czwartek, 12 kwietnia 2018

469. Pijawka, czyli o złudności pozorów


Dołączyło toto do nas siedem miesięcy temu.
Wyglądało toto jak półtora nieszczęścia. Wiek nie od określenia, ale ogólny ogląd sprawy dawał wrażenie, że toto plasuje tak gdzieś między sześćdziesiątką a setką. Staroświecka fryzura (skręcona trwałą ondulacją grzyweczka, nieokreślonej długości reszta podpięta z tyłu klamerkami i wsuwkami), okulary w przedpotopowej oprawie, bure adidasy do czarnych dzwonów, wzrok dziki, szata plugawa… dopełniały całości.
- Jak toto bidne poradzi sobie w tym tyglu wypełnionym po brzegi hienami, szakalami i rekinami ludojadami? – szeptano po kątach i myślano litościwie na widok kaczo-pingwiniego kroku.
Tymczasem toto bidne zabrało się do wchodzenia w kontakty towarzyskie z werwą, o jaką nikt by go nie podejrzewał. Po dżungli pełnej drapieżników i dusicieli poruszało się (mimo kaczo-pingwinowatości) z zadziwiającą swobodą, tylko wybory, których dokonywało, zaczęły wydawać się zastanawiające. Podczas gdy przez ponad pół roku nie zdołało przyswoić imion, nazwisk ani nawet skojarzyć po twarzy znakomitej większości współpracowników, do innych przystartowało z niewymuszoną swobodą i błyskawicznie dokonywało wymiany numerów telefonu i adresów mailowych „na wszelki wypadek”. Ofiarą jednego z takich wyborów padłam ja. Toto bidne przy bliższym poznaniu natychmiast zyskiwało, okazując się wygadane, dowcipne jak szczypiorek na wiosnę, niezależne, samorządne, samofinansujące się… No, w każdym razie dużo bardziej rozgarnięte niż by na to wyglądało.
W ten oto prosty sposób przekonałam się po raz kolejny, że pozory mylą i Ameryki przy tym nie odkryłam. Toto Bidne zyskało imię, nazwisko, płeć, a nawet osobowość.
Nad wyraz częste przejawy sympatii, którą Toto wyraźnie do mnie zapałało, zdumiewały mnie początkowo, no ale w końcu ja taka fajna jestem, że nic dziwnego, wzniecam miłość od pierwszego wejrzenia i już, bo tak mam.
Toto, niezbyt rozgarnięte w sprawach komputerowych (kto poza węglem kamiennym i innymi kopalinami jest dzisiaj nierozgarnięty komputerowo?!) często prosiło mnie o drobną pomoc, przysługę lub wręcz o zrobienie czegoś. No a ja, taka litościwa duszyczka z dobrym serduszkiem, cierpliwie tłumaczyłam, pokazywałam, pomagałam, przyjmowałam i oddawałam drobne przysługi w postaci wykonania za Toto Bidne czegoś, z czym nijak poradzić sobie nie umiało. Przecież w końcu pomagać trzeba, z ludźmi żyć i w ogóle. Tylko czasem telefony wykonywane przez Toto Bidne do mnie więcej niż siedemnaście razy dziennie (plus życzenia imieninowe gratis, mimo że imienin nie obchodzę) o najrozmaitszych porach, zaczęły budzić we mnie niepokojąco małostkowe zniecierpliwienie. Owa małoduszność wynikała z faktu, że telefon dzwonił w nader urozmaiconych okolicznościach mojego życia – od dźwigania siatek z zakupami we wszystkich kończynach i dodatkowo w zębach przez pogrążenie w głębokim śnie aż po defekację. A ja taka miła, kulturalna i grzeczna jestem, to odbierałam za każdym razem mimo przeciwności losu. Jeżeli telefonu z jakiejś przyczyny nie usłyszałam od razu, to zawsze w zgodzie z nakazami elementarnej przyzwoitości oddzwaniałam.
Zdziwiła mnie kiedyś Góralka, która – na widok mojego telefonu z wyświetlającym się numerem Toto Bidnego – oświadczyła, co następuje:
- Topielica już nie odbiera i dostaje drgawek na widok Toto Bidnego.
Czyżby małodusznych było pośród nas więcej?
Przyszedł czas, gdy pobudzenie, wodowstręt, drgawki, paraliż, niedowłady i ślinotok z sardonicznym grymasem pospołu zaczęły dopadać i mnie. Przypadkiem zawsze wtedy, ilekroć na wyświetlaczu pojawiła się informacja: „Toto Bidne dzwoni”. Bowiem traf jakiś zadziwiający sprawił, że każdorazowo informacja ta pokrywała się z miliard dziewięćset osiemdziesiąt sześć milionów dwieście czterdzieści trzy tysiące siedemset pięćdziesiątą trzecią prośbą o* (*wstawić dowolne). Apogeum objawów zyskałam, gdy Toto Bidne zaczęło dysponować mną jak moje babcie służącymi. Różnica polegała na tym, że ja się na służbę do Toto Bidnego nie najmowałam.
Trzęsienie ziemi wykonałam w dniu, gdy tuż przed jak najbardziej planowym wyjściem z pracy usłyszałam (żeby nie było nieporozumień – od nikogo z szefostwa, a od Toto Bidnego) słowa:
- Zapomnij, że stąd wyjdziesz. Tylko tym masz klucz do Hipertajnego Pomieszczenia, a ja potrzebuję rozłożyć się w nim z robotą.
- Do której mianowicie? – zapytałam czując, jak mój organizm zaczyna osiągać temperaturę wrzenia.
- A może i do 22.00. Siostry moje przyjdą mi pomóc.
Była 16.30. Nozdrzami buchnął mi kłąb pary.
- Góralka, co jest, do kurwy nędzy? – wykonałam natychmiastowy telefon do przełożonej.
- Każ jej spadać na drzewo – pokrzepiła mnie zwierzchniczka w osobie Góralki. – Ma do dyspozycji pierdylion pomieszczeń, a poza tym co ona ma do roboty w Hipertajnym Pomieszczeniu i to jeszcze z obcymi na terenie Placówki?
Z ulgą posłałam Toto w diabły i poszłam do domu, co oczywiście w najmniejszym stopniu nie zapewniło mi spokoju. W oczekiwaniu na kolejne dowody sympatii podkręciłam potencjometr asertywności. Jak myślicie, długo trzeba było czekać? Ależ oczywiście, zgadliście. Za parę dni jak gdyby nigdy nic Toto Bidne wystartowało do mnie z kolejnym pomysłem.
- Zrobiłaś dla mnie to i tamto?
- Jakie to i tamto?
- No przecież Klejnot Ciemnogrodu miała cię poinformować, że masz mi zrobić to i tamto! Zakładam, że się komunikujecie?
- Nie – kapnęłam słodyczą. – Źle zakładasz. A tak na marginesie, rzuć okiem z łaski swojej… Mam tu taką karteczkę, o proszę… zakres obowiązków, za który mi płacą. Widzisz gdzieś punkt „odpierdzielanie roboty za Toto Bidne”?
Nie odezwało się słowem. Oddaliło się z godnością kaczo-pingwinim krokiem, z wzrokiem dzikim, w szacie plugawej… Ludziska! Już trzy dni, jak do mnie nie dzwoni i uniki towarzyskie robi!
A ja po raz drugi w tym samym wypadku wyważam otwarte drzwi i nie mogę się nadziwić, jak to pozory mylą…

piątek, 6 kwietnia 2018

468. W babcinej kuchni (VII)


Po prawej stronie korytarza znajdowało się moje najulubieńsze miejsce w całym domu: kuchnia. W niej koncentrowało się przez cały dzień życie rodzinne i towarzyskie.


W rzeczywistości były to trzy połączone ze sobą, niewielkie pomieszczenia. Bezpośrednio z korytarza wchodziło się do malutkiego przedpokoju. Na prawo od wejścia całą szerokość ściany zajmował wieszak z haczykami o okrągłych, kolorowych główkach. Przeżywał permanentne oblężenie, bo na nim właśnie przez większą część roku cała rodzina przechowywała wszystkie swoje okrycia wierzchnie. Ile razy dziadek dawał mi do zjedzenia surową cebulę, pożerałam ją zachłannie, a potem biegłam do przedpokoju, aby wtulić się w wiszące ubrania i otrzeć załzawione oczy.
Na wprost drzwi od korytarza wchodziło się do podłużnej łazienki ze zwykłymi, białymi kafelkami. Za ustawioną wzdłuż ściany po prawej wanną, przy samym oknie, znajdował się biały sedes z czarną deską. Spust od spłuczki starego typu hałasował w charakterystyczny sposób tak, że spuszczanie wody słychać było na całym piętrze. Nad wanną babcia myła naczynia. Lubiła wygrzewać ręce w bieżącej, gorącej wodzie ogrzanej przez termę z pomarańczowym światełkiem, regulowaną brązowym pokrętłem w kształcie kapelusza. Jeszcze kilka tygodni temu śniło mi się, że kąpałam się w naszej starej łazience, w tej samej głębokiej wannie.

To zdjęcie zostało zrobione w łazience - jedyne z tego pomieszczenia, jakie mam
Naprzeciw sedesu, na półkach wąskiego regału poupychane było obuwie i różnego rodzaju szpargały, takie jak pasta do butów, rozmaite szczotki, sznurki, spinacze do bielizny, szwarc, mydło i powidło. Tam też, na najniższej półce, znajdowały się moje skarby – zabawki, z którymi wychodziło się na zewnątrz: błękitne „wiadero” w białą kratkę, sitko do przesiewania piachu, foremki, rząd kolorowych kaczuszek z drewna, które kręciły łebkami ze specyficznym trajkotaniem, gdy ciągnęłam je za sobą na sznurku.

Błękitne "wiadero" było moim nieodłącznym atrybutem



W łazience często zamykał się młodszy brat taty zwany Drypą (do zamykania drzwi służył metalowy haczyk), żeby pograć na gitarze. Było to pewnie jedyne miejsce w przeludnionym mieszkaniu, gdzie mógł znaleźć azyl. Grał i śpiewał, a babcia mawiała wówczas, że „Drypa wyje”. Jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Może to złudzenie, a może czasy były inne, bo wszyscy byli jakby mniej nerwowi niż dziś. W tej samej łazience, siedząc na sedesie, nauczyłam się od A do Z tabliczki mnożenia z tylnej okładki błękitnego zeszytu w kratkę. Na brzegu wanny przysiadała często Hela, żeby przełknąć w pośpiechu talerz zupy lub pierogów, którymi ją poczęstowano. Na drzwiach, od wewnętrznej strony łazienki, wisiała biało-granatowa trzepaczka do dywanów, którą babcia żartobliwie nazywała „Nervosolem”. Z uśmiechem straszyła mnie nią kompletnie niewiarygodnie, gdy marudziłam albo robiłam się nieznośna, mówiąc: „na nerwy najlepszy jest Nervosol!” Poza dywanem wszakże nigdy nie trzepnęła nią nikogo.
Drzwi z lewej strony przedpokoju były zawsze otwarte. Prowadziły do kuchni, która była wąska, podłużna, ciasna i zawsze pełna.

Ja w kuchni
Najluźniej było przed południem, gdy rodzice szli do pracy, a wujek Drypa do swoich zajęć. Zostawaliśmy w trójkę: babcia, dziadek i ja. Hela przychodziła nieco później. Gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły, większość wolnego czasu spędzałam właśnie w kuchni. Babcia i dziadek krzątali się przy gotowaniu obiadu, a ja, na końcu kiszkowatego pomieszczenia, rozkładałam na parapecie z lastriko swoje ulubione zabawki: duże, drewniane klocki przechowywane w starej, beżowej torebce mamy i plastikowe zwierzątka. Budowałam dla nich domy i ogrody, układając w głowie całe historie. Z upodobaniem zarysowywałam też całe bloki rysunkowe komiksami własnego pomysłu, a mama dziwiła się, że chociaż znosi do domu tony papieru, tak szybko znikają. Zapadła mi w pamięć również ulubiona kolorowanka – przejmująca historia o misiu, który wypadł przez okno pociągu. Na szczęście świadkami tego zdarzenia byli dzielni harcerze i oddali zabawkę dziecku, które je zgubiło. Lekcji starannego malowania udzielał mi tato.


Bawiąc się w kuchni, od czasu do czasu spoglądałam w okno. Wiosną i jesienią widać było przez nie uczniów grających w piłkę na boiskach za żywopłotem, skaczących w dal do piaskownicy lub biegających na czas po wysypanej żużlem bieżni. Czasem, gdy dziadek gotował na kuchence podłączonej do butli gazowej parującą zupę, a babcia rozwałkowywała na stole ciasto na pierogi, rysowałam palcami na „zachuchanych” szybach rozmaite wzory. Babcia niby to pokrzykiwała, że zostawiam tłuste ślady łap, ale kto by brał na poważnie jej gderanie? Nigdy nie gniewała się naprawdę i tylko udawała groźną. Na zimę dziadek i tato zakładali dodatkową parę skrzydeł okiennych. Na samym dole narastał od wewnątrz pasek grubego lodu, a mróz malował na całych szybach fantazyjne wzory. Wytrwałym chuchaniem udawało mi się zrobić okrągłe okienko na świat, a wtedy mogłam godzinami stać i patrzeć na padający śnieg. Wszystko, co znajdowało się za moimi plecami, tchnęło ciepłem, bezpieczeństwem i beztroską: nakręcany śmiesznym kluczykiem drewniany zegar z metalowymi wskazówkami i rzymskimi cyframi wiszący nad stołem, malutka lodówka, kredens-żyrafka, dziadkowe pobrzękiwanie przykrywkami, błękitny dymek z papierosa osadzonego w lufce.

W kuchni
Latem, z nosem rozpłaszczonym na szybie, wypatrywałam deszczu i błyskawic. Nigdy nie czułam lęku, lecz fascynację kształtem rozdzierających niebo błyszczących, pomarańczowych i niebieskich gałązek. Popołudniami, bez względu na porę roku, kuchnia wypełniała się ludźmi. Wracali z pracy rodzice i wujek Drypa ze swoich zajęć, schodzili się sąsiedzi (najczęściej gruby Pan Em o jajowatej głowie albo Pani Em), przybywały na telewizję Hela i Iza. Bywało, że przynosiłam z łazienki swój nieśmiertelny biały nocnik i po cichu sadowiłam się na nim w kąciku między łazienką a drzwiami prowadzącymi do kuchni. Przesiadywałam w ten sposób mnóstwo czasu, z przyjemnością słuchając, o czym rozmawiali dorośli. Na pupie odgniatały mi się czerwone kółka, ale wstawałam dopiero wtedy, gdy ktoś przypomniał sobie o mnie i ponaglił. Było ciasno, biednie, siermiężnie i głośno, ale tamta kuchnia, tamte zwyczajne popołudnia i wieczory, pełne gwaru i nieskrępowanego śmiechu, to jedno z moich najdroższych wspomnień.



wtorek, 3 kwietnia 2018

467. Maroko: święty tyran


Bogata historia królewskiego miasta Meknes – dzisiaj prowincjonalnego miasteczka i oazy spokoju, a niegdyś gwarnej stolicy Maroka – sięga VIII wieku, kiedy to powstała w tym miejscu pierwsza ufortyfikowana osada. W X wieku przybyło w te strony berberyjskie plemię Meknassa i stąd miasto wzięło swoją nazwę. Otaczają je majestatyczne, najstarsze w Maroku mury obronne z 24 bramami, wzniesione w okresie od XII do XV wieku. Jedna z nich – Bab Barrima – znajduje się w pobliżu słynnych stajni jednego z najokrutniejszych władców Maroka.

Bab Barrima


Znowu drzewa różańcowe


Za rządów tyrana Moulaya Ismaila (na przełomie XVII i XVIII wieku) miasto zostało rozbudowane i przeobraziło się w stolicę. Władca słynął z bestialstwa. Miał 500 żon i nałożnic oraz niezliczoną armię dzieci, z którymi obchodził się równie bezwzględnie jak z niewolnikami. Nadmiar córek likwidował dusząc je, a synów karał za przewinienia obcinaniem kończyn. Toczył wojny z wszystkimi sąsiadami, brał jeńców i zmieniał ich w niewolników, których wykorzystywał jako darmową siłę roboczą. Mówi się, że zabijał tych, z których pracy był niezadowolony lub którzy nie mieli już siły pracować, ich krew kazał mieszać z materiałami budowlanymi, a ciała zabudowywać w murach.


Moulay Ismail dążył do tego, aby dorównać Ludwikowi XIV, dlatego rozbudował wystawny pałac na wzór francuski i z tego powodu miasto nazywane bywa „Wersalem Maroka”. Sułtan oświadczył się francuskiej księżniczce, spotkał się jednak z odmową. Zdaje się, że tym lepiej dla księżniczki.
Świadectwem ówczesnego bogactwa są słynne stajnie mieszczące... 12 000 koni!


Połowa z nich stała zawsze osiodłana i w każdej chwili gotowa do walki, druga połowa odpoczywała – i na odwrót. Oprócz boksów dla koni w obrębie obiektu znajdował się basen zasilany wodami górskimi (na wypadek, gdyby doszło do oblężenia) i olbrzymie spichlerze, obliczone na wykarmienie tylu zwierząt i rzeszy ludzi pracujących przy obsłudze stajni. Były one wyposażone w doskonały system wentylacyjny, co sprawiało, że nic się w nich nie psuło.

Zbiornik wodny

Jeden ze spichlerzy - w sklepieniu widać otwór stanowiący część systemu wentylacji

Stareńkie sprzęty

Zabytkowe drzwi



W ruinach stajni kręcono niektóre sceny do filmu Gladiator. Stanowią one niesamowity zabytek – rozmiary zachowanego obiektu, w tym ciągnące się bez końca rzędy boksów – dają wyobrażenie o jego ogromie.




W pobliży stajni stoi „wybrakowany” Pomnik Sprzedawcy Wody – symbol biedy i pustego brzucha.


Mimo złej sławy, jaką okrył się sułtan, jest on czczony niemal na sposób religijny. Do jego grobu ciągną po barrakę (błogosławieństwo) rzesze pielgrzymów, a ze względu na istnienie mauzoleum Moulaya Ismaila miasto traktowane jest jak święte.


Mauzoleum to jest jednym z nielicznych obiektów tego rodzaju (miejsc świętych islamu), do którego może wejść niemuzułmanin. Do wewnątrz prowadzi rzeźbiona brama...





...za którą znajduje się dziedziniec z fontanną, wyłożony oczywiście mozaiką zellidż.





Wnętrze prezentuje się bardzo bogato.

Cudne, pokryte stiukowymi ornamentami wnętrze z cedrowym, intarsjowanym sklepieniem

Stiuki w mauzoleum


Intarsjowane, cedrowe drzwi


Groby sułtana i jego synów


Nieopodal mauzoleum znajduje się podwójna Brama Sułtańska.




czwartek, 29 marca 2018

466. Każdemu według potrzeb


Tym, którzy mają co świętować, życzę beztroskiego świętowania.
Tym, którzy nie mają – żeby się wyspali, zresetowali, wypoczęli i mieli w czasie wolnym wszystko w głębokim poważaniu, jako i ja uczynić zamierzam.
Pozostałym (są tacy?) – żeby nie upadali na duchu, bo mogą wybić zęby.
Wszystkim (z wyjątkiem dwóch idiotek) – słodkiego, miłego życia, bo w sumie dlaczego by nie?




poniedziałek, 26 marca 2018

465. W moim magicznym domu... (VI)


Jedna z trzech części internatu, ta z prawej strony (patrząc od frontu), przeznaczona była na mieszkania służbowe dla nauczycieli i innych pracowników oświaty. Wiem tylko z opowiadań, że jeszcze przed moim urodzeniem cała rodzina mieszkała na drugim piętrze. Nie mam pojęcia, kogo mieli za sąsiadów i czy w ogóle ktoś jeszcze tam mieszkał. Za mojej bytności w internacie, idąc na strych pod dachem, mijało się drzwi prowadzące na korytarz drugiego piętra zamknięte na stałe, gdyż już wtedy zostało ono wyłączone z części służbowej i zamieszkiwali je uczniowie.
Lubiłam towarzyszyć babci w wyprawach na strych, gdy wieszała lub zdejmowała pranie. Poddasze rozciągało się na całej długości budynku. Było ciemne, zakurzone, pełne pajęczyn, tajemnicze. Jedyne światło, jakie wpadało do środka, wpuszczane było do środka przez okienka dachowe i otwory po brakujących gdzieniegdzie dachówkach. Chętnie błąkałam się pomiędzy murowanymi kominami i grubymi, drewnianymi słupami konstrukcyjnymi podtrzymującymi dach, pilnując jednak, aby trzymać się babci w bezpiecznej odległości i nie zapędzić się samodzielnie zbyt daleko. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu oświetlone promykami słońca. Przyglądałam im się zafascynowana, mimowolnie ucząc się na pamięć zapachu świeżego prania. Na drzwiach prowadzących na strych znajdowała się tabliczka z zakazem wchodzenia z otwartym ogniem. To wtedy właśnie od babci dowiedziałam się, że pajęczyny są łatwopalne i mogą stać się przyczyną błyskawicznego pożaru.

Pod tym dachem znajdował się strych
Zajmowaliśmy mieszkanie na pierwszym piętrze. Wiodły nań schody, które do dzisiaj jeszcze śnią mi się od czasu do czasu. Sen o starym domu jest zawsze piękny. Na samym dole, dokładnie na wprost drzwi wejściowych, oddzielone drewnianą poręczą na metalowej balustradzie, znajdowały się schody biegnące w prawo, prowadzące w dół, do piwnicy. W pierwszych, najdawniejszych latach, nasza piwnica mieściła się w zupełnie innej części internatu – tej najbardziej od nas oddalonej. Szło się do niej wąskim chodniczkiem tuż pod ścianą środkowej części, osłoniętym trawnikiem i żywopłotem. Znacznie później babcia urządziła sobie na kawałku tego samego trawniczka niewielki ogródek. Do piwnicy wchodziło się bliźniaczym do naszego wejściem, ukrytym w załomie budynku, tuż przy placyku kończącym ślepą uliczkę przed śmietnikiem. Schody do piwnicy również wiodły w dół. Pamiętam tę najstarszą piwnicę jak przez mgłę. Znajdowała się w niej między innymi wiklinowa klatka po Tutusiu, ostatniej z dynastii papużek falistych.

Ja z tamtych czasów na tle "części środkowej"
Po prawej stronie od wejścia do naszej klatki schodowej, powyżej kilku stopni biegnących na parter, usytuowane były drzwi prowadzące do korytarza. Jako dziecko nigdy sama tam się nie zapuszczałam – co najwyżej szłam z babcią do którejś z sąsiadek. Minąwszy parter, wchodziło się po schodach prosto na nasze piętro. To prawie nie do uwierzenia, ale po dzień dzisiejszy pamiętam proste kształty topornej, kutej balustrady pomalowanej olejną farbą. We wnętrzu dłoni pozostała jeszcze pamięć jej chłodnego dotyku. Po wykończonej drewnem, wyślizganej od gładzenia rękami poręczy nie dało się zjeżdżać – najeżona była sterczącymi co kawałek kuleczkami nasadzonymi na trzpienie.

Czujne oko babci w oknie kuchennym
Skręcając w lewo, schody wiodły dalej na górę, po prawej zaś stronie rozpościerał się dobrze znany, bezpieczny, mój własny świat, oddzielony od reszty budynku zamkniętymi na stałe drzwiami. Gdybym jakimś cudem znalazła się dzisiaj w naszym korytarzu, zapewne zdziwiłabym się jego rozmiarem. Rzeczy, ich kształty i proporcje zmieniają się wraz z dorastaniem człowieka. Wtedy jednak korytarz wydawał mi się bardzo długi i szeroki. Wielkie tafle ciemnego lastriko oddzielone były od siebie szczelinami wypełnionymi ołowianoszarymi fugami i wyznaczały odcinki, spośród których każdy miał w moich oczach jakieś znaczenie: należał do ziemi niczyjej, do sąsiadów, do kuchni, do pokoju, odgradzał strefę niebezpieczeństwa (a więc ostatnią część za naszym pokojem, do której nigdy nie odważyłam się wejść) od tej własnej, bezpiecznej, której każdy centymetr znałam na pamięć.
Dźwięki kroków mamy w stukających pantoflach, mojego skrzypiącego wózka dla lalek z drewna i wikliny, hałaśliwie toczonego po podłodze, nawet przekręcania klucza w trzaskającym zamku – wciąż rozbrzmiewają w moich uszach, jakbym usłyszała je przed chwilą. Ciekawe, czy ktoś jeszcze oprócz mnie je pamięta...
Wchodząc w korytarz, mijało się dwa mieszkania sąsiadów. Nasze, trzecie z kolei, składało się z kuchni, łazienki i dwu pokoi. W tamtych czasach było dla mnie zupełnie naturalne, że do poszczególnych pomieszczeń wchodziło się oddzielnie, prosto z korytarza, za każdym razem zabierając ze sobą klucz. Może to niemożliwe do uwierzenia, ale pamiętam wygląd zamków, kształty kluczy i grube, metalowe, zespawane w jednym miejscu kółko przy tym otwierającym pokój dziadków...

piątek, 23 marca 2018

464. Maroko: kot, piraci i złośliwe dżiny


Kasba al-Udaja w Rabacie jest miejscem pełnym uroku. Prowadzi do niej Bab Udaja – jedna z najcenniejszych bram Maroka, wybudowana z kamienia w 1195 roku za panowania Jakuba al-Mansura.


Wzdłuż murów kasby ciągnie się promenada pełna spacerowiczów.




Kasba w Rabacie jest właśnie tym miejscem, w którym przed wiekami założono ufortyfikowany klasztor ribat, od którego wzięła się nazwa miasta. Tutaj rzeka Bu Rakrak uchodzi do oceanu, a nieopodal znajdowała się zdradliwa mielizna, która zapewniała raj piratom. Pozostałością po ich siedzibie jest labirynt biało-niebieskich zaułków, w których kompletnie straciłam głowę z powodu zachłyśnięcia kolorystyką.












W plątaninie uliczek znaleźliśmy dom ozdobiony zachowanym oryginalnym ceramicznym wizerunkiem kota i tabliczką z napisem Dar Baraka, co w przybliżeniu znaczy jako „dom błogosławieństwa”. Otóż zamieszkało tam niegdyś małżeństwo, które miało kota. Ów kot znalazł ukryty w domu skarb piratów, dzięki czemu rodzina się wzbogaciła. W dowód wdzięczności wobec kota ozdobili domostwo jego podobizną.




Wędrując uliczkami kasby dotarliśmy do miejsca, w którym mury tworzą coś w rodzaju tarasu widokowego, skąd można podziwiać zarówno ocean, jak i miasto.





Natknęliśmy się też na takie oto ciekawe drzwi.


Wieczorem wyszliśmy z hotelu na spacer, ale nie wzięłam ze sobą aparatu ani pieniędzy. Po mrożących krew w żyłach przestrogach co do medyny, w której pobliżu zamieszkaliśmy, nie odważyliśmy się przekroczyć jej murów i nie zapuszczaliśmy się w żadne niebezpieczne rejony. Mimo to w nocy śniło mi się, że złośliwe dżiny uniosły mnie razem z łóżkiem niemal pod sufit i kołysały, z niecnym zamiarem zrzucenia mnie z niego. Krzyczałam przez sen, więc córka budziła się i szarpnęła mnie z pytaniem: „Mamo, co ty robisz?!”. Odebrałam to jako personalny atak wrednego dżina, który zdecydował się mnie udusić i tak mnie to zestresowało, że w końcu się obudziłam.

To narzuta z mojego hotelowego łóżka - fascynująca!

A to hotelowy hol