niedziela, 29 września 2019

539. Po drugiej stronie


Na drugą stronę Dunaju, do Budy, przedostaliśmy się słynnym Mostem Łańcuchowym (inaczej Mostem Széchenyiego). Jest to najstarsza przeprawa, która połączyła Budę z Pesztem. Most budowano przez 10 lat (od 1839 r.) według projektu architekta hrabiego Istvána Széchenyiego.


Podążyliśmy na Górę Zamkową, gdzie znajduje się Zamek Królewski (Budavári Palota). Został wzniesiony jako budowla renesansowo-barokowa przez Marię Teresę w XVIII w., jednak istniejący dziś kompleks to rekonstrukcja, gdyż podczas II wojny światowej zamek doszczętnie spłonął. Składa się z ciężkich, masywnych budynków zgrupowanych wokół trzech dziedzińców. Mieszczą się w nim Węgierska Galeria Narodowa, Biblioteka Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.
Na pierwszy dziedziniec weszliśmy ozdobną, piękną, kutą bramą, której strzeże potężny turul z mieczem.



Turul to legendarny ptak, pół-orzeł, pół-sęp, będący totemem plemienia Madziarów, którzy przybyli tutaj zza Uralu. Gdy szamani wprowadzali się w trans, próbowali nawiązać z nim kontakt. Stanowił dla nich wyrocznię i uważany był za przodka Madziarów.

Rozśmieszyło mnie, że na potężnym skrzydle turula siedzi sobie spokojnie malutki ptaszek


Na dziedzińcu znajduje się konny pomnik księcia Eugeniusza Sabaudzkiego, pogromcy Turków i wyzwoliciela Budy.



Drugi dziedziniec (Hunyadych) zdobi dobudowana do ściany dawnej kaplicy, wykonana z brązu (przez Alajosa Stróbla) studnia przedstawiająca scenę z łowów, podczas których niejaka Ilonka zakochała się w królu Macieju Korwinie, przez co później umarła ze zgryzoty (bo był królem i to w dodatku żonatym).


Prawie by mi się podobała, gdyby nie to, że do łowiectwa pałam szczerą odrazą.


Mamy też posąg konia i jeźdźca.



Kolejną bramę zdobi Corvinus – kruk z tarczy herbowej króla Macieja Korwina trzymający w dziobie złoty pierścień.


Z Góry Zamkowej rozpościera się piękny widok na Peszt. Parlament z tej perspektywy jest jeszcze bardziej urodziwy niż z bliska, bo można go podziwiać w całej okazałości.


Widać także Most Łańcuchowy całej jego krasie.



Nieopodal zamku znajduje się pałac rodu Sándor (Sándor-palota) z 1805 r. Dzisiaj jest on siedzibą prezydenta Węgier.



Wychodząc z kompleksu zamkowego, trafiamy na Plac Trójcy Św. (Szentháromság), którego centrum wyznacza kolumna morowa zwana pomnikiem Trójcy Św. (Szentháromság-szobor). Wzniesiono ją po epidemii dżumy, która w 1709 r. zabiła 2/3 mieszkańców Budy. Jej autorem był Fülöp Ungleich. Co ciekawe, w miejscu tym stanęła po wcześniej zarazie inna kolumna. Okazała się widocznie niewystarczająca, dlatego zburzono ją i na jej miejscu stanęła nowa, bardziej okazała, wyposażona w liczne figury świętych patronów „od powietrza, głodu, ognia i wojny”. Mimo to coś chyba nie wypaliło, bo dżuma do Budy i tak jeszcze wracała.


Wizytówką starówki jest kościół pw. Najświętszej Marii Panny z koronkową wieżą, potocznie nazywany kościołem Macieja. 


Miano to świątynia zawdzięcza królowi Maciejowi Korwinowi, który dwukrotnie brał tu ślub.


Od tamtego czasu była wiele razy przebudowywana i nie ma nic wspólnego z tą, która powstała w połowie XIII w.


Sam król Maciej w XV w. finansował jej przebudowę. On też nadał kościołowi status koronacyjnego.


W XVI wieku, w czasie panowania tureckiego, kościół Macieja został zmieniony w meczet, a do pierwotnej funkcji wrócił dopiero w XVII w.


Obok świątyni znajduje się pomnik św. Stefana, patrona Węgier (Szent István-szobor) z krzyżem apostolskim (cokolwiek to jest) w ręku. Jego autorem jest Alajos Stróbl.


Za pomnikiem umiejscowiona jest dziwaczna (moim zdaniem) budowla z 1902 roku – neoromańska Baszta Rybacka.


Podobno jest to cieszące się niesłabnącym powodzeniem miejsce ulubione przez zakochanych.


Nazwa tego dziwoląga zbudowanego na pozostałościach dawnych murów obronnych pochodzi od średniowiecznego cechu rybaków, którzy opiekowali się tym odcinkiem i bronili go w razie potrzeby.


Liczba wieżyczek (7) nawiązuje do siedmiu wodzów, którzy przywiedli tutaj Madziarów.


Twórcą tego kuriozum kojarzącego się z Disneylandem jest Frigyes Schulek.


Trzeba oddać miejscu sprawiedliwość – rozpościera się stąd piękny widok na Dunaj.

Widok z Baszty Rybackiej

Kościół Macieja wraz z Basztą Rybacką widziane od strony Pesztu

Baszta Rybacka i Kościół Macieja od strony Dunaju

czwartek, 19 września 2019

538. „To, że jego siew zaraza wyżarła, to i sprawiedliwie, ale żeby nam?”


Mimo wsioterapii od zeszłego piątku nie mogę zaznać spokoju. Zżerają mnie stres, koszmary nocne i uporczywe myśli o tym, gdzie jest granica, za którą zaczyna się czyste skurwysyństwo. I o tym, kto dał jednemu człowiekowi moralne prawo do pastwienia się nad drugim i zamieniania jego życia w piekło. Jakoś tak się dziwnie składa w moim życiu, że jeśli już czepi się mnie jakaś zaraza, to jest to tępa miernota, za to przykładny, praktykujący katolik, który siedzi w pierwszej ławce w kościele i pierwszy leci do komunii. To chyba ta biblijna miłość bliźniego tak przemawia… [W końcu sam główny bohater tej mitologii daje mnóstwo wspaniałych przykładów, jak należy kochać ludzi, w tym nieprzyjaciół. Jest bezpośrednio odpowiedzialny za mordy (popełnione „własnoręcznie” lub na jego zlecenie przez innych ludzi) na 24 634 605 ludzi. Zbrodnie te dokumentuje wspomniana Biblia, zwłaszcza Stary Testament.]
Takimi ludźmi kieruje karierowiczostwo, dążą do osiągnięcia celu choćby po trupach i cudzymi rękami, tuszując przy tym własne ograniczenia umysłowe poprzez przerzucanie własnych win na innych. Są bezwzględni, hołdują donosicielstwu i hipokryzji. Tytułowy cytat pochodzi z filmu, na którym człowiek się śmieje, bo to małe, wredne polactwo przedstawione zostało w sposób lekki i komediowy: „A na całe Kargulowe plemię i pole spuść, dobry Panie, wszystkie plagi egipskie. Tylko się nie pomyl i nas, Pawlaków, sąsiadów Kargulowych, nie doświadczaj.”
Niestety, czasy się zmieniają, ale mentalność chłopa, który żywemu nie przepuści, wciąż ma się dobrze, co obrazuje dużo późniejszy komediodramat:

Gdy wieczorne zgasną zorze,
Zanim głowę do snu złożę,
Modlitwę moją zanoszę
Bogu Ojcu i Synowi:
„Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
Tylko mu dosrajcie, proszę.”

Kto ja jestem? Polak mały
Mały, zawistny i podły.
Jaki znak mój? Krwawe gały.
Oto wznoszę swoje modły
Do Boga, Marii i Syna:
„Zniszczcie tego skurwysyna
Mego brata, sąsiada,
Tego wroga, tego gada.

Żeby mu okradli garaż,
Żeby go zdradzała stara,
Żeby mu spalili sklep,
Żeby dostał cegłą w łeb,
Żeby mu się córka z czarnym
I w ogóle żeby miał marnie,
Żeby miał AIDS-a i raka.”
Oto modlitwa Polaka.

Dlaczego coraz trudniej znaleźć wśród ludzi człowieka?
Moja babcia mawiała, że „ludzie robią się coraz bardziej niedobrzy, bo dawno wojny nie było”. Czy potrzeba aż kataklizmu, żeby zamienić małość i podłość na zwyczajne człowieczeństwo?

piątek, 13 września 2019

537. Bułka z Wisienką i dusza z torebką, czyli wsioterapia


Nigdy, odkąd żyję na tym łez padole, nie miałam nikogo na wsi. Wśród koleżanek krążyły tajemnicze opowieści o żniwach, wykopkach, pieczonych ziemniakach i zjeżdżaniu ze stogów siana, podczas gdy ja zastanawiałam się usilnie, jak też może wyglądać taka świnka w naturze, bo Internetu nie było, a nie bardzo umiałam sobie wyobrazić taki ryjek z ilustracji w książce na żywo.
Do historii przeszła moja wizyta w gospodarstwie ówczesnego narzeczonego Kulki, kiedy to cała wieś wiedziała, że jedna taka przygłupia, co ma 25 lat i świeżo skończyła studia, przyjeżdża w niedzielę do takich to a takich, żeby inwentarz na żywo zobaczyć. No, tak było, w rzeczy samej. I udało mi się wprawić w osłupienie samego gospodarza pytaniem: „Ale po co grzałeś?”, gdy przyniósł mi w kubku mleko od świeżutko wydojonej krowy. Śmiać się nie przestał do dzisiaj.
Ale ad rem.
Splot okoliczności sprawił, że w połowie sierpnia tego roku wylądowałam na pewien czas w cudzym domu na wsi. Takiej prawdziwej, rzetelnej wsi gdzieś pomiędzy miastem, Jagą a lotniskiem i niech ja pierzem porosnę, jeśli mi tu źle!

"Wsi spokojna, wsi wesoła..."
Jak widać, odblokowało mnie wreszcie, choć tak się zawiesiłam, że końca nie było widać. Tymczasem wsioterapia okazała się zbawienna. Nie usunęła moich problemów, nie naprawiła awarii i prędzej czy później znów przyjdzie mi się z nimi mierzyć. Póki co jednak, pławię się w psychicznym luksusie i próbuję przezwyciężyć obezwładnienie, na razie ze skutkiem widocznym. Ewidentnie zadziałała zmiana środowiska.


To nowe jest mi kompletnie obce, niekiedy bardzo dziwaczne, do niektórych rzeczy pewnie nigdy bym się nie przyzwyczaiła ani ich nie zaakceptowała, ale jednak nie jest źle i ja to na własnej skórze odczuwam. Potrzeby ruszania się stąd choćby na krok nie odczuwam nawet najmniejszej i gdyby nie konieczność dojeżdżania do pracy, rodzinne miasto poniosłoby niepowetowaną stratę, odnotowując moją permanentną w nim nieobecność. Z cywilizacją łączy mnie jedynie autostrada, nad którą codziennie się przeprawiam wsiobusem.



W drodze na przystanek znajduję co dnia w środku nocy o poranku własną duszę rozmazaną na asfalcie.


Nieodmiennie zadziwia mnie fakt, że dusze noszą torebki.
Mijam domy, witając się po kolei z wszystkimi psami.


Lokalny sklep zaopatrzony w szwarc, mydło i powidło dba o autochtonów, podsuwając im takie oto udogodnienia.


Tułaczka wsiobusami sprawia, że korzystam z takich oto przybytków, na temat których sądziłam, że należą do prehistorii. W życiu bardziej się nie pomyliłam!



Nawiązałam już znajomości z kierowcami – moimi faworytami są Pan Bułka i Pan Wisienka. Wsiadam na pętli, gdzie Pan Wisienka specjalnie dla mnie uruchamia klimatyzację i wskazuje, na którym siedzeniu jest najchłodniej oraz gdzie lepiej usiąść, żeby słońce nie świeciło, a potem dokarmia mnie śliwkami w czekoladzie i wisienkami w likierze (jak dobrze pójdzie, przyjadę w końcu kiedyś do pracy pijana). Pan Bułka z kolei wita mnie wylewnie, siadam koło niego i przez całe 45 minut robimy wesoły autobus, gawędząc w najlepsze o odwłoku Maryni, a na koniec pyta, gdzie mi będzie wygodnie wysiąść i tam się zatrzymuje, a nawet zmienia trasę – specjalnie dla mnie.
Wracam do mojego „sanatorium” najszybciej, jak się da, żeby nie uronić ani chwili, nie zmarnować ani minuty darowanej przez los.
Wywalam się potem na rozgwiazdę na trawie i patrzę w niebo, na latawce krążące mi nad głową.



Inne obsiadają pięciolinię wysokiego napięcia i udają nutki. 



Jeszcze inne dokarmiają tłuściutkimi pędrakami swoje dzieci, starannie zamelinowane w dziurze pod dachem.


Zieleń koi moje zmysły i zaczynam mieć wywalone na wszystko, jak nigdy nie miałam.


Nowoczesność w domu i zagrodzie napawa mnie nieustającym zachwytem – pierwszy raz w życiu jestem prawie posiadaczką czegoś takiego, co do tej pory uważałam za niedostępne eksponaty muzealne.


Znajdzie się i drewno na rozpałkę, gdy przyjdzie uruchomić piec centralnego ogrzewania.


Jest i siano, na którym można się gzić zgoła jak Jagna z Antkiem!


Tuż pod balkonem znajduje się hipermarket, z którego w każdej chwili mogę czerpać (nie bez pewnego obrzydzenia wyzwolonego koniecznością grzebania w ziemi, ale od czego rękawiczki?). Płodów rolnych skolko ugodno…









Słoneczniki już zeżarłam.


Znajdą się jeszcze dyńki na pyszną zupę…


…i resztki kukurydzy.


Wciąż dysponuję orzeszkami prosto z drzewa.



Szczypiorek już przekwitł…


…a dzika róża to nawet dość dawno.


Zaliczyłam pierwsze w życiu wykopki i prawie umarłam nie umarłam.


Prace nadzorowała kierowniczka Czeslava Żbikova.


Ziemniaczane chabazie jutro puszczę z dymem, a tymczasem, mimo ich dezaktualizacji, dekoracyjne żuczki w eleganckich, pasiastych garniturkach wytrwale maszerują po ziemniaczanych bruzdach.


Pod oknami pojawia się więcej sympatycznych gości płci obojga...



...w tym Władysław Bażant i jego harem.


Wytęż wzrok i znajdź Cztery Kury Władysława Bażanta
I tylko myśl o powrocie wywołuje u mnie ataki rzetelnej paniki...