piątek, 13 września 2019

537. Bułka z Wisienką i dusza z torebką, czyli wsioterapia


Nigdy, odkąd żyję na tym łez padole, nie miałam nikogo na wsi. Wśród koleżanek krążyły tajemnicze opowieści o żniwach, wykopkach, pieczonych ziemniakach i zjeżdżaniu ze stogów siana, podczas gdy ja zastanawiałam się usilnie, jak też może wyglądać taka świnka w naturze, bo Internetu nie było, a nie bardzo umiałam sobie wyobrazić taki ryjek z ilustracji w książce na żywo.
Do historii przeszła moja wizyta w gospodarstwie ówczesnego narzeczonego Kulki, kiedy to cała wieś wiedziała, że jedna taka przygłupia, co ma 25 lat i świeżo skończyła studia, przyjeżdża w niedzielę do takich to a takich, żeby inwentarz na żywo zobaczyć. No, tak było, w rzeczy samej. I udało mi się wprawić w osłupienie samego gospodarza pytaniem: „Ale po co grzałeś?”, gdy przyniósł mi w kubku mleko od świeżutko wydojonej krowy. Śmiać się nie przestał do dzisiaj.
Ale ad rem.
Splot okoliczności sprawił, że w połowie sierpnia tego roku wylądowałam na pewien czas w cudzym domu na wsi. Takiej prawdziwej, rzetelnej wsi gdzieś pomiędzy miastem, Jagą a lotniskiem i niech ja pierzem porosnę, jeśli mi tu źle!

"Wsi spokojna, wsi wesoła..."
Jak widać, odblokowało mnie wreszcie, choć tak się zawiesiłam, że końca nie było widać. Tymczasem wsioterapia okazała się zbawienna. Nie usunęła moich problemów, nie naprawiła awarii i prędzej czy później znów przyjdzie mi się z nimi mierzyć. Póki co jednak, pławię się w psychicznym luksusie i próbuję przezwyciężyć obezwładnienie, na razie ze skutkiem widocznym. Ewidentnie zadziałała zmiana środowiska.


To nowe jest mi kompletnie obce, niekiedy bardzo dziwaczne, do niektórych rzeczy pewnie nigdy bym się nie przyzwyczaiła ani ich nie zaakceptowała, ale jednak nie jest źle i ja to na własnej skórze odczuwam. Potrzeby ruszania się stąd choćby na krok nie odczuwam nawet najmniejszej i gdyby nie konieczność dojeżdżania do pracy, rodzinne miasto poniosłoby niepowetowaną stratę, odnotowując moją permanentną w nim nieobecność. Z cywilizacją łączy mnie jedynie autostrada, nad którą codziennie się przeprawiam wsiobusem.



W drodze na przystanek znajduję co dnia w środku nocy o poranku własną duszę rozmazaną na asfalcie.


Nieodmiennie zadziwia mnie fakt, że dusze noszą torebki.
Mijam domy, witając się po kolei z wszystkimi psami.


Lokalny sklep zaopatrzony w szwarc, mydło i powidło dba o autochtonów, podsuwając im takie oto udogodnienia.


Tułaczka wsiobusami sprawia, że korzystam z takich oto przybytków, na temat których sądziłam, że należą do prehistorii. W życiu bardziej się nie pomyliłam!



Nawiązałam już znajomości z kierowcami – moimi faworytami są Pan Bułka i Pan Wisienka. Wsiadam na pętli, gdzie Pan Wisienka specjalnie dla mnie uruchamia klimatyzację i wskazuje, na którym siedzeniu jest najchłodniej oraz gdzie lepiej usiąść, żeby słońce nie świeciło, a potem dokarmia mnie śliwkami w czekoladzie i wisienkami w likierze (jak dobrze pójdzie, przyjadę w końcu kiedyś do pracy pijana). Pan Bułka z kolei wita mnie wylewnie, siadam koło niego i przez całe 45 minut robimy wesoły autobus, gawędząc w najlepsze o odwłoku Maryni, a na koniec pyta, gdzie mi będzie wygodnie wysiąść i tam się zatrzymuje, a nawet zmienia trasę – specjalnie dla mnie.
Wracam do mojego „sanatorium” najszybciej, jak się da, żeby nie uronić ani chwili, nie zmarnować ani minuty darowanej przez los.
Wywalam się potem na rozgwiazdę na trawie i patrzę w niebo, na latawce krążące mi nad głową.



Inne obsiadają pięciolinię wysokiego napięcia i udają nutki. 



Jeszcze inne dokarmiają tłuściutkimi pędrakami swoje dzieci, starannie zamelinowane w dziurze pod dachem.


Zieleń koi moje zmysły i zaczynam mieć wywalone na wszystko, jak nigdy nie miałam.


Nowoczesność w domu i zagrodzie napawa mnie nieustającym zachwytem – pierwszy raz w życiu jestem prawie posiadaczką czegoś takiego, co do tej pory uważałam za niedostępne eksponaty muzealne.


Znajdzie się i drewno na rozpałkę, gdy przyjdzie uruchomić piec centralnego ogrzewania.


Jest i siano, na którym można się gzić zgoła jak Jagna z Antkiem!


Tuż pod balkonem znajduje się hipermarket, z którego w każdej chwili mogę czerpać (nie bez pewnego obrzydzenia wyzwolonego koniecznością grzebania w ziemi, ale od czego rękawiczki?). Płodów rolnych skolko ugodno…









Słoneczniki już zeżarłam.


Znajdą się jeszcze dyńki na pyszną zupę…


…i resztki kukurydzy.


Wciąż dysponuję orzeszkami prosto z drzewa.



Szczypiorek już przekwitł…


…a dzika róża to nawet dość dawno.


Zaliczyłam pierwsze w życiu wykopki i prawie umarłam nie umarłam.


Prace nadzorowała kierowniczka Czeslava Żbikova.


Ziemniaczane chabazie jutro puszczę z dymem, a tymczasem, mimo ich dezaktualizacji, dekoracyjne żuczki w eleganckich, pasiastych garniturkach wytrwale maszerują po ziemniaczanych bruzdach.


Pod oknami pojawia się więcej sympatycznych gości płci obojga...



...w tym Władysław Bażant i jego harem.


Wytęż wzrok i znajdź Cztery Kury Władysława Bażanta
I tylko myśl o powrocie wywołuje u mnie ataki rzetelnej paniki...

72 komentarze:

  1. To nie wracaj. Wyganiają Cię? Grunt, to święty spokój. Szczególnie jeśli Ci służy. W mieście nie dostaniesz niczego co tu wymieniłas. Żadnego z tych leków z naturalnej apteki. Walić miasto.
    Ps. Śpię normalnie dopiero jak się wyprowadziłam na wieś. Co było przedtem.nawet nie pytaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie, ale wygonią. Jestem tu na chwilę i nie u siebie.

      Usuń
  2. Jeszcze zebys nie musiala codziennie jezdzic do swojej fabryki, pewnie bylabys szczesliwsza. Choc z drugiej strony moze nie poznalabys panow Wisienki i Buleczki (jak moja koteczka-buleczka) i nie upijalabys sie wisienkami i widokami z okien wsiobusu... Powoli wykluwa sie w Tobie prawdziwa wiesniaczka, choc jeszcze przez rekawiczki, ale przyzwyczailabys sie miec ziemie za paznokciami. Zazdrosc mnie skreca na widok grzadek pelnych plodow naturalnych.
    A w ogole to ciesze sie, ze to sanatorium tak Ci dobrze sluzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby tych płodów nie posadził i nie "obrobił" kto inny, to bym ich nie miała. Ja u siebie nawet roślin doniczkowych nie mam! Nie liczyłabym więc na jakieś sukcesy rolniczo-ogrodnicze z mojej strony :)
      Niestety, obóz pracy zabija we mnie skutecznie te ileś kilogramów radości więcej niż bym mogła dziennie życiu wydrzeć. Wczorajszy dzień dobitnie to zaakcentował i wcale nie ze względu na datę.

      Usuń
  3. A musisz wracać? Jeszcze choć jesień być została. Wtedy to dopiero magia w naturze się dzieje.
    Cieszę się, że odnalazłaś coś wyjątkowego dla siebie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś będę musiała, ale może się uda zostać nawet do wiosny. Każdy dzień tutaj to odzyskiwanie kawałeczka siebie...

      Usuń
  4. Nie wiem jakim sposobem tam trafiłaś,ale jeżeli tak tam dobrze, to zostań. Żałuję, że w moim domu jest tak, że nie mogę Cię zaprosić abyś spełniła swoją wielką miłość. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszę się Twoją radością!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Jaśku. Wiesz, zazdroszczę Ci, że masz to na zawsze.

      Usuń
    2. Sama sobie zazdroszczę ;)

      Usuń
    3. Jakoś trzymam się. W sumie mogę się puścić ;)

      Usuń
    4. A pewnie, pewnie. Pełnoletnia jesteś :))

      Usuń
  6. No kochana, jakbyś w skansenie mieszkała:-)
    Brakuje tylko panów z ławeczki pod sklepem, miejscowych filozofów.
    W odróżnieniu od Ciebie na wieś jeździłam odkąd pamiętam, może świnki i krówki to niekoniecznie, ale domek z ogródkiem z widokiem na sarenki to bardzo chętnie bym przytuliła:-)
    Najważniejsze, że sanatorium działa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Działa, choć nie tak, jak powinno. Połowę efektu zabijają obóz pracy i myśl o powrocie.

      Usuń
    2. Popatrz jednak na tę dobrą część i póki się da czerp garściami.:)

      Usuń
    3. Staram się jak mogę, a jednak nie daję rady...

      Usuń
  7. Siedź tam ile wlezie, leń się do wypęku, ładuj akumulatory, jak zwał tak zwał - ODPOCZYWAJ. Cudnie to wszystko wygląda, kot zwłaszcza :)

    OdpowiedzUsuń
  8. toć jasne, że Czesia wymiata, pod tak bacznym, czujnym okiem nawet pół ziemniora nie buchniesz z wora...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czesia wymiata również jako kto obronny - podchodzą tutaj wiejskie zabijaki, niejaki Hitler (biały z czarną grzywką i czarnym ogonem), Göring (biały w czarne łaty) i Mussolini (cały czarny), a ona ich łomocze bez litości.

      Usuń
  9. Dobra wiadomość to ta, że pobyt pomaga. Zimy na dłuższą metę nie polecam, po jakimś czasie palenie w piecu wychodzi bokami, chyba że masz palacza (nie mylić z palaczem papierosów). Tak się zastanawiam nad tymi wykopkami. Tam wykopki jeszcze z ręcznym zbieraniem?
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, nie znam się! Ktoś przyjechał traktorem z jakimś ustrojstwem, gdy byłam w pracy. Po powrocie zastałam ziemniaczki luzem leżące w rowkach. Trzeba je było podnieść, wrzucić do wiaderka, a potem na kupkę, przebrać i do wora.

      Usuń
    2. I jeszcze zyjesz po tych wykopkach?
      Jak sobie moje (normalne) wykopki i zniwa przypominam, to mam gesia skorke...
      Teraz tez zyje na wsi, ale cywilizowanej w 100 procentach, do tego stopnia, ze po swiezo wyrwane plody rolne musze jechac rowerkiem do mojej kolezanki, ktora ma dzialke pelna tych dobroci, i chetnie sie dzieli. Jako, ze ja swiadoma jestem tej ciezkiej pracy dzialkowiczki, odplacam sie jakimis uszytkami. Wilk syty (to ja) i owca cala (w nowej sukience) :))
      Moge tylko wspolczuc chodzenia do fabryki, wiem, czym to pachnie.... ale zaniedlugo chyba emerytura? Wytrwaj, i odbierz swoje krawo zarobione pieniadze!

      Usuń
    3. Basiu, moje "zaniedługo" to jeszcze 15 lat, o ile nie dłużej. Gdyby tak chodziło o 15 dni, to ze śpiewem na ustach odpracowałabym nawet 30!

      Usuń
    4. Znam to „ustrojstwo”, ale teraz to już maszyna do muzeum. Chyba, że pole małe..., wtedy lepsze niż zwykła, ręczna kopaczka. ;)

      Usuń
    5. Pewnie, że małe. To nawet nie pole, a poletko, coś jak działka pracownicza. Tylko nie pytaj o powierzchnię - nie wiem i nie potrafię ocenić, kompletnie się nie znam na takich rzeczach! Wystarczyło, że musiałam te ziemniaki pozbierać - cud mniemany, czyli Frau Be przeżyła ciężkie roboty!

      Usuń
  10. Nie o poranku, ale za to radość (z naczytania się znów i naoglądania wsi spokojnej & dość wesołej)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to nie o poranku? Przecież jest trzynasta rano!

      Usuń
  11. Świetna ta Twoja wsioterapia. Rzeczywiście, dobrze by było zostać na dłużej. Może jakies możliwości sie pojawią...
    Trochę zafrapował mnie Pan Wisienka. On te wisienki w likierze sam też podjada? Bo jak Ty przyjedziesz do pracy pijana, to jeszcze pół biedy, ale jak on by w takim stanie miał prowadzić to strach ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam zielonego pojęcia. Nie widziałam, żeby jadł. Może trzyma je specjalnie dla mnie? :)

      Usuń
  12. Supeeer!!! Bardzo się cieszę, że dopadła Cię taka możliwość :-). Korzystaj ile i jak długo się da z wsioterapii. Zima może być trudniejsza, szczególnie w kwestii dojeżdżania do pracy, ale z panami Bułeczką i Wisienką nie zginiesz ;-). Nie mówiąc o Czeslavie Żbikovej :-). Przytulam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też przytulam, zwłaszcza, że się stęskniłam :)

      Usuń
  13. Wsi spokojna, wsi wesoła!
    Który głos twej chwale zdoła?
    Kto twe wczasy, kto pożytki
    Może wspomnieć zaraz wszytki?
    Już Kochanowski zachwycał się wsią, ty nie tylko o tym piszesz ale też dałaś fajne zdjęcia. Miłej niedzieli tym bardziej, że nie trzeba jechać do pracy :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Cieszę się , że wróciłaś do świata żywych. Jakoś tak ubożej było bez Ciebie.
    Ale Ty na tej wsi nie sama, mam nadzieję? Jakoś nie doczytałam o gospodarzach oprócz Strasznej Kocicy.
    Zostań póki możesz, skoro Ci służy pobyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że sama. A z kim miałabym tu być?

      Usuń
  15. Zostań do wiosny, a na wiosnę spróbuj coś posadzić albo posiać do ziemi. Może wyrośnie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wiosnę najpewniej będę już w domu. Poza tym mój talent ogrodniczy sprowadza się do zasuszania roślin doniczkowych...

      Usuń
  16. :)Ojojoj... ale znajome widoki. Toż wiem o czym gadasz. Im jestem starsza tym gorzej mi w mieście. Po kilku godzinach w zgiełku miasta wracam tak zmęczona jak Ty po swojej tyrce w fabryce i kuźni uczonych. Mi zaczyna kołatać myśl o pozbyciu się chałupy w centrum wsi a kupienie jakiejś mniejszej ale z większymi hektarami użytkowymi i na zdecydowanie większym zadupiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to u Ciebie to jest CENTRUM?! Matko kochana... Ty, to kupuj te hektary, ja chętnie odziedziczę Twoje.

      Usuń
  17. A ja czytam, czytam i mysle: kiedy ona sie obudzi? Wolam wiec: POBUKAAAA! Prawa nozka z lozka hop. Lewa nozka jeszcze musi poczekac!
    Ps. Nie rozglaszaj o tych forach we wsiobusie chyba, ze panowie za kierownica to bajerzy.
    A tak to w zyciu wszystkiego nalezy posmakowac - wczesniej czy pozniej. Choc uwazam, ze lepiej wczesniej albo juz calkiem pozniej, byle nie zbyt pozno!

    OdpowiedzUsuń
  18. Podzielam zdanie innych. Skoro wsioterapia działa, trzymaj się tego, ile się da...
    Trzymam za to kciuki i moc uścisków posyłam.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Działa o tyle, że jestem w stanie pozbierać się z podłogi i dojść do komputera. Do reszty wciąż jeszcze długa droga pieszo dookoła kosmosu.

      Usuń
  19. Cudne miejsce, naprawdę :) I ci panowie dwaj ze wsiobusa ... ogródek i spokój. Dobrze, że choć trochę odpoczywasz.
    A poniedziałek, no cóż ... przyjdzie i odejdzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech go szlag trafi jak najszybciej! I tak do piątku :)

      Usuń
  20. Siedz tam dziewczyno az do konca swiata. Wioska to inny swiat, inni tez ludzie. Znajdujesz tam wszystko, co przynosi zdrowie fizyczne i psychiczne, wiec po co tarabanic sie do miejskiego gwaru i miejskich utrapien? Przed laty kupilam niewielki domek w Bieszczadach, w wiosce pieciuset mieszkancow. Cudne miejsce. Dalam domek corce i jej rodzinie, bo pragneli zyc na wsi. Sama przenioslam sie do miasta, bo nogi juz nie nosza po gorach. Tesknie! Jak cholera tesknie. Za tym wszystkim, co ukazujesz nam na zdjeciach i za ludzmi, za ich spokojem. Za moim Bukowym Domem. Siedz tam FBe, bo bedziesz tesknic jak i ja.

    Zly los rzucil mnie stad daleko.
    Lecz choc za siodma gora
    i za siodma rzeka zyje,
    w kraju mym milym
    gniazdko ciche wije.

    Wkrotce powroce na Ojczyzny lono,
    i te nadzieje blekitna wciaz pije,
    by serce swoje, dusze uteskniona
    na poloninie bieszczadzkiej ulozyc.

    Biesom i Czadom sie pieknie poklonic,
    dusiolka Ryskowego na szyje nalozyc
    i prosic o szczescie; nie tylko moje,
    by Tatko raju otworzyl podwoje,

    bym mogla do kraju milego powrocic,
    kotwice tutaj na zawsze zarzucic.
    Aby Przyjaciol usmiech zobaczyc,
    a wrogom swym zle slowo wybaczyc.

    Isc sniezna sciezka
    wprost do Bukowego.
    On kocha mnie przeciez -
    a ja kocham jego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem polega na tym, Alenko, że nie ode mnie zależy, ile będę tu siedzieć. To nie mój dom i nie moje decyzje, a na przeprowadzkę na swoje mnie nie stać...

      Usuń
  21. Fantastyczne miejsce, cisza, spokój można poczytać, pomarzyć, zapomnieć o..... np polityce i takich różnych okropienstwach. Do po zazdroszczę ia. Serdeczne pozdrowienia znad sztalug malarskich przesyła Krysia zapraszam do mojej strony www.krystynaczarnecka.pl

    OdpowiedzUsuń
  22. Twój bezbrzezny zachwyt życiem wiejskim graniczy z zachwytem neofity :D Oby Ci to już zawsze pozostało...

    Ja ze wsią zaznajomiony jestem od wczesnego dzieciństwa, jako że stamtąd pochodzi większość mojej rodziny ze strony Mamy. I także mam kilka takich swoich miejsc, w których się całkowicie resetuję, a które odwiedzam tak rzadko i na tak krótko, że to aż fizycznie boli czasem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obym to ja mogła zostać tutaj na zawsze...
      Ale nie mogę i to jest największy ból.

      Usuń
  23. I czegóż chcieć więcej:)))) Powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więcej? Jest coś, czego chcę: móc tu zostać na zawsze.

      Usuń
  24. Wieś jest fajna, da się lubić. Mam do niej wielki sentyment bo... jestem ze wsi:-)
    Łap kwiczoły i korzystaj z tej wsioterapii ile tylko możesz, na zapas też.
    Kotowa jest superowa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wsi nie widziałam ani jednego kwiczoła - na pęczki mamy ich w mieście.

      Usuń
  25. Ładnie nazwana ta wsioterapia. Tu nie myśli się o głupstwach, bo tyle codziennie zajęć, że wieczorem pada się ze znużenia. Jak zobaczysz jabłka, wrzuć do słoja razem z przyprawami tak jak do ogórków. Po ok. 2 tygodniach powinny być ukiszone i kroisz w plasterki, a te na kanapkę.
    Ja wkładam do dużego słoja rzodkiewkę,, cząstki brokuła, kalafiora, papryki, całe zielone pomidorki, brukselkę, czosnek, ogórki, cytrynę... ziele, laur, koper, chrzan, gorczycę, 1 płaską łyżkę soli i 1 łyżkę cukru na litr wody. Zalać, a potem dodawać do kanapek i II dania. Kilka słojów zapełniłam pokrojonymi burakami ćwikłowymi. Zalałam zalewą jak do ogórków, koper i sporo czosnku. Po ukiszeniu zlewam do słoików, wkładam do lodówki lub parę minut gotuję, będzie na barszcz zimą. Buraki zalewam wodą i gotuję na nich czerwony barszcz. Smacznego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ups... Buraczki kiszę i piję to potem na surowo - pycha! Ale ta reszta jest dla mnie zaskakująca. Wkładasz to wszystko jako mieszankę, czy każdy gatunek oddzielnie?
      Kiszone jabłka mnie pokonały! I to w dodatku na kanapce...

      Usuń
    2. Wszystko wrzucam do jednego słoja, tylko woda musi przykryć, a słój zamknąć. Kiszone jabłka jadłam na Kazimierzu w Krakowie i majątek zapłaciłam za te plasterki jabłek, dlatego sama kiszę i cieniutko kroję. Nikt się nie zachwyca szynką, tylko pyta, co jest pod nią. Do tego daję cienkie plasterki ukiszonej rzodkiewki, wtedy ma biały kolor, więc też budzi zdziwienie. Ja najlepiej lubię jabłka ukiszone w słoju razem z kapustą.

      Usuń
    3. Ultro, jesteś niewyczerpaną kopalnia wiedzy tajemnej! Dziękuję, że się nią ze mną dzielisz!
      Jeszcze jedno: te jabłka to w całości się kisi, czy w plasterkach? I ze skórką czy bez?

      Usuń
    4. W całości ze skórką, dobrze, żeby była czerwona, wtedy na kromce ładnie wygląda odkrojony plasterek. Tylko pokrój cieniutko i ułóż ozdobnie jak dachówki, wtedy na talerzu masz ciekawy widok.
      To nie jest wiedza tajemna, tylko nie każdy kiszonki lubi, więc nie są popularne. Moja babcia kisiła jabłka i małe główki włoskiej w beczce razem z białą kapustą. Pozdrowienia zasyłam

      Usuń
    5. Co do mnie, bardzo lubię kiszonki, jednak w naszej rodzinie nie było tradycji kiszenia "czego popadnie". Może dlatego, że nie było gdzie beczki wstawić :)

      Usuń
  26. Powiem krótko: orgazm!
    I jeszcze: cieszę się, że znowu jestem u Ciebie i mogę Cię czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od pozytywnych emocji oddalam się znowu z prędkością światła.

      Usuń
  27. Ja czasem na myśl o powrotach z wyjazdu może nie wpadam w panikę, ale raczej w duże przygnębienie.
    Pozdrawiam końcówką września

    OdpowiedzUsuń