niedziela, 7 stycznia 2018

449. Jak zrobić krzywdę książce?

Odpowiedź na pytanie postawione w tytule brzmi: w krótkim czasie uczynić ją okrzyczaną. Nie wiem, jak w innych ludziach, ale we mnie zataczająca szerokie kręgi sława pojawiającego się na rynku tytułu budzi od razu podejrzenia i wewnętrzny sprzeciw. Im głośniej o czymś, tym większa moja niechęć. Czy bierze się ona z jakiejś wewnętrznej przekory, będącej moją indywidualną cechą, czy też z awersji do nachalnej reklamy i propagowania wszelkich mód – nie wiem. Dość, że zapewne nie jestem w tym odosobniona, bo ludzie są różni, ale nie aż tak bardzo. W jednych budzi się ciekawość, w drugich uprzedzenie.
W ten sposób z uporem maniaka długo i skutecznie uchylałam się od przeczytania paru fajnych książek, a o tym, że jednak warto, przekonałam się dopiero wtedy, gdy dotarły do mnie informacje zasłyszane od osób, których zdanie w tej materii jest dla mnie wiarygodne. Pożałowałam wówczas tak długo stawianego oporu, bo okazało się, że przeczytanie niektórych osławionych tytułów dostarczyło mi przyjemności. Stąd bierze się moje przekonanie, że dobra książka obrobi się sama, a trąbienie o niej na cztery strony świata niepotrzebnie zniechęca potencjalnych czytelników wyposażonych w charakterki podobne do mojego.
Moją rezerwę potęguje fakt, że szeroka reklama nie jest tożsama z jakością promowanej książki. Sztandarowym przykładem są dla mnie megawybździny i supergnioty gigantycznego kalibru głośne powieści Malowany ptak Jerzego Kosińskiego i Chata Williama Paula Younga. Po dziesiątkach peanów na ich cześć moje skonfundowanie sięgnęło zenitu i Malowanym ptakiem usiłowałam onegdaj zabić Tobołkową, a po Chacie chciałam zrezygnować z posiadania Internetu, żeby już nigdy nic głupiego nie strzeliło mi do głowy.
Przez to wszystko, niestety, mój stosunek do „książki okrzyczanej” nie uległ zmianie na lepsze.

27 komentarzy:

  1. A jak obok okrzyczana wystąpi hasło: nagrodzona - uciekam z krzykiem! Malowany ptak mi się podobał, ale to tak trochę perwersyjnie, bo czytałam w 8 klasie i wiedziałam, że to nie do końca lektura dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, "Malowany ptak"to dramat w sześciu aktach po prostu.

      Usuń
  2. Zgadzam się, podobnie jest z książkami niektórych noblistów, ale to już norma, że część pisze głównie dla siebie i dla krytyków.
    Jeśli książka mi nie leży, zostawiam, nawet gdyby cały świat się zachwycał...podobnie jest z muzyką i malarstwem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli nie leży, to małe piwo. Ale najgorzej jest, jeśli jest fajna, a ja się uprę i nie będę czytać z głupiego, oślego uporu, "bo modna".

      Usuń
    2. A wiesz, że czasem i też tak mam i to z wieloma rzeczami...żeby nie robić tak jak wszyscy;-)

      Usuń
    3. Tak, tak, właśnie o to chodzi! Potwornie nie lubię wszelakich mód.

      Usuń
  3. Mnie w ogole KAZDA reklama bardziej zniecheca niz zacheca. Miedzy innymi dlatego mam mdlosci w grudniu, kiedy pierze mi sie mozg swietami. A czytam to, co chce mi sie czytac, a nie mecze sie z wypierdami, bo je ktos poleca, a inni nagradzaja noblami czy pulicerami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, z tym, że ja reklam w ogóle nie czytam i nie oglądam. Po prostu wypieram ze świadomości, nawet jeśli mijam bilbordy wielkości boiska.

      Usuń
  4. Ufff... a myślałam, ze tylko jak mam przekorną naturę. Tak samo jest z filmami - jeśli film otrzymał miliony nagród to go nie oglądam . No i ja ktoś chwali faceta to wiadomo, że bubel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ostatnie stwierdzenie - bezcenne!

      Usuń
  5. Uważam, że tak samo jest z każdą reklamą - książki, filmu czy czegokolwiek. Dobry towar nie potrzebuje reklamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nachalność reklamy potrafi obrzydzić absolutnie WSZYSTKO.

      Usuń
  6. Mam tak samo, im bardziej coś okrzyczane, modne, reklamowane, tym bardziej coś we mnie wrzeszczy - nie!
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! Tak własnie mam, a nabawiłam się tego wraz z traumą, której przykład opisałam.

      Usuń
    2. Podobnie miałam z czytnikiem:-) Przeczytałam sporo książek i jakoś tak przeleciały bez echa, ale któraś mi się spodobała i akurat była w księgarni. Kupiłam, przeczytałam i to była zupełnie inna książka, chociaż taka sama jak na czytniku. Porównywałam nawet treść, taka sama, a jednak w odbiorze zupełnie inna. To było dwa lata temu. Od tego czasu ksiązki czytam tylko w formie papierowej.
      Czeka już na mnie spory sztapelek, ale się zawiesiłam. Tak już mam, potrafię przez parę miesięcy nie wziąć ksiązki do ręki, a potem jak się odetkam, to lecę z czytaniem na łeb na szyję, po klikaset stron dziennie, obłęd jakiś:-)
      Marytka

      Usuń
    3. Moja kupka właśnie się kończy, jutro muszę ją uzupełnić.
      Nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do czytania na czytniku.

      Usuń
    4. Ja mówiłam to samo o czytniku, ale jak to zwykle bywa - to życie, MOJE ŻYCIE pokazało mi, że są sytuacje, kiedy taki czytnik po prostu się przydaje. Brak miejsca na półkach, pobyt w szpitalu itd... W ogóle na wiele rzeczy zaczęłam patrzeć inaczej po przeprowadzce z miasta na wiochę (choć całym sercem pozostałam mieszczuchem)

      Usuń
    5. Nie mów... Za 2 tygodnie czeka mnie przeprowadzka na wiochę!
      Dla czytnika znajduję tylko jedno zastosowanie - wylot na wakacje samolotem, czyli z wagowym ograniczeniem bagażu. W tym roku polecieliśmy we czwórkę i w połowie wczasów zabrakło nam książek. Każdy brał, co mu w rękę wpadło, nawet przewodnik, w końcu został Internet w komórce. Na szczęście było hotelowe Wi-Fi, bo inaczej zabuliłabym jak za zboże.
      Już nawet szpital nie jest dobrym pretekstem do posiadania czytnika.

      Usuń
  7. jakby to... no dobra, jestem inna niż Ty, co już dawno zostało ustalone, a teraz się tylko potwierdza. i może na tym poprzestane :):):), nie krzycz prosze:):):):)

    OdpowiedzUsuń
  8. Również nie pałam miłością do bestsellerów. Dlatego zgadzam się ale tylko po części. Mówisz, że dobra książka obroni się sama - oczywiście, ale bez odpowiedniej reklamy potencjalne grono jej odbiorców niebotycznie spada, ba możliwe, że nikt spoza najbliższego otoczenia autora jej nie przeczyta, więc nawet nie będzie miała okazji się obronić. Wszystko co wiąże się z pisaniem - nawet blogi - bez odpowiedniej promocji nie odniesie sukcesu. Jesteśmy skazani na natarczywe reklamy.
    Ostatnia książka tego typu jaką przeczytałam to "Dziewczyna z pociągu" nie była najgorsza, ale po kolejną pozycję autorki - również rozdmuchaną marketingowo - już nie sięgnęłam. Wolę własną metodę.
    Ależ masz regularność pisania ostatnio ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeszcze jedno. Moim zdaniem, największą szkodę, jaką można zrobić książce to przemianować ją na lekturę szkolną.

    OdpowiedzUsuń
  10. mody są na ogół krótkotrwale - wystarczy przeczekać i zdecydować się na wzięcie do ręki, kiedy już piana opadnie

    OdpowiedzUsuń
  11. Też jak Anna nie mam awersji do "polecanych" książek, ale Cię rozumiem. Mam tak w dziedzinie mody.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Często jednak reklamowany tytuł pozwala dobrą książkę odnaleźć w śród tysięcy innych. Ja się przeważnie nie uprzedzam, ale kupuję dopiero, kiedy mam czas na przeczytanie. Bo nie lubię, kiedy mi potem książki nie czytane zalegają miesiącami na półce. Mam akurat taki czas, że głównie praca, a książki - po parę kartek przed snem. Nie dokupuję, czekam aż przeczytam to wszystko, co zgromadziłam.

    OdpowiedzUsuń
  13. Rozumiem Twoja awersję do "okrzyczanych" książek, gdyż reaguję identycznie. U nas nachalną reklamą robi się krzywdę nie tylko literaturze. Jak jakiś aktor(aktorka) zabłyśnie, to w niedługim czasie jest obsadzany niemal we wszystkich powstających filmach, staje się prowadzącym popularne programy. Dochodzi do tego, że boimy się otworzyć lodówkę, by i z niej nie wyskoczyła osoba będąca na fali popularności. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń