piątek, 27 kwietnia 2018

471. U dziadków (VIII)


Chcąc przejść do któregoś z pokoi, należało wyjść z kuchni zabierając ze sobą klucz. Pamiętam oba zamki: zazdrościłam dziadkom, że mają taki nowoczesny (Łucznik), zamontowany w górnej części drzwi, z niewielkim, płaskim kluczem i dużym, spawanym kółkiem zamiast breloczka. Klucz do naszego pokoju był starodawny, zwyczajny, w kształcie rurki zakończonej z jednej strony ząbkami, a z drugiej elipsowatym uchwytem. Otwierał zwykły, pionowy zamek umieszczony pod klamką.
Po drugiej stronie korytarza, patrząc od kuchni, nieco po skosie i w głąb, znajdował się pokój dziadków. Na samym początku mieszkali w nim chyba we czwórkę – z dwoma wujkami, braćmi taty. Tych czasów jednak nie pamiętam. Wujek Najstarszy, ożeniwszy się z ciocią Elą, wkrótce wyprowadził się do Kielc. Drugi pokój zajmowaliśmy my – moi rodzice i ja. Oba przylegały do siebie i połączone były drzwiami, które jednak zostały na stałe zamknięte. Pamiętam wygląd i proste, skromne urządzenie każdego z nich.
U dziadków, obok zwyczajnej szafy, w przeszklonej biblioteczce dźwięczącej szybami od drżeń ruszających się klepek parkietu, stały w nierównych szeregach stare książki. Na leżance wujek Drypa ćwiczył stanie na głowie, a ze mną „radziecki samolot”. Babcia i dziadek spali na szerokim, podwójnym i ciężkim łóżku z okrągłym wałkiem u wezgłowia. Jego skrzynia pełniła funkcję swojego rodzaju schowka. Wypełniona była książkami, które nie zmieściły się na półkach, dodatkową pościelą, workami z zimowymi ubraniami, butami i innymi rozmaitościami.
Był jeszcze niski, podłużny kredens na wysokich nóżkach, z przesuwanymi drzwiczkami o metalowym, pionowym wgłębieniu-uchwycie. Babcia trzymała w nim odświętny serwis, szklanki, literatki i kieliszki. Na środku stał stół, zawsze przykryty serwetą lub haftowanym krzyżykami bieżnikiem. W kącie po prawej stronie, na tle zasłon okiennych w rudo-zielone wzory kojarzące mi się z powyginanymi strąkami fasoli, umiejscowiony był telewizor. Najpierw stał na okrągłym stoliku, później na dziwnym meblu – ni to szafce, ni to stoliku z półką na dole. Boki tego mebla miały wycięte kwadratowe otwory, a przez wywiercone dziurki przewleczone były żyłki mające chyba tworzyć rodzaj ozdoby. Pierwszym telewizorem był mały „Neptun” z ekranem o obłym kształcie. Z przodu nałożoną miał soczewkę, która powiększała obraz. Wyglądała jak gruba tafla błękitnawozielonego szkła. Wujek Romek, którym był marynarzem, przywiózł ją dziadkom aż z Japonii. Po Neptunie przyszła kolej na „Lazuryt”. Po poprzedniku wydawał się szczytem nowoczesności. Pod telewizorem, na dole, stało dziwne urządzenie: drewniana skrzyneczka ze sterczącym czarnym pstryczkiem, który należało przestawiać w opcji góra-dół w zależności od tego, czy chciało się włączyć, czy wyłączyć telewizor. Najbardziej fascynowało mnie pomarańczowe światełko w oprawie o kształcie oka. Gdy gasło, zwężało się do pionowego paska jak źrenica kota albo węża. Dopiero po upływie czasu zrozumiałam, że był to zasilacz, a jeszcze później tato wytłumaczył mi, że w internacie często spadało napięcie i był konieczny, żeby telewizor działał. Powyżej, w kącie za zasłoną, zawieszony był biały, podłużny kinkiet, który włączało się wieczorem na czas oglądania telewizji.
Na parapetach babcia rozstawiała gliniane doniczki, w których sadziła pestki daktyli. Gdy wykiełkowały, kilka z nich oddała do kwiaciarni w wieżowcu przy ulicy Obrońców Stalingradu, a kilka pozostało w domu. Patrzyłam, jak rosną wąskie, ostre liście i dziwiłam się, że tak wolno im to idzie. Jedna z palm została z babcią do końca. Była już naprawdę duża, sięgała prawie sufitu.
Solidny, drewniany parkiet w sosenkę przykrywał zielony wiskozowy dywan. Taki sam, tylko w kolorze brązowym, leżał na podłodze w naszym pokoju.


To ten kredensik, a na nim świecznik zrobiony przez tatę z prętu zbrojeniowego. Wystroiłam się jak stróż w Boże Ciało - w błękitny kapelusz plażowy mamy, w morską sukienkę, której kołnierzyk wystawał spod granatowego swetra. Reszta ukryła się pod maminą spódnicą maxi w mocno zróżnicowanych kolorach.


niedziela, 22 kwietnia 2018

470. Jak nie sprzedałam dziecka


Niedaleko od mauzoleum tyrana Moulaya Ismaila znajduje się sklep i warsztat (takie przybytki funkcjonują często jako dwa w jednym: miejsce, w którym wytwarza się i jednocześnie sprzedaje pozyskane towary), gdzie produkowane są ręcznie wyroby ze stali szlachetnej inkrustowanej srebrem.


Rzemieślnik, którego raczej powinno nazywać się artystą, wykonuje tam misterną robotę. W stalowych przedmiotach ryje precyzyjnie rowki, w które wkłada srebrny drut.




Spod jego palców wychodzą cuda – od bibelotów po stoliki.






W sklepie można było nabyć również innego typu artykuły i pamiątki.





Na stare miasto prowadzi przepiękna, monumentalna Bab al-Mansour, jedna z najbardziej okazałych bram w całym Maroku. Została wybudowana na zlecenie sułtana Moulaya Ismaila w 1732 r.


Marokanki pod Bab al-Mansour
Nazwa tego wspaniałego zabytku pochodzi od nazwiska jej architekta. Był nim podobno chrześcijański niewolnik, który przeszedł na islam i zdobył wpływy na dworze. Brama została misternie ozdobiona stiukowymi i zellidżowymi ornamentami.






Pewien oryginalny element stanowią w niej autentyczne rzymskie kolumny, które zostały zrabowane z Volubilis – starożytnego miasta rzymskiego.


Nie byłoby medyny (mekneska w 1996 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO) bez suku – arabskiego targowiska.


Ten w Meknes zapisał się na kartach historii epizodem znaczącym dla mnie – tutaj usiłował odkupić ode mnie córkę pewien młody Marokańczyk, który sprzedawał nam okulary słoneczne. Oferował pieniądze (w euro!) i wielbłąda. Transakcja nie doszła do skutku, ponieważ proponowane zwierzątko jest droższe i bardziej kłopotliwe w utrzymaniu niż moje mało wymagające dziecko.



Sam suk jest – jak wszystkie inne – niezwykle barwny. Fascynowały mnie niezwykłe kopczyki przypraw, usypywane w kolorowe piramidy.



Sterty ciasteczek typu miód z cukrem, lukrem i czekoladą nie robiły na mnie większego wrażenia, bo za nimi nie przepadam.



Pobyt w Meknes został zwieńczony obiadem w restauracji. 




Podano oczywiście tadżin, to znaczy danie ugotowane w tradycyjnym, glinianym naczyniu z „kominkiem”. Podstawę stanowi kuskus, a reszta jest kwestią przepisu lub fantazji – może być z samymi warzywami lub z warzywami i mięsem. Najgorsze w całym marokańskim jedzeniu były dla mnie (podobnie jak w innych egzotycznych krajach) przyprawy, które mi śmierdzą i psują cały smak.


Marokańczycy piją hektolitrami koszmarną herbatkę miętową. Jest potwornie słodka, bo oni lubią takie ulepy, a mięta marokańska jest podobno dwa razy mocniejsza od naszej. Podaje się ją w małych, ozdabianych kolorowymi szlaczkami szklaneczkach wielkości naszych literatek, żeby można było pić kilka razy.


Herbatka koniecznie musi mieć piankę, dlatego trzeba umieć ją nalewać, podnosząc czajniczek najwyżej jak się da. Jestem pełna podziwu dla tych, którzy z tej wysokości trafiają strumieniem wrzątku do tych maluśkich naczynek.


Natomiast za diabła nie wypiję niczego, co zalatuje zielskiem i marokańska herbatka jawi mi się jako wyjątkowe świństwo. Jedynie moje dzieciątko, z genem najwyraźniej spaczonym przez tatusia, zapijało się tym paskudztwem z błogością wymalowaną na obliczu. Mnie podobały się tylko tradycyjne czajniczki, w których parzy się to obrzydlistwo i nawet sobie taki kupiłam.



czwartek, 12 kwietnia 2018

469. Pijawka, czyli o złudności pozorów


Dołączyło toto do nas siedem miesięcy temu.
Wyglądało toto jak półtora nieszczęścia. Wiek nie od określenia, ale ogólny ogląd sprawy dawał wrażenie, że toto plasuje tak gdzieś między sześćdziesiątką a setką. Staroświecka fryzura (skręcona trwałą ondulacją grzyweczka, nieokreślonej długości reszta podpięta z tyłu klamerkami i wsuwkami), okulary w przedpotopowej oprawie, bure adidasy do czarnych dzwonów, wzrok dziki, szata plugawa… dopełniały całości.
- Jak toto bidne poradzi sobie w tym tyglu wypełnionym po brzegi hienami, szakalami i rekinami ludojadami? – szeptano po kątach i myślano litościwie na widok kaczo-pingwiniego kroku.
Tymczasem toto bidne zabrało się do wchodzenia w kontakty towarzyskie z werwą, o jaką nikt by go nie podejrzewał. Po dżungli pełnej drapieżników i dusicieli poruszało się (mimo kaczo-pingwinowatości) z zadziwiającą swobodą, tylko wybory, których dokonywało, zaczęły wydawać się zastanawiające. Podczas gdy przez ponad pół roku nie zdołało przyswoić imion, nazwisk ani nawet skojarzyć po twarzy znakomitej większości współpracowników, do innych przystartowało z niewymuszoną swobodą i błyskawicznie dokonywało wymiany numerów telefonu i adresów mailowych „na wszelki wypadek”. Ofiarą jednego z takich wyborów padłam ja. Toto bidne przy bliższym poznaniu natychmiast zyskiwało, okazując się wygadane, dowcipne jak szczypiorek na wiosnę, niezależne, samorządne, samofinansujące się… No, w każdym razie dużo bardziej rozgarnięte niż by na to wyglądało.
W ten oto prosty sposób przekonałam się po raz kolejny, że pozory mylą i Ameryki przy tym nie odkryłam. Toto Bidne zyskało imię, nazwisko, płeć, a nawet osobowość.
Nad wyraz częste przejawy sympatii, którą Toto wyraźnie do mnie zapałało, zdumiewały mnie początkowo, no ale w końcu ja taka fajna jestem, że nic dziwnego, wzniecam miłość od pierwszego wejrzenia i już, bo tak mam.
Toto, niezbyt rozgarnięte w sprawach komputerowych (kto poza węglem kamiennym i innymi kopalinami jest dzisiaj nierozgarnięty komputerowo?!) często prosiło mnie o drobną pomoc, przysługę lub wręcz o zrobienie czegoś. No a ja, taka litościwa duszyczka z dobrym serduszkiem, cierpliwie tłumaczyłam, pokazywałam, pomagałam, przyjmowałam i oddawałam drobne przysługi w postaci wykonania za Toto Bidne czegoś, z czym nijak poradzić sobie nie umiało. Przecież w końcu pomagać trzeba, z ludźmi żyć i w ogóle. Tylko czasem telefony wykonywane przez Toto Bidne do mnie więcej niż siedemnaście razy dziennie (plus życzenia imieninowe gratis, mimo że imienin nie obchodzę) o najrozmaitszych porach, zaczęły budzić we mnie niepokojąco małostkowe zniecierpliwienie. Owa małoduszność wynikała z faktu, że telefon dzwonił w nader urozmaiconych okolicznościach mojego życia – od dźwigania siatek z zakupami we wszystkich kończynach i dodatkowo w zębach przez pogrążenie w głębokim śnie aż po defekację. A ja taka miła, kulturalna i grzeczna jestem, to odbierałam za każdym razem mimo przeciwności losu. Jeżeli telefonu z jakiejś przyczyny nie usłyszałam od razu, to zawsze w zgodzie z nakazami elementarnej przyzwoitości oddzwaniałam.
Zdziwiła mnie kiedyś Góralka, która – na widok mojego telefonu z wyświetlającym się numerem Toto Bidnego – oświadczyła, co następuje:
- Topielica już nie odbiera i dostaje drgawek na widok Toto Bidnego.
Czyżby małodusznych było pośród nas więcej?
Przyszedł czas, gdy pobudzenie, wodowstręt, drgawki, paraliż, niedowłady i ślinotok z sardonicznym grymasem pospołu zaczęły dopadać i mnie. Przypadkiem zawsze wtedy, ilekroć na wyświetlaczu pojawiła się informacja: „Toto Bidne dzwoni”. Bowiem traf jakiś zadziwiający sprawił, że każdorazowo informacja ta pokrywała się z miliard dziewięćset osiemdziesiąt sześć milionów dwieście czterdzieści trzy tysiące siedemset pięćdziesiątą trzecią prośbą o* (*wstawić dowolne). Apogeum objawów zyskałam, gdy Toto Bidne zaczęło dysponować mną jak moje babcie służącymi. Różnica polegała na tym, że ja się na służbę do Toto Bidnego nie najmowałam.
Trzęsienie ziemi wykonałam w dniu, gdy tuż przed jak najbardziej planowym wyjściem z pracy usłyszałam (żeby nie było nieporozumień – od nikogo z szefostwa, a od Toto Bidnego) słowa:
- Zapomnij, że stąd wyjdziesz. Tylko tym masz klucz do Hipertajnego Pomieszczenia, a ja potrzebuję rozłożyć się w nim z robotą.
- Do której mianowicie? – zapytałam czując, jak mój organizm zaczyna osiągać temperaturę wrzenia.
- A może i do 22.00. Siostry moje przyjdą mi pomóc.
Była 16.30. Nozdrzami buchnął mi kłąb pary.
- Góralka, co jest, do kurwy nędzy? – wykonałam natychmiastowy telefon do przełożonej.
- Każ jej spadać na drzewo – pokrzepiła mnie zwierzchniczka w osobie Góralki. – Ma do dyspozycji pierdylion pomieszczeń, a poza tym co ona ma do roboty w Hipertajnym Pomieszczeniu i to jeszcze z obcymi na terenie Placówki?
Z ulgą posłałam Toto w diabły i poszłam do domu, co oczywiście w najmniejszym stopniu nie zapewniło mi spokoju. W oczekiwaniu na kolejne dowody sympatii podkręciłam potencjometr asertywności. Jak myślicie, długo trzeba było czekać? Ależ oczywiście, zgadliście. Za parę dni jak gdyby nigdy nic Toto Bidne wystartowało do mnie z kolejnym pomysłem.
- Zrobiłaś dla mnie to i tamto?
- Jakie to i tamto?
- No przecież Klejnot Ciemnogrodu miała cię poinformować, że masz mi zrobić to i tamto! Zakładam, że się komunikujecie?
- Nie – kapnęłam słodyczą. – Źle zakładasz. A tak na marginesie, rzuć okiem z łaski swojej… Mam tu taką karteczkę, o proszę… zakres obowiązków, za który mi płacą. Widzisz gdzieś punkt „odpierdzielanie roboty za Toto Bidne”?
Nie odezwało się słowem. Oddaliło się z godnością kaczo-pingwinim krokiem, z wzrokiem dzikim, w szacie plugawej… Ludziska! Już trzy dni, jak do mnie nie dzwoni i uniki towarzyskie robi!
A ja po raz drugi w tym samym wypadku wyważam otwarte drzwi i nie mogę się nadziwić, jak to pozory mylą…

piątek, 6 kwietnia 2018

468. W babcinej kuchni (VII)


Po prawej stronie korytarza znajdowało się moje najulubieńsze miejsce w całym domu: kuchnia. W niej koncentrowało się przez cały dzień życie rodzinne i towarzyskie.


W rzeczywistości były to trzy połączone ze sobą, niewielkie pomieszczenia. Bezpośrednio z korytarza wchodziło się do malutkiego przedpokoju. Na prawo od wejścia całą szerokość ściany zajmował wieszak z haczykami o okrągłych, kolorowych główkach. Przeżywał permanentne oblężenie, bo na nim właśnie przez większą część roku cała rodzina przechowywała wszystkie swoje okrycia wierzchnie. Ile razy dziadek dawał mi do zjedzenia surową cebulę, pożerałam ją zachłannie, a potem biegłam do przedpokoju, aby wtulić się w wiszące ubrania i otrzeć załzawione oczy.
Na wprost drzwi od korytarza wchodziło się do podłużnej łazienki ze zwykłymi, białymi kafelkami. Za ustawioną wzdłuż ściany po prawej wanną, przy samym oknie, znajdował się biały sedes z czarną deską. Spust od spłuczki starego typu hałasował w charakterystyczny sposób tak, że spuszczanie wody słychać było na całym piętrze. Nad wanną babcia myła naczynia. Lubiła wygrzewać ręce w bieżącej, gorącej wodzie ogrzanej przez termę z pomarańczowym światełkiem, regulowaną brązowym pokrętłem w kształcie kapelusza. Jeszcze kilka tygodni temu śniło mi się, że kąpałam się w naszej starej łazience, w tej samej głębokiej wannie.

To zdjęcie zostało zrobione w łazience - jedyne z tego pomieszczenia, jakie mam
Naprzeciw sedesu, na półkach wąskiego regału poupychane było obuwie i różnego rodzaju szpargały, takie jak pasta do butów, rozmaite szczotki, sznurki, spinacze do bielizny, szwarc, mydło i powidło. Tam też, na najniższej półce, znajdowały się moje skarby – zabawki, z którymi wychodziło się na zewnątrz: błękitne „wiadero” w białą kratkę, sitko do przesiewania piachu, foremki, rząd kolorowych kaczuszek z drewna, które kręciły łebkami ze specyficznym trajkotaniem, gdy ciągnęłam je za sobą na sznurku.

Błękitne "wiadero" było moim nieodłącznym atrybutem



W łazience często zamykał się młodszy brat taty zwany Drypą (do zamykania drzwi służył metalowy haczyk), żeby pograć na gitarze. Było to pewnie jedyne miejsce w przeludnionym mieszkaniu, gdzie mógł znaleźć azyl. Grał i śpiewał, a babcia mawiała wówczas, że „Drypa wyje”. Jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Może to złudzenie, a może czasy były inne, bo wszyscy byli jakby mniej nerwowi niż dziś. W tej samej łazience, siedząc na sedesie, nauczyłam się od A do Z tabliczki mnożenia z tylnej okładki błękitnego zeszytu w kratkę. Na brzegu wanny przysiadała często Hela, żeby przełknąć w pośpiechu talerz zupy lub pierogów, którymi ją poczęstowano. Na drzwiach, od wewnętrznej strony łazienki, wisiała biało-granatowa trzepaczka do dywanów, którą babcia żartobliwie nazywała „Nervosolem”. Z uśmiechem straszyła mnie nią kompletnie niewiarygodnie, gdy marudziłam albo robiłam się nieznośna, mówiąc: „na nerwy najlepszy jest Nervosol!” Poza dywanem wszakże nigdy nie trzepnęła nią nikogo.
Drzwi z lewej strony przedpokoju były zawsze otwarte. Prowadziły do kuchni, która była wąska, podłużna, ciasna i zawsze pełna.

Ja w kuchni
Najluźniej było przed południem, gdy rodzice szli do pracy, a wujek Drypa do swoich zajęć. Zostawaliśmy w trójkę: babcia, dziadek i ja. Hela przychodziła nieco później. Gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły, większość wolnego czasu spędzałam właśnie w kuchni. Babcia i dziadek krzątali się przy gotowaniu obiadu, a ja, na końcu kiszkowatego pomieszczenia, rozkładałam na parapecie z lastriko swoje ulubione zabawki: duże, drewniane klocki przechowywane w starej, beżowej torebce mamy i plastikowe zwierzątka. Budowałam dla nich domy i ogrody, układając w głowie całe historie. Z upodobaniem zarysowywałam też całe bloki rysunkowe komiksami własnego pomysłu, a mama dziwiła się, że chociaż znosi do domu tony papieru, tak szybko znikają. Zapadła mi w pamięć również ulubiona kolorowanka – przejmująca historia o misiu, który wypadł przez okno pociągu. Na szczęście świadkami tego zdarzenia byli dzielni harcerze i oddali zabawkę dziecku, które je zgubiło. Lekcji starannego malowania udzielał mi tato.


Bawiąc się w kuchni, od czasu do czasu spoglądałam w okno. Wiosną i jesienią widać było przez nie uczniów grających w piłkę na boiskach za żywopłotem, skaczących w dal do piaskownicy lub biegających na czas po wysypanej żużlem bieżni. Czasem, gdy dziadek gotował na kuchence podłączonej do butli gazowej parującą zupę, a babcia rozwałkowywała na stole ciasto na pierogi, rysowałam palcami na „zachuchanych” szybach rozmaite wzory. Babcia niby to pokrzykiwała, że zostawiam tłuste ślady łap, ale kto by brał na poważnie jej gderanie? Nigdy nie gniewała się naprawdę i tylko udawała groźną. Na zimę dziadek i tato zakładali dodatkową parę skrzydeł okiennych. Na samym dole narastał od wewnątrz pasek grubego lodu, a mróz malował na całych szybach fantazyjne wzory. Wytrwałym chuchaniem udawało mi się zrobić okrągłe okienko na świat, a wtedy mogłam godzinami stać i patrzeć na padający śnieg. Wszystko, co znajdowało się za moimi plecami, tchnęło ciepłem, bezpieczeństwem i beztroską: nakręcany śmiesznym kluczykiem drewniany zegar z metalowymi wskazówkami i rzymskimi cyframi wiszący nad stołem, malutka lodówka, kredens-żyrafka, dziadkowe pobrzękiwanie przykrywkami, błękitny dymek z papierosa osadzonego w lufce.

W kuchni
Latem, z nosem rozpłaszczonym na szybie, wypatrywałam deszczu i błyskawic. Nigdy nie czułam lęku, lecz fascynację kształtem rozdzierających niebo błyszczących, pomarańczowych i niebieskich gałązek. Popołudniami, bez względu na porę roku, kuchnia wypełniała się ludźmi. Wracali z pracy rodzice i wujek Drypa ze swoich zajęć, schodzili się sąsiedzi (najczęściej gruby Pan Em o jajowatej głowie albo Pani Em), przybywały na telewizję Hela i Iza. Bywało, że przynosiłam z łazienki swój nieśmiertelny biały nocnik i po cichu sadowiłam się na nim w kąciku między łazienką a drzwiami prowadzącymi do kuchni. Przesiadywałam w ten sposób mnóstwo czasu, z przyjemnością słuchając, o czym rozmawiali dorośli. Na pupie odgniatały mi się czerwone kółka, ale wstawałam dopiero wtedy, gdy ktoś przypomniał sobie o mnie i ponaglił. Było ciasno, biednie, siermiężnie i głośno, ale tamta kuchnia, tamte zwyczajne popołudnia i wieczory, pełne gwaru i nieskrępowanego śmiechu, to jedno z moich najdroższych wspomnień.



wtorek, 3 kwietnia 2018

467. Maroko: święty tyran


Bogata historia królewskiego miasta Meknes – dzisiaj prowincjonalnego miasteczka i oazy spokoju, a niegdyś gwarnej stolicy Maroka – sięga VIII wieku, kiedy to powstała w tym miejscu pierwsza ufortyfikowana osada. W X wieku przybyło w te strony berberyjskie plemię Meknassa i stąd miasto wzięło swoją nazwę. Otaczają je majestatyczne, najstarsze w Maroku mury obronne z 24 bramami, wzniesione w okresie od XII do XV wieku. Jedna z nich – Bab Barrima – znajduje się w pobliżu słynnych stajni jednego z najokrutniejszych władców Maroka.

Bab Barrima


Znowu drzewa różańcowe


Za rządów tyrana Moulaya Ismaila (na przełomie XVII i XVIII wieku) miasto zostało rozbudowane i przeobraziło się w stolicę. Władca słynął z bestialstwa. Miał 500 żon i nałożnic oraz niezliczoną armię dzieci, z którymi obchodził się równie bezwzględnie jak z niewolnikami. Nadmiar córek likwidował dusząc je, a synów karał za przewinienia obcinaniem kończyn. Toczył wojny z wszystkimi sąsiadami, brał jeńców i zmieniał ich w niewolników, których wykorzystywał jako darmową siłę roboczą. Mówi się, że zabijał tych, z których pracy był niezadowolony lub którzy nie mieli już siły pracować, ich krew kazał mieszać z materiałami budowlanymi, a ciała zabudowywać w murach.


Moulay Ismail dążył do tego, aby dorównać Ludwikowi XIV, dlatego rozbudował wystawny pałac na wzór francuski i z tego powodu miasto nazywane bywa „Wersalem Maroka”. Sułtan oświadczył się francuskiej księżniczce, spotkał się jednak z odmową. Zdaje się, że tym lepiej dla księżniczki.
Świadectwem ówczesnego bogactwa są słynne stajnie mieszczące... 12 000 koni!


Połowa z nich stała zawsze osiodłana i w każdej chwili gotowa do walki, druga połowa odpoczywała – i na odwrót. Oprócz boksów dla koni w obrębie obiektu znajdował się basen zasilany wodami górskimi (na wypadek, gdyby doszło do oblężenia) i olbrzymie spichlerze, obliczone na wykarmienie tylu zwierząt i rzeszy ludzi pracujących przy obsłudze stajni. Były one wyposażone w doskonały system wentylacyjny, co sprawiało, że nic się w nich nie psuło.

Zbiornik wodny

Jeden ze spichlerzy - w sklepieniu widać otwór stanowiący część systemu wentylacji

Stareńkie sprzęty

Zabytkowe drzwi



W ruinach stajni kręcono niektóre sceny do filmu Gladiator. Stanowią one niesamowity zabytek – rozmiary zachowanego obiektu, w tym ciągnące się bez końca rzędy boksów – dają wyobrażenie o jego ogromie.




W pobliży stajni stoi „wybrakowany” Pomnik Sprzedawcy Wody – symbol biedy i pustego brzucha.


Mimo złej sławy, jaką okrył się sułtan, jest on czczony niemal na sposób religijny. Do jego grobu ciągną po barrakę (błogosławieństwo) rzesze pielgrzymów, a ze względu na istnienie mauzoleum Moulaya Ismaila miasto traktowane jest jak święte.


Mauzoleum to jest jednym z nielicznych obiektów tego rodzaju (miejsc świętych islamu), do którego może wejść niemuzułmanin. Do wewnątrz prowadzi rzeźbiona brama...





...za którą znajduje się dziedziniec z fontanną, wyłożony oczywiście mozaiką zellidż.





Wnętrze prezentuje się bardzo bogato.

Cudne, pokryte stiukowymi ornamentami wnętrze z cedrowym, intarsjowanym sklepieniem

Stiuki w mauzoleum


Intarsjowane, cedrowe drzwi


Groby sułtana i jego synów


Nieopodal mauzoleum znajduje się podwójna Brama Sułtańska.