czwartek, 29 marca 2018

466. Każdemu według potrzeb


Tym, którzy mają co świętować, życzę beztroskiego świętowania.
Tym, którzy nie mają – żeby się wyspali, zresetowali, wypoczęli i mieli w czasie wolnym wszystko w głębokim poważaniu, jako i ja uczynić zamierzam.
Pozostałym (są tacy?) – żeby nie upadali na duchu, bo mogą wybić zęby.
Wszystkim (z wyjątkiem dwóch idiotek) – słodkiego, miłego życia, bo w sumie dlaczego by nie?




poniedziałek, 26 marca 2018

465. W moim magicznym domu... (VI)


Jedna z trzech części internatu, ta z prawej strony (patrząc od frontu), przeznaczona była na mieszkania służbowe dla nauczycieli i innych pracowników oświaty. Wiem tylko z opowiadań, że jeszcze przed moim urodzeniem cała rodzina mieszkała na drugim piętrze. Nie mam pojęcia, kogo mieli za sąsiadów i czy w ogóle ktoś jeszcze tam mieszkał. Za mojej bytności w internacie, idąc na strych pod dachem, mijało się drzwi prowadzące na korytarz drugiego piętra zamknięte na stałe, gdyż już wtedy zostało ono wyłączone z części służbowej i zamieszkiwali je uczniowie.
Lubiłam towarzyszyć babci w wyprawach na strych, gdy wieszała lub zdejmowała pranie. Poddasze rozciągało się na całej długości budynku. Było ciemne, zakurzone, pełne pajęczyn, tajemnicze. Jedyne światło, jakie wpadało do środka, wpuszczane było do środka przez okienka dachowe i otwory po brakujących gdzieniegdzie dachówkach. Chętnie błąkałam się pomiędzy murowanymi kominami i grubymi, drewnianymi słupami konstrukcyjnymi podtrzymującymi dach, pilnując jednak, aby trzymać się babci w bezpiecznej odległości i nie zapędzić się samodzielnie zbyt daleko. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu oświetlone promykami słońca. Przyglądałam im się zafascynowana, mimowolnie ucząc się na pamięć zapachu świeżego prania. Na drzwiach prowadzących na strych znajdowała się tabliczka z zakazem wchodzenia z otwartym ogniem. To wtedy właśnie od babci dowiedziałam się, że pajęczyny są łatwopalne i mogą stać się przyczyną błyskawicznego pożaru.

Pod tym dachem znajdował się strych
Zajmowaliśmy mieszkanie na pierwszym piętrze. Wiodły nań schody, które do dzisiaj jeszcze śnią mi się od czasu do czasu. Sen o starym domu jest zawsze piękny. Na samym dole, dokładnie na wprost drzwi wejściowych, oddzielone drewnianą poręczą na metalowej balustradzie, znajdowały się schody biegnące w prawo, prowadzące w dół, do piwnicy. W pierwszych, najdawniejszych latach, nasza piwnica mieściła się w zupełnie innej części internatu – tej najbardziej od nas oddalonej. Szło się do niej wąskim chodniczkiem tuż pod ścianą środkowej części, osłoniętym trawnikiem i żywopłotem. Znacznie później babcia urządziła sobie na kawałku tego samego trawniczka niewielki ogródek. Do piwnicy wchodziło się bliźniaczym do naszego wejściem, ukrytym w załomie budynku, tuż przy placyku kończącym ślepą uliczkę przed śmietnikiem. Schody do piwnicy również wiodły w dół. Pamiętam tę najstarszą piwnicę jak przez mgłę. Znajdowała się w niej między innymi wiklinowa klatka po Tutusiu, ostatniej z dynastii papużek falistych.

Ja z tamtych czasów na tle "części środkowej"
Po prawej stronie od wejścia do naszej klatki schodowej, powyżej kilku stopni biegnących na parter, usytuowane były drzwi prowadzące do korytarza. Jako dziecko nigdy sama tam się nie zapuszczałam – co najwyżej szłam z babcią do którejś z sąsiadek. Minąwszy parter, wchodziło się po schodach prosto na nasze piętro. To prawie nie do uwierzenia, ale po dzień dzisiejszy pamiętam proste kształty topornej, kutej balustrady pomalowanej olejną farbą. We wnętrzu dłoni pozostała jeszcze pamięć jej chłodnego dotyku. Po wykończonej drewnem, wyślizganej od gładzenia rękami poręczy nie dało się zjeżdżać – najeżona była sterczącymi co kawałek kuleczkami nasadzonymi na trzpienie.

Czujne oko babci w oknie kuchennym
Skręcając w lewo, schody wiodły dalej na górę, po prawej zaś stronie rozpościerał się dobrze znany, bezpieczny, mój własny świat, oddzielony od reszty budynku zamkniętymi na stałe drzwiami. Gdybym jakimś cudem znalazła się dzisiaj w naszym korytarzu, zapewne zdziwiłabym się jego rozmiarem. Rzeczy, ich kształty i proporcje zmieniają się wraz z dorastaniem człowieka. Wtedy jednak korytarz wydawał mi się bardzo długi i szeroki. Wielkie tafle ciemnego lastriko oddzielone były od siebie szczelinami wypełnionymi ołowianoszarymi fugami i wyznaczały odcinki, spośród których każdy miał w moich oczach jakieś znaczenie: należał do ziemi niczyjej, do sąsiadów, do kuchni, do pokoju, odgradzał strefę niebezpieczeństwa (a więc ostatnią część za naszym pokojem, do której nigdy nie odważyłam się wejść) od tej własnej, bezpiecznej, której każdy centymetr znałam na pamięć.
Dźwięki kroków mamy w stukających pantoflach, mojego skrzypiącego wózka dla lalek z drewna i wikliny, hałaśliwie toczonego po podłodze, nawet przekręcania klucza w trzaskającym zamku – wciąż rozbrzmiewają w moich uszach, jakbym usłyszała je przed chwilą. Ciekawe, czy ktoś jeszcze oprócz mnie je pamięta...
Wchodząc w korytarz, mijało się dwa mieszkania sąsiadów. Nasze, trzecie z kolei, składało się z kuchni, łazienki i dwu pokoi. W tamtych czasach było dla mnie zupełnie naturalne, że do poszczególnych pomieszczeń wchodziło się oddzielnie, prosto z korytarza, za każdym razem zabierając ze sobą klucz. Może to niemożliwe do uwierzenia, ale pamiętam wygląd zamków, kształty kluczy i grube, metalowe, zespawane w jednym miejscu kółko przy tym otwierającym pokój dziadków...

piątek, 23 marca 2018

464. Maroko: kot, piraci i złośliwe dżiny


Kasba al-Udaja w Rabacie jest miejscem pełnym uroku. Prowadzi do niej Bab Udaja – jedna z najcenniejszych bram Maroka, wybudowana z kamienia w 1195 roku za panowania Jakuba al-Mansura.


Wzdłuż murów kasby ciągnie się promenada pełna spacerowiczów.




Kasba w Rabacie jest właśnie tym miejscem, w którym przed wiekami założono ufortyfikowany klasztor ribat, od którego wzięła się nazwa miasta. Tutaj rzeka Bu Rakrak uchodzi do oceanu, a nieopodal znajdowała się zdradliwa mielizna, która zapewniała raj piratom. Pozostałością po ich siedzibie jest labirynt biało-niebieskich zaułków, w których kompletnie straciłam głowę z powodu zachłyśnięcia kolorystyką.












W plątaninie uliczek znaleźliśmy dom ozdobiony zachowanym oryginalnym ceramicznym wizerunkiem kota i tabliczką z napisem Dar Baraka, co w przybliżeniu znaczy jako „dom błogosławieństwa”. Otóż zamieszkało tam niegdyś małżeństwo, które miało kota. Ów kot znalazł ukryty w domu skarb piratów, dzięki czemu rodzina się wzbogaciła. W dowód wdzięczności wobec kota ozdobili domostwo jego podobizną.




Wędrując uliczkami kasby dotarliśmy do miejsca, w którym mury tworzą coś w rodzaju tarasu widokowego, skąd można podziwiać zarówno ocean, jak i miasto.





Natknęliśmy się też na takie oto ciekawe drzwi.


Wieczorem wyszliśmy z hotelu na spacer, ale nie wzięłam ze sobą aparatu ani pieniędzy. Po mrożących krew w żyłach przestrogach co do medyny, w której pobliżu zamieszkaliśmy, nie odważyliśmy się przekroczyć jej murów i nie zapuszczaliśmy się w żadne niebezpieczne rejony. Mimo to w nocy śniło mi się, że złośliwe dżiny uniosły mnie razem z łóżkiem niemal pod sufit i kołysały, z niecnym zamiarem zrzucenia mnie z niego. Krzyczałam przez sen, więc córka budziła się i szarpnęła mnie z pytaniem: „Mamo, co ty robisz?!”. Odebrałam to jako personalny atak wrednego dżina, który zdecydował się mnie udusić i tak mnie to zestresowało, że w końcu się obudziłam.

To narzuta z mojego hotelowego łóżka - fascynująca!

A to hotelowy hol



niedziela, 18 marca 2018

463. ***


Istnieją na świecie ludzie, którzy nie powinni byli nigdy się urodzić.
Chodzące pomyłki natury. Ludzie-odpady. Ludzie-tła. Ludzie-spierdoliny. Tacy jak ja.
Po co znaleźli się na tym najgorszym z możliwych światów? Nie wiadomo. Ale jeden jest z ich istnienia i cierpienia pożytek na pewno: pozostali mogą się cieszyć, że nimi nie są.
„- Ostańcie z Bogiem, ludzie kochane”
(W. S. Reymont, Chłopi)

piątek, 16 marca 2018

462. Poprzeczka


Pamiętam takie wydarzenie z okresu studiów. Był to koniec lat osiemdziesiątych, okres mozolnego wygrzebywania się z kryzysu ekonomicznego w naszym kraju. Usilnie poszukiwałam wtedy ładnej apaszki. Codziennie łaziłyśmy z koleżanką Blondyną po mieście, wchodziłyśmy do każdego sklepu, penetrowałyśmy targowiska. Apaszki oczywiście były, ale jakoś żadna nie wpadła mi w oko albo, jeśli nawet miała ładny wzór, to zupełnie nie pasował mi kolor. I pewnego dnia ujrzałam JĄ. Wisiała wyeksponowana na jednym ze stoisk na rynku wokół hali targowej. Ktoś przywiózł ją z zagranicy. Stanęłam jak wryta i kontemplowałam. Była wielka i zupełnie inna niż wszystkie, bardzo dobra gatunkowo i… kosztowała bebechy. Musiałam świecić zachwyconym obliczem na całe województwo, bo sprzedająca zaoferowała mi nawet jakiś upust. Cóż z tego, jeśli wciąż była to cena zaporowa? W stosunku do innych apaszek ta kosztowała około dziesięciokrotnie więcej. Z bólem serca zrezygnowałam z tak absurdalnego zakupu.
Z uczuciem pewnego przymusu kontynuowałam poszukiwania, choć entuzjazm jakoś mi oklapł. Kilka dni później zdecydowałam się na zakup pewnego w miarę przyzwoitego znaleziska.
- Nie rób tego – powiedziała wtedy mama. – Cokolwiek teraz kupisz, nie będzie ci się podobało. Będziesz zawsze myśleć o tamtej.
- To co mam zrobić? Zostać zupełnie bez apaszki?
- Nie. Powinnaś kupić tę, która ci się tak podoba, nawet jeśli wydasz wszystkie swoje pieniądze.
Posłuchałam rady i okazała się najlepszą na świecie. Całe szczęście, że z powodu odstraszającej ceny nikt nie sprzątnął mi sprzed nosa mojej chustki. Mam ją do dzisiaj – już 30 lat. I choć w tej chwili za grosze można kupić prawdziwe cuda, one już tak nie cieszą.
Pamiętam o tym, żeby nie rezygnować z tego, czego naprawdę pragnę na rzecz zamienników, bo to zawsze będą tylko ersatze, a to nieprawda, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
A jednak zdarzyło mi się w życiu pójść na kompromis z samą sobą i oczywiście się to na mnie zemściło.
Mój brat zawsze twierdzi, że jestem wymagająca i mam bardzo wysoko ustawioną poprzeczkę, zwłaszcza w stosunku do mężczyzn. Mimo to obniżyłam ją kiedyś, wychodząc za mąż. Popełniłam coś w rodzaju mezaliansu, a powinnam była trzymać się swoich „wytycznych”. Nie zrobiłam tego, poszłam na ustępstwo przed samą sobą, bo byłam zakochana – i dostałam za swoje.
Napisałam o tym dlatego, że sporo mówi się o sztuce kompromisów. Pewnie to niepopularny pogląd, ale uważam, że kompromis to zło. Pójście na ustępstwa zawsze wiąże się z niezadowoleniem.

piątek, 2 marca 2018

461. Ogródek (V)

Za siatką od strony śmietnika rozpościerał się teren nie należący do szkoły, ograniczony bulwarami, ulicą i trzypiętrowym blokiem stojącym prostopadle do niej. Znajdował się tam plac zabaw, który nazywaliśmy „ogródkiem”.


Tutaj znajdował się "ogródek"

Dziś nie ma śladu nie tylko po "ogródku", ale i po zieleni - prokuratura zamieniła to miejsce w swój parking
Byłam dzieckiem podwórkowym i spędzałam tam mnóstwo czasu, głównie na huśtawkach i zjeżdżalni, najczęściej z Andrzejem, z którym w podstawówce chodziłam do jednej klasy (moją wielką miłością i pierwszym chłopakiem), jego siostrą Anią i nielicznymi dziećmi z najbliższej okolicy. Najstarsza spośród nas była kędzierzawa Ewa z wieżowca, która trochę nam matkowała. Huśtawki stały mniej więcej w połowie placu, nieopodal piaskownicy, między dwoma drzewami. Jedna pomalowana była na czerwono, druga – na zielono. Czerwone było również okalające je ogrodzenie. Były solidne, duże, stalowe i miały wygodne, przestronne, drewniane siedziska. Zazwyczaj i tak huśtaliśmy się na stojąco, „z dobijaniem”, to znaczy tak wysoko, że kąt wychylenia przekraczał 90 stopni, a pręty, na których była zawieszona huśtawka, uderzały w górną poprzeczkę. Na spokojnym osiedlu, zamieszkanym w przytłaczającej większości przez ludzi starszych, dzieci była zaledwie garstka, dlatego kolejek do huśtawek nie było w ogóle. Często okupowałam je sama bądź z Andrzejem. Na biegnącej wokół barierce „przewijałyśmy się” z innymi dziewczynkami do przodu i do tyłu lub zwisałyśmy jak nietoperze, zamiatając włosami podłoże. Nikt z nas nigdy nie spadł z huśtawki ani z żadnego innego przyrządu, nikt nie rozbił sobie głowy ani nie skręcił karku.


Przed tymi drzewami (mniejszego jeszcze wtedy nie było!) stały huśtawki, na których spędzałam mnóstwo czasu. Po prawej stronie widać jeszcze narożnik piaskownicy, w której prawie nigdy się nie bawiłam.
Drugim najczęściej używanym urządzeniem była wysoka zjeżdżalnia o wąskich, stromych, drewnianych schodkach. W kierunku piaskownicy zjeżdżało się pochylnią żółtą, w przeciwnym – niebieską. Nie wiem, dlaczego, ale zawsze wolałam tę żółtą. Zwyczajne zjeżdżanie było nudne, dlatego wymyślało się różne zabawy, spośród których najbardziej lubiliśmy „ściganego na zjeżdżalni”. Zasady były te same, co na ziemi, stopień trudności podnosiła tylko konieczność ganiania po schodkach i szybkiej ewakuacji z góry na dół, czasem niemożliwej ze względu na kłębiący się na górze tłumek oczekujących na zjazd.


Między drzewem a tą malutką choineczką znajdowała się zjeżdżalnia
Z huśtawek dostępna była jeszcze potężna belka, zwana przeze mnie „belkowaną” oraz cztery konie w uproszczonej wersji (długie, metalowe rury z siedziskami na końcach, działające na zasadzie równoramiennej dźwigni). Nie przepadałam za „belkowaną”, gdyż do huśtania była niewygodna. Można było usiąść na niej okrakiem lub bokiem, ale nie było czego się przytrzymać i gdy została rozhuśtana, jeździło się po całej długości z narażeniem rąk i siedzenia na powbijanie drzazg. Czasem najlepiej było ewakuować się, zeskakując w biegu. Najprzyjemniej było huśtać się siedząc lub stojąc na jednym z dwóch końców, bo tam można było trzymać się rur. Wariant stojący charakteryzował się możliwością dodatkowego urozmaicenia: można było zawiesić się na uchwytach, podkurczając nogi i huśtać się na rękach w kierunku przeciwnym do ruchu belki. Tak robiłam najchętniej.
Na huśtawkach „koniowych” bawiłam się rzadko, bo do tego potrzeba było dwojga, na dodatek o zbliżonej wadze. Byłam przeważnie cięższa od wszystkich i tylko z Agatą z bloku przy ogródku potrafiłyśmy szaleć na „koniowych” godzinami. Huśtałyśmy się coraz szybciej i „z podbijaniem”, które polegało na tym, że gdy jedna z nas mocno odpychała się nogami i jechała w górę, druga z impetem opadała na dół, z całej siły waląc w ziemię. Towarzyszył temu zazwyczaj podskok na siedzisku tej na górze. Układałyśmy przy tym złośliwe wierszyki i piosenki o starszym bracie Agaty, Zbyszku, którego przezywałyśmy „żabą w okularach”.
Ogródek posiadał także piaskownicę, z której jednak praktycznie nie korzystałam. Do grzebania w piachu służyła mi wyłącznie ta na terenie internatu, do której uczniowie skakali w dal. Była dużo większa i nikt – poza mną i Maćkiem – jej nie zajmował.



W ogródku mieliśmy do dyspozycji trzy karuzele: jedną tradycyjną, z kolorowymi krzesełkami (od strony bulwarów), dwie zaś (czerwona przy piaskownicy i błękitna pod murem garaży) do jazdy na stojąco, z rurkami do trzymania. Podczas gdy ta pierwsza była dość niewygodna w użyciu (ktoś musiał nią poruszać, a była duża, ciężka i krzywo osadzona), dwie ostatnie nastręczały dużo więcej możliwości. Nawet w pojedynkę łatwo było je rozpędzić, odpychając się nogą od podłoża. Gdy stawało nas kilkoro, nadawaliśmy jej taką prędkość, że ledwo dało się stawić opór sile odśrodkowej. Można było wybrać rozmaite warianty: stać przodem lub tyłem do środka, kucnąć lub usiąść na drewnianej podłodze, zamieniać się miejscami w czasie jazdy albo – trzymając się jedną ręką – półleżeć, zamiatając drugą powietrze.


Tutaj - w miejscu, gdzie widać rozrośnięte tuje - znajdowała się duża karuzela krzesełkowa

Pod murem garaży stała mała karuzela do szaleństw
Chętnie bawiłam się także na drabinkach za zjeżdżalnią. Jedne służyły do „przewijania się” i wspinania, drugie – do bardziej urozmaiconych ewolucji. Rekordy czarnowidztwa biła Hela, która – patrząc na moje wyczyny – przewidywała wszystkie możliwe nieszczęścia od rozbicia głowy po skręcenie karku. Nigdy wszak nie wyrządziłam sobie najmniejszej nawet krzywdy.


Tu mieściły się moje ulubione drabinki do przeróżnych ewolucji