piątek, 15 lutego 2019

518. Wyjść z szuflady i stanąć na półce


Człowiek pragnie, a rzeczywistość morduje marzenia z zimną krwią. Leżą potem i gniją – kto wie, czy nie istnieje gdzieś nawet jakieś specjalne wysypisko umarłych marzeń?
Moje powymierały w sposób – nie bójmy się tego słowa – epidemiczny. Widocznie taki mamy klimat…
Nieumarły jeszcze relikt trzyma się życia, póki co, pazurami. Ostatni już, bo inne nie doczekały się realizacji i raczej już nie mają szans.
Marzy mi się otóż, aby – wyszedłszy z szuflady – stanąć na półce.
Kiedyś pisywałam wiersze okazyjnie (niektóre żenujące w treści i formie, jak to u żółtodzioba) – dziś piszę ich dużo więcej, przetwarzając na słowa to, co zalega wątrobę. Bywają ucieczką albo terapią. To samo mogę powiedzieć o powieści, którą rzeźbię powolutku, żeby wystarczyło na dłużej. Nieśpiesznie zrodziło się marzenie, żeby zamienić pisywanie do szuflady w coś więcej, żeby zeszyty poznaczone przez moje długopisy czarnymi szlakami liter nie umarły razem ze mną.


Nasz niezmordowany Spawacz Słów – blogowy kolega Oko – namówił mnie kiedyś do zrobienia tego pierwszego kroku – wyjścia z szuflady. Podsunął mi konkursy literackie i zachęcił: „Wysyłaj śmiało, to wszystko jest dla ludzi!”. Posłuchałam (bo starszych należy słuchać, a mnie rodzice na grzeczną dziewczynkę wychowywali) i nieśmiało rzuciłam kości niczym Juliusz Cezar po przekroczeniu Rubikonu.
Wkręciłam się w to. Pisanie staje się nałogiem – to już dawno ustaliliśmy na blogach – a ja chyba urodziłam się od razu uzależniona. Teraz te konkursy… Minęło ileś tam miesięcy… Przyszła pora na pierwsze podsumowania. Stanęłam do wielu zawodów ogólnopolskich, a wynik taki sobie. Jedna wygrana (I miejsce), jedna prawie wygrana (II miejsce), cztery wyróżnienia drukiem w antologiach pokonkursowych. Może to dużo, przecież mogło być nic, tylko że… Nie wiem, czy mi to wpojono, czy taką mam skazę genetyczną, ale nie zadowala mnie byle Ersatz i wyznaję dewizę, że jak już spadać z konia, to z wysokiego. Akurat te dwa coś tam znaczące sukcesy przyniosły mi nagrody rzeczowe i finansowe (niewielkie), ale poza nimi i satysfakcją niewiele wniosły do mojej sytuacji „meblarskiej”. Nadal tkwię na poziomie szuflady. A ja marzę o zmianie mebla  o tym, żeby stanąć na półce.
Nie wydam tomiku ani książki własnym sumptem, bo mnie na to nie stać. A są takie wygrane, które właśnie to zapewniają zwycięzcy. Tylko że wygrywają je inni… Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – ja jestem Salieri, nie Mozart. Może i Włoch był dobry, ale to Austriak był mistrzem. Jeszcze trochę i kompleks Salieriego mam jak w banku.
Co zrobić, żeby moje ostatnie marzenie nie umarło?

wtorek, 12 lutego 2019

517. Zaułki i siusiaki


Niedaleko katedry św. Wita, Wacława i Wojciecha na Hradczanach znajduje się legendarna Złota Uliczka (Zlatá Ulička) – niewielki zaułek maleńkich, kolorowych domków, który w ciągu kilku wieków obrósł w legendy.




Powstała w XVI wieku, wraz z szeregiem drewnianych domków dobudowanych do muru obronnego Zamku Praskiego. Mieszkali tam strzelcy, którzy pełnili funkcję strażników zamkowych, a jednocześnie górna część zabudowy stanowiła fragment korytarza obronnego.



W późniejszym czasie osiedlili się tam rzemieślnicy, zwłaszcza żydowscy złotnicy, którym uliczka zawdzięcza swoją nazwę.


Cesarz Rudolf II Habsburg, król Czech na przełomie XVI i XVII wieku, miał zaburzenia psychiczne, był fanem alchemii i mistyki. Legendy, do których powstania przyczynili się niemieccy romantycy, głosiły, że zasiedlił uliczkę alchemikami, którzy poszukiwali kamienia filozoficznego i próbowali zamienić ołów w złoto. Jednym z nich był słynny szarlatan Edward Kelley, który miał być także medium.


Miejsce powoli zmieniało się w siedzibę biedoty i przez jakiś czas nawet spełniało rolę miejskiego slumsu. W XVIII wieku, dzięki cesarzowej Marii Teresie, drewniane domki zostały zastąpione murowanymi.


W latach 1916-1917 mieszkał w domu siostry (nr 22) Franz Kafka, który napisał tam łącznie sześć opowiadań.




W 1929 r. pomieszkiwał tam również poeta Jaroslav Seifert, laureat Nagrody Nobla, który został nią wyróżniony za tomik wierszy powstałych właśnie w tym miejscu.


W latach pięćdziesiątych XX wieku wysiedlono wszystkich mieszkańców Złotej Uliczki i zamieniono ją w obiekt turystyczny (wejście jest płatne).







Powstały tam malutkie sklepiki, miniwystawy i minimuzea.





Zaglądając do nich, czułam się jak Guliwer w domkach Liliputów. Skłonności klaustrofobiczne nie pozwalały zatrzymywać się na długo.





Dziś uliczka jest zatłoczona i wielu twierdzi, że przereklamowana. Mnie się podobała, ale faktem jest, że tłumy turystów w miejscu tak ciasnym i niewielkim odzierają ją z uroku.


Wychodząc z zaułka, minęliśmy ładnego młodzieńca. Blask jego wypolerowanych genitaliów świadczy o dużym zainteresowaniu, jakim się cieszą. Niemal każdy, przechodząc obok chłopca, dotyka tej właśnie części jego mosiężnego ciała, zapewne w nadziei na szczęście, powodzenie, zdrowie, pieniądze…


Przez Muzeum Franza Kafki przy ulicy Cihelni znajduje się kolejna rzeźba Davida Černego (to ten od niemowląt pełzających po wieży telewizyjnej) o wyrafinowanym tytule Sikający (Čůrajíá postavy).




Dwóch mężczyzn o wzroście ponad 2 m, stojących na czymś w rodzaju mapy Czech, permanentnie oddaje mocz za pomocą znajdujących się w ciągłym ruchu penisów. Podobno intencją artysty było oddanie przyjemności Czechów z wejścia do Unii Europejskiej – tak dużej, jaką dają czynności fizjologiczne. Złośliwi twierdzą, że jest to raczej symbol stosunku polityków do państwa i obywateli – i szczerze mówiąc, ta opcja dużo bardziej mnie przekonuje.


piątek, 8 lutego 2019

516. Jezus rzekł do Szymona: „Odtąd ludzi będziesz łowił”


Tego jeszcze nie grali.
Siedzę ja sobie wieczorkiem spokojnie na tyłku, grzebię nieśpiesznie w papierach jak na uczciwą flegmatyczkę przystało, a tu dzwonek do drzwi obwieszcza, że sąsiadka z naprzeciwka idzie na pożyczki. Ja, jak to ja, biegająca po mieszkaniu zazwyczaj w samej bieliźnie, myślę sobie – czymś trzeba zwłoki owinąć. Chwytam jakąś szmatę wiszącą na oparciu krzesła (okazuje się, że jest to ścierka do naczyń) i lecę radośnie do drzwi, wdzięcznie pokrzykując, że już i że chwilunia… Otwieram z rozmachem, a tam trzech panów (starszych niż młodszych) oznajmia mi radośnie, że przysłał ich lokalny kacyk ksiądz proboszcz, żebyśmy „porozmawiali o miłości pana boga”. Nie, nie przesłyszałam się i nie byli to świadkowie Jehowy! Przypadkiem znam dwóch z tych trzech i wiem ponad wszelką wątpliwość, że są to rzetelni, porządnie zindoktrynowani sekciarze katoliccy zwani pieszczotliwie neonami (od nazwy grupy kultowej „neokatechumenat”). Musiałam mieć minę dość wymowną (+ bielizna + ścierka…), bo odważył się zagadnąć tylko ten trzeci, który (jeszcze) mnie nie znał. W atmosferze grozy miłości i wzajemnego zrozumienia oznajmiłam panom agresywnym przyjemnym tonem, że świetnie trafili, zaręczając jednocześnie, że raczej nie chcieliby wiedzieć, co myślę o ich panu bogu i jego miłości – i na tym poprzestałam. Byłam bardzo powściągliwa miła, więc ze schodów zeszli o własnych siłach.
Do dziś nie mogę ochłonąć ze zdumienia. Czyżby Podkarpacie, ostoja PiS-u i najpotężniejszy rezerwat katolicyzmu w Polsce, zaczynało się cywilizować? Skoro proboszczowie chwytają się już tak drastycznych metod hamowania odpływu wiernych, to chyba musi coś być na rzeczy?



niedziela, 27 stycznia 2019

515. Psychoedukacja potrzebna od zaraz


Panterze

Od czasu do czasu znikamy z towarzystwa. Przestajemy odpowiadać na SMS-y, nie odbieramy telefonów, nie ma nas w pracy, na Facebooku, na blogach.
Myśli nie dają się opanować.
Ciało jest ciężkie jak żelbetonowa bryła. Nie poddaje się naszej woli.
Jesteśmy wyczerpani.
Mamy regularne trudności ze zwleczeniem się z łóżka, pójściem do pracy, całymi miesiącami zwlekamy z podjęciem ważnej dla nas decyzji, choćby o pójściu do lekarza.
Dotyka nas zespół katastrofy porannej – codziennie budzimy się z przekonaniem, że dziś znowu stanie się coś złego.
Porażający smutek paraliżuje i wprowadza w marazm.
Czujemy się samotni, skazani na porażkę, nie widzimy sensu w wykonywaniu jakichkolwiek czynności.
Mamy tendencje do hiperrealizmu – tam, gdzie inni patrzą optymistycznie, nam pozostają zimna kalkulacja i statystyki, które są przeciwko nam.
Przygnębienie trwa całymi miesiącami i uniemożliwia nam cieszenie się życiem oraz rzeczami, które kiedyś sprawiały nam przyjemność. Ogarnia nas anhedonia.
Nie potrafimy uśmiechać się na siłę. Jeśli rysujemy dwukropek i nawias albo przywołujemy na twarz uśmiechopodobny grymas, to jest to tylko poza, wymuszona przez konieczność „przystosowania społecznego”, przez oczekiwania innych wobec nas.
Nawet najmniejszy krok, najzwyklejsza czynność stają się ponad nasze siły.
Cierpimy, czujemy się wyobcowani, mamy tendencję do widzenia wszystkiego w czarnych barwach.
Jedni z nas nie mogą spać, inni są permanentnie zmęczeni i niewyspani, bo niezależnie od tego, jak długo śpią, ich ciało przechodzi w tryb uśpienia, aby uciec od rzeczywistości.
Miewamy fizyczne objawy cierpienia psychicznego: bóle mięśni, wysoką męczliwość, problemy z oddychaniem, bóle głowy, ataki paniki, zapadanie w marazm, uczucie spowicia mózgu w kłąb waty albo mgły, kołatania serca, podwyższoną temperaturę, uczucie niepokoju i lęku zlokalizowane w okolicy przedsercowej.
Niektórzy z nas doznają tak silnego zahamowania ruchowego, że mogą zapaść na mutyzm.
Całymi latami żyjemy jakby z krwawiącymi ranami. Psychiczny ból staje się częścią codzienności, staje się naszą tożsamością.
Im dłużej to trwa, tym bardziej przestajemy wierzyć w inną rzeczywistość.
Przekonani, że nasza dalsza egzystencja będzie polegać tylko na cierpieniu, przestajemy chcieć żyć.
Na koniec pojawiają się myśli i zamiary samobójcze.

***

To nie prosty smutek. Nie lenistwo. Nie fanaberia. Nie pójście na łatwiznę. My też chcielibyśmy żyć tak jak inni. Bez lęku, smutku, żalu, poczucia bezradności i bezsilności.
Nie jesteśmy nienormalni – nienormalna jest sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy i której nie możemy udźwignąć, a z której bardzo chcielibyśmy wyjść.
Nie poradzimy sobie z tym, zmieniając styl życia, skupiając się na pozytywach, wmawiając sobie, że to minie i że wszystko będzie dobrze.

***

Mamy wziąć się w garść? Uwierz, gdyby ktoś z nas mógł wziąć się w garść, to by się wziął.
Każesz nam się ogarnąć? Ale to nie jest do ogarnięcia.
Sugerujesz, że powinniśmy podjąć jakąś aktywność fizyczną? Ale jak, jeśli codziennie walczymy nawet o to, żeby wstać z łóżka i podejmujemy gigantyczny wysiłek, żeby w ogóle jakkolwiek funkcjonować? To nie działa, bo mamy chorą witalność.
Radzisz, żebyśmy wyszli do ludzi? Tylko że wychodzenie do ludzi jest jedną z ostatnich rzeczy, na którą mamy ochotę. Nie jesteśmy w stanie rozmawiać, tłumaczyć, nawet odpowiadać na proste pytania. Nie mamy siły na nic, co wiąże się z wyjściem z domu: ubranie się, umycie głowy, zrobienie makijażu.
Sądzisz, że użalamy się nad sobą? Tylko że to nie jest użalanie się, to stan bardzo poważny. Choroba. Zresztą, dlaczego odbierasz nam prawo do złego samopoczucia, do potrzeby wypłakania się, wyżalenia?
Myślisz, że nie mamy prawa czuć się tak, jak się czujemy, bo mamy zdrowe ręce, nogi, oczy, podczas gdy na świecie toczą się wojny, dzieci umierają z głodu, a głuchoniewidomi są pozbawieni kontaktu ze światem zewnętrznym? Tak, współczujemy głodującym dzieciom, mamy szacunek dla niepełnosprawnych, tylko co z tego? Nasze problemy nie miną tylko dlatego, że ktoś ma gorzej od nas.
Uważasz, że potrzebne tu jest pozytywne myślenie? A próbowałeś myśleć pozytywnie, gdy nie masz nadziei, nic nie ma sensu i nie chce się żyć?
Jesteś zdania, że to na nasze własne życzenie cierpimy, bo nam z tym dobrze i tak wolimy? Nie zabłyśniesz w ten sposób „wiedzą” psychologiczną. Daruj sobie, bo to nieprawda – to nie nasze życzenie, lecz wina wydarzeń przekraczających granice odporności, stresu, traumy i w konsekwencji choroby.
Próbujesz nas przekonać, że żaden impas nie trwa wiecznie i za chwilę nam się odmieni? Niestety, zostaliśmy pozbawieni tego naturalnego mechanizmu obronnego, który pozwala się łudzić, że jutro będzie lepiej. Zostaliśmy pozbawieni nadziei.

***

Nie naprawicie nas takim podejściem.
Nie naprawicie nas, szafując nieuprawnionymi diagnozami i mocno oceniającymi sformułowaniami.
Nie macie pełnego obrazu, nie znacie naszych historii. Nie macie gotowych rozwiązań.
Zapewniamy Was, nie ma niczego gorszego od kopania leżącego. Od dobrych rad udzielanych przez osoby, które wiedzą, co mamy zrobić z naszym życiem i natychmiast się tym z nami dzielą. One tylko pogłębiają nasz zły stan, prowadzą do jeszcze większego wycofania z życia i zamknięcia się w sobie.
Brakiem empatii, bagatelizowaniem problemu, nieznajomością choroby możecie nas zabić.
Nasza choroba bywa bardziej śmiertelna od raka, ale wielu z Was zdaje się to dostrzegać dopiero wtedy, gdy przedwcześnie pożegnamy się z życiem.

***

Depresja jest obecnie jedną z najczęściej rozpoznawanych chorób w całej medycynie, a za około 5 lat zaatakuje jeszcze większą liczbę ludzi. To znaczy, że jeśli nie Ty, to ktoś z Twoich bliskich również zostanie nią dotknięty.

niedziela, 30 grudnia 2018

514. Deser, czyli 3 razy „W”


Na hradczański deser zostawiłam sobie coś, co odbiera mowę. Wystarczy odwrócić się tyłem do wcześniej opisanej bazyliki św. Jerzego, spojrzeć na trzeci dziedziniec i człowiek niemieje z zachwytu, bo jego wzrok pada na coś, co wypełnia pole widzenia w pionie i w poziomie.


Oto słynna praska archikatedra, najpierw pw. świętego Wita, a od 1997 roku pw. świętych Wita, Wacława i Wojciecha. Wszyscy na „W”.


Zanim powstała, w 925 r. wzniesiono w tym miejscu pierwszy kościół – romańską rotundę. Inicjatorem był święty król Wacław. W 1085 r. zastąpiła ją romańska bazylika, w której dokonano pierwszej koronacji w Czechach – Wratysława II. Tutaj również – w 1303 roku – miał miejsce ślub Polki, córki ostatniego z Piastów, Ryksy Elżbiety z Wacławem II. Ten architektoniczny klejnot Europy i jedna z najpiękniejszych świątyń na świecie zaczęła powstawać w 1344 r. Efekt jest piorunujący. Te rozliczne przypory i łuki przyporowe!



Ten las pinakli z żabkowaniami!




Te rzygacze w wielkiej rozmaitości!





Nie wiem, czy historia architektury zna coś piękniejszego od gotyckiej katedry…


Na elewacji południowej znajdują się charakterystyczne elementy.





Jednym z nich jest Złota Brama, nazwana tak od mozaiki przedstawiającej scenę Sądu Ostatecznego, składającej się z ponad miliona elementów.



Złote okno jest istnym arcydziełem.



Wnętrze składa się z nawy głównej i dwóch naw bocznych...





...posiada wspaniałe tryforium, czyli biegnącą dookoła galerię (dzieło Petera Parlera zdobne w rzeźby i znaki herbowe)...





...i pierwszy raz zastosowane w Europie sklepienie sieciowe, znajdujące się na wysokości 33 metrów (odpowiednik 10-piętrowego wieżowca).




Posiada łącznie 22 kaplice, które sukcesywnie powstawały w następujących po sobie epokach.
W mrocznym, tajemniczym otoczeniu nie wiadomo, w którą stronę najpierw zwrócić oczy.
Ambona, kolumny, figury, nagrobki, ołtarze, ornamenty, rzeźby, tarcze herbowe, witraże, z których autorem jednego (Cyryl i Metody) jest Alfons Mucha…


Barokowa ambona


Piękny, gotycki ołtarz

Kolejny ołtarz gotycki
Nagrobek Leopolda hrabiego Šlika

Groby królów: Ferdynanda I, Anny Jagiellonki i Maksymiliana II

Organy niepospolitej urody

Witraże dodają tajemniczości wnętrzu
Secesyjny witraż Alfonsa Muchy przedstawiający dzieje Cyryla i Metodego
Rozeta ma – bagatela! – ponad 100 m2 powierzchni.



Sporą atrakcją jest późniejsze – barokowe – mauzoleum św. Jana Nepomucena. Grobowiec wykonany jest w całości ze srebra.









Archikatedra jest siedzibą czeskich arcybiskupów i prymasa. Była miejscem koronacji królów, dlatego przechowywane są w niej insygnia władzy królewskiej (berło i jabłko), miecz koronacyjny, korona św. Wacława, a także liczne dzieła sztuki i relikwie. Budowla pojawia się w Procesie Kafki i w Cieniu katedry Miloša Urbana.