sobota, 13 października 2018

497. Wesołego alleluja!



Dzisiaj jest 13 października.


Te zdjęcia zrobiłam 10 października.


Rozumiem, że około Wszystkich Świętych można będzie spodziewać się pisanek i baranków, a przed Bożym Narodzeniem – kremów do opalania i kapeluszy plażowych.


I prawdopodobnie powinnam się leczyć na głowę, bo w tym oceanie aberracji, który mnie otacza, marzy mi się odrobina normalności.


środa, 10 października 2018

496. Maroko: jak po raz drugi nie sprzedałam córki


Fez opuściliśmy po to, aby udać się do jednego z najpiękniejszych miejsc w Maroku. Po drodze mijaliśmy młode, kwitnące migdałowce…



…górskie miasto Ifrane, w którym znajduje się pomnik upamiętniający ostatniego lwa żyjącego dziko na terenie Maroka…


…miejsca postoju, w których znowu herbatka miętowa lała się słodkimi strumieniami…



…drzewa pełne cytryn…



…całe połacie pustynnej ziemi zarośniętej opuncją…


…malownicze rzeki…



…i pejzaże…




…aby w końcu dotrzeć do celu. Tam, gdzie rzeka Wadi Uzud traci grunt pod nogami, spada zwielokrotnionymi kaskadami z wysokości 110 metrów, zasilając kolejną – Wadi al-Abid.





W dół, do podnóża wodospadu, schodziliśmy powoli krętą ścieżką, mijając po drodze sklepiki, budki i stragany. W tym miejscu po raz drugi o mało nie przehandlowałam córki. Właściciel sklepiku z biżuterią ofiarowywał mi za nią swój dobytek. Była to cena zdecydowanie lepsza od tej, którą proponowano mi w Meknes: wielbłąda nie miałabym gdzie trzymać, dopłata do bydlęcia szybko by się rozeszła, dla hurtowych ilości biżuterii wszakże bez problemu znalazłabym zastosowanie. Dzieciątko jednak sprzedać się nie dało i pogoniło na taras widokowy. Znaczy, wyszło jak zwykle. Czego jak czego, ale głowy do interesów to ja nie mam.
Z tarasu widokowego, znajdującego się mniej więcej w połowie wysokości wodospadów, najłatwiej jest zaobserwować tęczę błyszczącą w miliardach rozpryskujących się kropelek.








Miejsce to jest królestwem małp.







Makaki żyją tu na wolności i są figlarnie bezczelne. Obsiadają ludzi, wyciągając łapki po orzeszki i inne przysmaki.




Jedna wskoczyła mojej córce na ramię i bezceremonialnie wsadziła jej łapsko do torby w poszukiwaniu smakołyków. Udało jej się wyjąć puste opakowanie po cukierkach, a gdy zobaczyła kubeczek z ciasteczkami, zaczęła je wyjadać jak swoje.





Jedna pani, która była tam przed nami, oddaliła się kawałeczek w ustronne miejsce. Gdy przykucnęła, poczuła na pośladkach kosmate łapeczki, więc zerwała się gwałtownie i upuściła torebkę. Wtedy małpiszon ją porwał i o mały włos, a byłby kłopot, bo pognał z torebką w las. W końcu jednak udało się odzyskać własność. Nasza słabość do zwierząt ledwo pozwoliła nam się od nich oderwać.
Na samym dole, u stóp wodospadu, parkują takie cudaczne barki czy nie wiem, jak to nazwać.




Szczyt kiczu i chały, ale mają tę zaletę, że można nimi podpłynąć pod same kaskady, z czego skwapliwie skorzystaliśmy.



Oczywiście nie obeszło się bez zmoknięcia, co w tym klimacie równało się tylko cudownemu orzeźwieniu.





Po „rejsie” pod wodospad uraczono nas oczywiście herbatką miętową i tradycyjnym ciasteczkiem.




Wyglądało jak, nie przymierzając, miniatura wielbłądziej kupy, ale było bardzo dobre w smaku. Ma się rozumieć, że było słodko-słodkie, bo najsłodsze słodycze świata to arabska specjalność. Sprawiało wrażenie, że zostało zrobione z miodu dosładzanego cukrem, lukrem i melasą. W środku miało trochę jakichś drobnych ziarenek.



Dookoła rządziły, rzecz jasna, małpeczki, skacząc po stolikach i bez mała po naszych głowach.





piątek, 5 października 2018

495. Jakże można tak kochać, czyli krótka historia pewnej miłości


„W gazetach pytano,
jakże można tak kochać,
jakże można tak kochać
o czternastej dziewiątej rano?”

Trafiła do naszej rodziny dawno – w czasach, gdy w Polsce pojawiły się pierwsze szmateksy. Najpierw pokochała ją moja mama, potem – drogą sukcesji – moja córka. Po łącznie dwudziestu latach użytkowania, wzbogacona o awangardowe zdobnictwo...



...wywietrzniki...


...i dodatkowe wyloty na kończyny...



...ukochana żółta koszulka mojej córki do spania doczekała się zasłużonej emerytury. Nie obeszło się przy tym bez rozdzierających scen i tym razem to nie bluzka się darła, ale rwało się na strzępy serce mojego dziecka.
POTĘGA MIŁOŚCI JEST NIEZMIERZONA!