poniedziałek, 22 lipca 2019

535. Awaria


Przepraszam.
Z przyczyn ode mnie niezależnych w moim życiu nastąpiła kolejna awaria. Trwają prace nad usunięciem jej skutków.


Nie jestem chora.
Nie wyjechałam na wczasy.
Nie umarłam.
Chwilowo mam serdecznie dość, powyżej dziurek w nosie i po kokardę.


Poddaję się, wywieszam białą flagę.


Wrócę, gdy tylko podniosę się z klepiska, ale nie wiem, kiedy to nastąpi.

poniedziałek, 15 lipca 2019

534. Ja, Lady Makbet


Tak. Piękny tytuł. I teraz się zastanawiajcie, co mnie łączy z tą damą!
Że co?... Że łatwe? Bo to zła kobieta była, a Frau Be też zła kobieta?…



No, nie powiem, dobrze kombinujecie, ale to za mało. Jeszcze jakieś propozycje?
To może mała podpowiedź w formie zagadki? Bardzo proszę: kto spał na tym barłogu?



Jeżeli myślicie, że ja, to… dobrze myślicie. Niejaka Kulka kładzie się na idealnie pościelonej, dwuosobowej wersalce w doskonale odprasowanej pościeli i w jakiej pozycji zasypia, w takiej się budzi. W odróżnieniu od niej ja kładę się również na porządnie pościelonej, dwuosobowej wersalce, ale budzę się w czymś takim jak widać, z nogami na poduszce, zwisającą w kierunku podłogi głową itp. Prześcieradło po nocy zazwyczaj przypomina skręcony w korkociąg szalik, reszta pościeli – jak dowolny bóg da.



Eksmąż twierdził, że w nocy można się dowiedzieć ode mnie najrozmaitszych ciekawych rzeczy, bo zawzięcie gadam przez sen. Dzieciątko czyni sobie z tego zabawę, prowokując mnie do nocnych rozmów, w czasie których ja bredzę, a ono ma radochę. Zdarza się co jakiś czas, że wstaję w nocy, idę do łazienki, wracam, po drodze zderzę się z Dzieciątkiem albo zamienię z nim parę słów zupełnie od rzeczy i dalej śpię w najlepsze, jednak rano o tym nie pamiętam. Gdy Letnia opisze mi sytuację ze szczegółami, z rzadka sobie przypominam, że coś takiego miało miejsce, zazwyczaj jednak nie.
Tylko co to ma wspólnego z Lady Makbet? Ano, ma. Pozwolę sobie przytoczyć pewne fragmenty Makbeta:

„DAMA: Po wyruszeniu jego majestatu w pole widziałam ją, powstającą z łoża, narzucającą na siebie nocne szaty i otwierającą skarbczyk; wyjęła stamtąd kartę papieru, złożyła ją, napisała coś na niej, odczytała to, zapieczętowała i powróciła do łoża; a wszystko to czyniła pogrążona w głębokim śnie.
(…)
(Wchodzi LADY MAKBET, niosąc świecę)
DAMA: Spójrz! Nadchodzi tak jak uprzednio i, na moje życie, głęboko uśpiona. Przyjrzyj jej się z ukrycia.
MEDYK: Skąd wzięła świecę?
DAMA: Stała przy jej łożu. Nieustannie płonie przy niej światło; tak nakazała.
MEDYK: Widzisz, oczy ma szeroko otwarte.
DAMA: Tak, lecz zamknięte są dla jej zmysłów.”
(William Szekspir, Makbet, tłum. Maciej Słomczyński)

I co z tego? – chciałoby się rzec. Już wyjaśniam. Otóż zarówno nocne zachowania Lady Makbet, jak i moje są przejawem tego samego zjawiska, które najpoprawniej nazywa się somnambulizmem, najśmieszniej – sennowłóctwem, a najbardziej potocznie – lunatyzmem. Jest on rodzajem zaburzenia snu, w którego fazie non-REM (głębokiej – tej, podczas której najpełniej wypoczywamy) następuje nieprawidłowe wybudzenie. Budzi się jedna część mózgu, ta odpowiedzialna za czynności fizyczne, podczas gdy reszta śpi w najlepsze. Można więc wiercić się, gadać, siedzieć, chodzić, wykonywać wszelkie czynności – od prostych po skomplikowane z prowadzeniem samochodu włącznie – ale sensu w tym nie ma za grosz. Jeszcze odpowiedź na proste pytanie może się udać w miarę przyzwoicie, ale już na troszkę bardziej szczegółowe somnambulik odpowiada zupełnie od rzeczy. Charakterystyczne są dwie rzeczy: pustka w oczach, czyli twarz zupełnie bez wyrazu oraz niewyraźna, bełkotliwa, ale dająca się zrozumieć mowa.
Podobno odsetek ludzi cierpiących na somnambulizm („cierpiących” to może złe słowo, bo nie czuję w związku z nim dyskomfortu – raczej mnie to śmieszy i bawi) wynosi niespełna 7% i jest częstszy u dzieci, dorośli zaś to zaledwie 3% populacji, więc czuję się wyróżniona. Ponieważ jestem starsza o 13 lat od mojego brata, doskonale pamiętam, co robił przez sen jako maluch. Chodził do łazienki albo wydawało mu się, że do niej idzie i np. podnosił narzutę na fotelu (zamiast klapy od sedesu) i tam robił siku albo znajdował pantofel i traktował go jako nocnik; przychodził do mnie do pokoju, mamrocząc coś o podłączaniu mnie do prądu, a potem wracał do łóżka. Raz nazwał mnie przez sen „Papką-Srapką” i potem ukochani najbliżsi tak mnie przezywali. Również moja córka miała takie gadane przez sen, że ledwo można było za nią nadążyć. To potwierdza regułę, że najczęściej lunatykują dzieci, co wiąże się z niedojrzałością układu nerwowego. Wyrastają one z tej przypadłości, czego już empirycznie na bracholu nie sprawdziłam, bo z nim nie sypiam. Córka chyba wyrosła, choć czasem jeszcze coś mamrocze przez sen. Niby mieszkamy pod jednym dachem, ale sprawdzić trudno, bo ja niemal zawsze padam pierwsza.
Z dorosłymi sprawa się komplikuje. Lunatykowanie może wiązać się z nadużywaniem substancji psychoaktywnych (nie nadużywam, a nawet nie używam w ogóle), ze schizofrenią (nigdy jej u mnie nie stwierdzono, poza domniemaniami różnych internetowych czubków, chi, chi), rozmaitymi uszkodzeniami mózgu (też nie), ale także: ze zbyt małą ilością snu w czasie poprzednich nocy (ten deficyt mam zawsze!), krzywą przegrodą nosową mającą wpływ na oddychanie (mam!), stresem (z różnych powodów u mnie permanentnym), przemęczeniem (przeważnie). Już tego by wystarczyło, ale jest jeszcze coś, co przesądza sprawę, mianowicie czynnik genetyczny. Aż 80% somnambulików ma wśród krewnych lub protoplastów lunatyków. W moim wypadku są to cztery osoby, a w każdym razie o tylu wiem: nieżyjąca już siostra babci ze strony taty, wujek (brat taty), mój brat, moja córka. Ja jestem piąta, a wszyscy jesteśmy bardzo blisko ze sobą spokrewnieni. Siostra babci wyczyniała przez sen podobno największe brewerie – wchodziła na drabiny, łaziła po stojakach z doniczkami itp.
Mitem jest związek sennowłóctwa (musiałam, po prostu musiałam użyć tego pięknego słowa!) z wpływami księżyca. Jednak przez wieki tak myślano, stąd nazwa związana z luną, czyli księżycem. Jeszcze w XX wieku było to mniemanie rozpowszechnione, o czym świadczy fragment mojej, skądinąd ukochanej, powieści:
„Co roku na wiosnę, skoro się tylko zacznie świąteczna pełnia księżyca, pod lipami na Patriarszych Prudach zjawia się przed wieczorem człowiek może trzydziestoletni, może nieco po trzydziestce. Rudawy, zielonooki, skromnie ubrany. Jest to pracownik Instytutu Historii i Filozofii, profesor Iwan Nikołajewicz Ponyriow.
(…) Ale wie również, że z pewnymi sprawami nie może sobie poradzić. Nie może sobie poradzić z tą wiosenną pełnią księżyca. Skoro tylko zbliży się jej czas, skoro tylko zacznie rosnąć i wyzłacać się ów satelita, który niegdyś wisiał wyżej niż dwa pięcioramienne świeczniki, Iwan staje się niespokojny, nerwowy, traci sen i apetyt, czeka, aż księżyc się wyokrągli. A kiedy nadchodzi pełnia, nikt nie jest w stanie zatrzymać go w domu. Pod wieczór wychodzi i idzie na Patriarsze Prudy.
Siedząc na ławce już otwarcie rozmawia sam ze sobą, pali, zmrużonymi oczyma przygląda się to księżycowi, to pamiętnemu kołowrotowi.
Spędza w ten sposób godzinę lub dwie. Potem wstaje i zawsze tą samą trasą, przez Spiridonowkę, idzie w zaułki Arbatu, a oczy ma puste, niewidzące.
Mija sklep z naftą, skręca tam, gdzie wisi przekrzywiona stara latarnia gazowa, i skrada się ku kracie, za którą widzi piękny, choć jeszcze nagi ogród, a w ogrodzie – zacienioną gotycką willę, pomalowaną księżycowym blaskiem od strony, na którą wychodzi weneckie okno w wykuszu wieży.
Profesor nie wie, co go ciągnie do owej kraty, ani kto mieszka w willi, ale wie, że daremnie by ze sobą walczył w czasie pełni księżyca. Wie także, że w ogrodzie za kratą nieodmiennie zobaczy zawsze to samo.”
(Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, tłum. Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski).



czwartek, 11 lipca 2019

533. O tym, jak pewna Basia mi dobrze zrobiła


Pewnie już wszyscy wiedzą, że lubię bzykuszki, a z wszystkich bzykuszek świata najbardziej kocham Grubodupcewy.


Są zjawiskowe z tymi swoimi słodkimi, grubymi dupkami! A sama łacińska nazwa rodzaju tych bzykuszek – Bombus – czyż nie brzmi słodko?
Nie wszystkim wiadomo, ale trzmiel to po prostu gatunek dużej, soczyście grubiutkiej, milusio owłosionej i zupełnie nieagresywnej pszczoły. Skończonej piękności!


W żądła wyposażone są tylko samice, a i tak szalenie rzadko ich używają – tylko w wypadku, gdy zostaną zaatakowane. Ich jad jest słabszy i mniej szkodliwy niż innych pszczół, niezwykle rzadko powoduje uczulenie, a żądło nie pozostaje w ciele człowieka, bo nie ma haczykowatych wypustek.


Pożyteczne toto wściekle, bo jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej wydajnych zapylaczy. Co prawda nie produkuje miodu, ale zapyla, co sił w nóżkach i skrzydełkach, bo wibracje tych ostatnich powodują wznoszenie się, wirowanie i opadanie pyłku. Otwiera co bardziej oporne kwiaty, wsuwając w nie trąbkę-ssawkę, powodując kolejne pylenie. Świat pracy trzmieli to rośliny uprawne, ogrodowe, szklarniowe, w których objadają się pyłkiem i upijają nektarem.


Ciekawostką jest fakt, że Grubodupcewy w ogóle latają. Ich krępa budowa i zbyt małe w stosunku do ciała skrzydełka przeczą zasadom aerodynamiki. Jednak pracowicie kręcone skrzydłami ósemki (200 na sekundę!) powodują, że owad, który w ogóle nie powinien się wznieść w powietrze, nie dość, że lata, to jeszcze jest zwinny, szybki, zwrotny i precyzyjny. No i ta uroda…


Obliczyli mądrzy ludzie,
że lot trzmiela to pomyłka:
mała zbyt powierzchnia skrzydeł
przy tak znacznej masie tyłka.

Pędem tedy gnam do trzmiela:
- Jak to robisz, powiedz stary,
że wbrew prawom wszelkim latasz?
Jakaś sztuczka to, czy czary? –

A trzmiel bzyczy mi do ucha:
- Ja nic nie wiem! Pierwsze słyszę!
Widać są na świecie cuda.
Ty na przykład: wiersze piszesz –

Po czym – już na pożegnanie –
rzucił krótko: - Bywaj! Lecę! –
Ten, co latać nie powinien,
wzbił się w niebo. Ja... wiersz klecę.
/anonimowy autor internetowy podpisany „ajs”/

Docenił te czarno-żółte klejnoty Nikołaj Andriejewicz Rimski-Korsakow, za co jestem mu szalenie wdzięczna. Fragment opery Bajka o carze Sałtanie to arcydzieło dorównujące temu latającemu cacuszku.
Jednak myliłby się ten, kto by sądził, że na tym koniec. A otóż nie! Oto inna artystka, imieniem Barbara, znana nam dobrze z Kolorowego Blogu, wykonała coś, od czego zaparło mi dech – i dobrze, że nie stolec. Pierdyknęła na maszynie (no bo cóż to dla niej!) takiego Grubodupcewa, że mucha nie siada i – wykonawszy z niego podkładkę na stół – wysłała do mnie. Teraz niech się Luwr i wszelkie inne galerie świata pochowają: ten majstersztyk jest najpilniej strzeżonym dziełem na naszym globie!



środa, 3 lipca 2019

532. Węgry: Piękna Pani i skisła ciecz


Najatrakcyjniejszą miejscowością północnych Węgier jest Eger – miasto od wieków słynące z uprawy winnej latorośli i produkcji szerokiej gamy białych i czerwonych win, a przede wszystkim słynnej (serio?!) Byczej Krwi (Egri Bikaver).
Nad częścią miasta góruje monumentalna bazylika św. Jana z lat 30-stych XIX w. – najwspanialszy przykład klasycyzmu węgierskiego zaprojektowany przez architekta Józsefa Hilda. Jest drugą co do wielkości bazyliką Węgier.


Po obu stronach schodów znajdują się posągi królów węgierskich – Istvána i László...



...a dalej apostołów Piotra i Pawła.



Wnętrze zdobią freski austriacko-czeskiego malarza późnego baroku, Jana Lukáša Krackera.







Znajdują się tu również największe w kraju organy wykonane w Salzburgu, których można posłuchać w czasie licznych koncertów.


Gmach naprzeciw bazyliki to dawne Liceum ufundowane przez biskupa z magnackiego rodu Eszterházych, a dzisiejszy Uniwersytet im. Károlya Eszterházy’ego z przełomu XVIII i XIX w. Zbudowano go w stylu zopf, tj. ciężkiego, niemieckiego rokoko. Ciekawostkami, które w sobie mieści, są zabytkowe obserwatorium astronomiczne, zegar prochowy oznajmiający południe wystrzałem armatnim i chytre urządzenie o nazwie camera obscura. Jest to coś w rodzaju prapradziadka aparatu fotograficznego i telewizji – mechanizm optyczny, który rzuca na ekran widoki miasta odbijane przez lustro na wieży.


Barokowa rezydencja nieopodal to Pałac Arcybiskupi (Érseki palóta) będący od 1740 roku siedzibą biskupów.



Podobno najpiękniejszą barokową budowlą na Węgrzech jest kościół minorytów (Minorita templom) pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy, umiejscowiony na reprezentacyjnym placu miasta Dobó István tér.


Herb minorytów - skrzyżowane ręce
Latem, ze względu na turystów, odbywają się w nim msze w języku polskim, zapewne z myślą o turystach. Wnętrze kryje ozdobną ambonę i XVIII-wieczne stalle w stylu Ludwika XVI. Ołtarz przedstawia patrona świątyni, św. Antoniego Padewskiego.





Na placu Dobó znajdują się również eklektyczny ratusz...


Herb Egeru
...oraz pomnik upamiętniający bohaterskich obrońców egerskiego zamku.


Zamek w Egerze (Egri vár), wzniesiony w XIII w., a zniszczony przez wojska austriackie w 1702 roku, zasłynął zwycięską obroną przed Turkami pod dowództwem kapitana Istvána Dobó w 1552 roku. Później Turcy i tak zdobyli Eger i okupowali go przez około stulecie.

Jak widać, warownia góruje nad centrum miasta


Płaskorzeźba upamiętniająca bohaterską obronę zamku


Pozostałością po panowaniu tureckim jest minaret – pamiątka po meczecie, który nie przetrwał do naszych czasów.


Ma 40 m wysokości, a w środku znajduje się 97 wąskich i krętych schodów, po których można dostać się na galeryjkę, skąd roztacza się widok na miasto.


Uprzedzając ewentualne pytania: nie, jeszcze na głowę nie upadłam, żeby dymać po tych 97 schodach!
Na przedmieściach Egeru, u stóp Gór Bukowych, położona jest Dolina Pięknej Pani (Szépasszony völgy).

Posąg kobiety z dzbanem wina, winogronami i obnażonym cyckiem - to chyba nie TA Piękna Pani?
Jest to prawdziwe zagłębie wina. Nazwa doliny pochodzi prawdopodobnie od pierwszej jej właścicielki, chociaż niektórzy twierdzą, że od… wina, bo po jego wypiciu każda kobieta wydaje się piękna.

Ta Pani już nieco lepsza, choć na takich cieniutkich nóżkach to i pająk by długo nie ustał...

Funkcjonują tutaj wydrążone w miękkiej skale tufowej piwniczki – im dłuższe, tym lepiej świadczące o zamożności właściciela.

Każdy daszek to wejście do innej piwniczki

Handluje się w nich winem, spożywa się w nich wino… i nic więcej. W praktyce oznacza to, że gdybym miała pozostać na dłużej zdana jedynie na egerskie piwniczki, zdechłabym niechybnie, bo jednak śmierć z pragnienia jawi mi się jako daleko piękniejsza od spożycia tej śmierdzącej, skisłej cieczy. We wnętrzu śmierdzi niemiłosiernie stęchlizną i tym… paskudnym czymś, więc weszłam tylko na chwilę, aby zrobić zdjęcia i czym prędzej uciekłam.




Na szczęście znajdują się tam jeszcze małe restauracyjki i bary, w których można zjeść i wypić po ludzku. Zamówiłam zupę brzoskwiniową, bo zaintrygowało mnie danie i nie pożałowałam. W życiu nie jadłam niczego pyszniejszego! To było coś w rodzaju zmiksowanych brzoskwiń w mleku, z bitą śmietaną i migdałami, na słodko, a co najważniejsze – na zimno! Poemat po prostu, niech wszystkie zupy świata spłoną ze wstydu przy tej (zwłaszcza, że ja zup nie lubię)! 


Poprawiłam serem w panierce z sezamem i przeżyłam. Na szczęście wina nie kazali pić.