niedziela, 20 października 2019

542. Nocą

Budapeszteńskie życie nocne rozpoczęliśmy od kolacji w restauracji-winiarni, a jakże.


Na pierwszy rzut oka nawet mi się spodobała, a najbardziej mapa Węgier na ścianie „wytapetowanej” korkami od wina.



Jak się okazało, kolację w akompaniamencie węgierskich muzyków przyszło nam zjeść w piwnicy.




Wiem, że taka jest od jakiegoś czasu moda, ale to nie wpływa na zmianę mojego poglądu, że piwnica jest dobrym miejscem do konsumowania kolacji, ale dla szczurów. 




Dlatego opuściłam przybytek z ulgą.
Obejrzeliśmy jeszcze bazylikę św. Stefana nocą…


…i poszliśmy rzucić się na fale Dunaju. „Na”, a nie „w”.



Płynęliśmy oczywiście przy dźwiękach „Nad pięknym modrym Dunajem” Johanna Straussa (syna).


I (oczywiście!) poili nas w czasie rejsu tą ohydną, skisłą cieczą, którą po prostu wylewałyśmy z Letnią za burtę winem.


Budapeszt nocą i z perspektywy wody prezentuje się całkiem (nomen omen) dorzecznie.


Nawet woda za dnia zwyczajnie bura, a nie żadna modra odbijała barwne refleksy.



Płynąc, mijaliśmy różne mosty i budowle, które po ciemku prezentowały się bajecznie.

Most Małgorzaty ślicznie oświetlony urokliwymi latarniami

Most Łańcuchowy

Most Łańcuchowy bliżej

Most Łańcuchowy na tle Zamku

Koronkowy Most Wolności...

...najbardziej mi się podobał

Most Rakoczych z dziwolągami...

...to znaczy dziwnymi pylonami
Parlament prezentuje się cudnie
Gmach Parlamentu w całej okazałości
Kompleks zamkowy od dołu

Kościół Macieja i Baszta Rybacka od strony rzeki
Wspominam ten rejs bardzo miło. Turyści z Korei nie mieli tego szczęścia – kilka miesięcy temu zginęli podczas podobnej przejażdżki.

piątek, 11 października 2019

541. Podniebne spacery


Krążą po „moim” niebie codziennie.




Nie umiem nie zatrzymać się, nie zadrzeć głowy do góry, nie uśmiechnąć się, nie posłać w ich stronę szczerego życzenia, aby w powietrzu i na ziemi spotkało ich wszystko, co najlepsze.





Lotnisko pasażerskie mam nieco dalej, po lewej stronie. Odprowadzam wielkie, stalowe ptaki tęsknymi spojrzeniami.





Bliżej mnie, zaraz „za płotem”, a raczej za drucianą siatką, mam stare lotnisko – dziś wykorzystywane w celach szkoleniowych (na jego terenie mieści się akademik dla studentów lotnictwa) i sportowych (aeroklub).



Kręci się więc po niebie także wszelka latająca drobnica, a nawet dwunożne istoty z barwnymi parasolkami.



Stalowe ptaki wyglądają chwilami, jakby robiły kolorowe kupy, a tymczasem to dziarscy chłopcy wyskakują na przebieżkę po obłokach, a może i na grilla, bo często sprawiają wrażenie, jakby chcieli wylądować mi na balkonie albo w ogrodzie.



Czasem pojawiają się latające zabytki, latające krowy, latające miotły.

Latający zabytek

Ten ma ponoć 80 lat

Ścigają się po nieboskłonie, staczają bitwy albo pokazują, co potrafią.


Bawimy się w ściganego!

Zaraz cię dopadnę


Bawimy się!

Wiuuu!

Aaale fajnie!...
Ups! Będzie wojna!

Ale żeby do góry nogami?

Dostał, hitlersyn jeden!

Nasi!

Ale zadyma...
Latająca krowa - Casa


I coś dla czarownic...

...czyli nowe miotły...

...model F16, nieco hałaśliwy
Wdzięczne Iskierki malują tęcze na zamówienie, a Tim i Tom piszą specjalnie do mnie kolorowe listy.


Malujemy tęczę

I jeszcze trochę pobazgrzemy niebo
Tim i Tom piszą dla mnie pozdrowienia

Tu zaczynają napis "We love Frau Be"

O, tu robią "o" od "love" :)

Żegnamy się
Pa, pa!
Zawsze, niezależnie od tego, czy siedzę w środku, czy na zewnątrz latawca, czuję to samo: bezbrzeżny zachwyt, niesłychane uwielbienie dla latających chłopaków i jakąś niewytłumaczalną tęsknotę.


Moje piękne Iskierki

Do zobaczenia, chłopcy!

Nie jestem w stanie wyrazić ogromu podziwu i szacunku, jakie wobec nich żywię.


Prujemy chmury...

...byle deszczu z tego nie było.
Jestem zdania, że całe rzesze ludzkości (ze mną włącznie, a może i na czele) powinny im czyścić buty.


Szyk i elegancja przede wszystkim
Powtarzam wciąż i powtarzać będę do końca świata i o jeden dzień dłużej, że nie znam piękniejszego zawodu od pilota.


Słodziaki

Tym też się w głowach poprzewracało od latania do góry podwoziem
Pewnie mam to w genach, po tatce. Latał, skakał, robił akrobacje, lądował awaryjnie na bagnach. Pewnego dnia spiker radiowy relacjonujący zawody wygłosił znamienny komentarz obficie udekorowany obowiązującą wówczas frazeologią, plącząc się przy tym w zeznaniach. Chciał powiedzieć, że „Pilot J. K. wykonuje akrobację samolotem uczynionym ręką polskiego robotnika”, zaplątał się jednak w szale uniesień i wyszło na to, że to ów pilot (to znaczy mój tatko), został uczyniony nie dość, że ręką, to jeszcze polskiego robotnika. Tego jeszcze nie grali!


I tędy

I owędy

Szwendamy się po niebie
Jeżeli tylko „Pilot J. K.” jest obecny przy mnie, komentuje każdy ruch oglądany w górze. O tym, co jest trudne, co niebezpieczne, co się dzieje ze skórą, co z twarzą, a co ze świadomością podczas wykonywania poszczególnych manewrów, mógłby pewnie spisać tomy. Stąd od czasu do czasu słychać go na moich filmikach.


Ten wyraźnie kieruje się do mnie na obiad

Powiedziałam, że mięsa u mnie nie będzie, więc się obraził i odleciał
A ja... aparat, kamera, telefon  czymkolwiek dysponuję w danej chwili, idzie w ruch. Nie mogę się powstrzymać. Kliknijcie w linki...






Widziałam ostatnio pierwszy w świecie podniebny spacer – paralotniarz wylądował na skrzydle samolotu. Dzielne chłopaki!