserwować czy już przyleciały i czy odleciały.
    Kasztanowce mam przed oknami w Warszawie. I to od dziecka. Jak mieszkałem z rodzicami to był jeden na podwórku kamienicy, a teraz mam po drugiej stronie ulicy kilka drzew. Zawsze jesienią zbieram tam kasztany i upycham po kieszeniach.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skończyłam już z procederem zbierania kasztanów. Lecą jak grad, wyglądają prześlicznie, a potem nie wiadomo, co z nimi zrobić.

      Usuń
    2. Ja sadzę gdzie popadnie. Część rośnie do dziś.

      Usuń
    3. To bardzo fajny pomysł, ale ja nie mam gdzie sadzić...

      Usuń
  19. Ja z Przyjemnością wspominam czasy liceum, maturę.. Pamiętam kwitnace kasztany, blask słońca.. Tą niezwykłą atmosferę.. Tylko powodzi nie było:))) Maturę zdawałam dwa lata wcześniej od Ciebie:))
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, wreszcie ktoś, kto dobrze wspomina szkołę!

      Usuń
  20. Dawno to było, i nieprawda, ale też dobrze szkołę wspominam. I podstawówkę, i liceum, chociaż panicznie bałam się matury z biologii. Studia zasadniczo też były miłe, chociaż (jak u nas mawiali) jeśli się przeżyło pierwsze cztery lata, to potem było z górki :D I pomimo mieszkania w samym środku obfitej w jeziora okolicy nie pamiętam powodzi. Owszem, czasem trochę łąki na rzeką podtopiło, ale żeby tak jak w tv widać to nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jeziora nie wylewają? Nie słyszałam o takim wypadku.

      Usuń
  21. O tak wspomnienia bywają i piękne i smutne.
    Twoje mnie bardzo poruszyły i wzruszyły...

    Także lubiłam szkołę i nawet byłam harcerką, w liceum uwielbiałam czytać lektury, ale wielką miłością darzyłam również historię...
    Maturę wspominam z wielkim sentymentem...

    Pamiętam "wielką wodę", kiedy zalała Racibórz, miasto rzut beretem od Rybnika... I różne akcje związane z pomocą dla powodzian...
    W Rybniku mała rzeczka Nacyna też narobiła dużo szkód...
    Oby wróciła równowaga w przyrodzie a ludzie i zwierzęta nie ucierpieli z powodu licznych ulew...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Raciborza pochodzi bliska mi koleżanka, która na początku lat 80-tych przeprowadziła się do Rzeszowa. Natychmiast się zaprzyjaźniłyśmy, ale gdy po latach wyjechała na studia i nie wróciła, kontakt zupełnie się urwał.

      Usuń
    2. Racibórz jest pięknym miastem.:)

      Usuń
    3. ...a ja w nim nigdy nie byłam.

      Usuń
    4. Może kiedyś...
      Ty wiesz...

      Rybnik oo Raciborza - rzut beretem...

      Usuń
  22. Witaj już czerwcowo
    Na początku jak zawsze dziękuję, za ciepłe słowo od Ciebie, które znalazłam na moich zielonych stronkach.
    U mnie przywiewające wspomnienia kasztanowce już przekwitły. Teraz królują róże i piwonie. Jednak i one również wiążą się z miłymi chwilami.
    Na nadchodzące dni życzę Ci odwagi na każdy następny dzień i życzliwości od innych
    Pozdrawiam urzekającymi już zapachami czerwca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O. Faktycznie. Już czerwiec. Cieszę się, że mi to uświadomiłaś, bo inaczej bym się nie zorientowała.

      Usuń