środa, 6 czerwca 2018

474. Nasz pokój (IX)


Ciekawe, czy ktoś jeszcze – poza mną – pamięta potworny dźwięk specyficznego skrzypienia drzwi naszej szafy... Pod prostokątnym lustrem, umieszczonym na ich wewnętrznej stronie za pomocą czterech plastikowych uchwytów, znajdowała się drewniana półeczka-szufladka na drobiazgi. Leżały w niej grzebienie i wsuwki do włosów. Wnętrze szafy podzielone było na pół. Z lewej strony mieściły się półki na ubrania, z prawej, na metalowej szynie biegnącej w głąb mebla, na uchwytach z kremowego tworzywa w kształcie odwróconej łezki, zawieszało się wieszaki. Na dnie szafy tato trzymał powiększalnik "Beta" i inne akcesoria do wywoływania zdjęć.


(Zdjęcie z Internetu)
W górnej części szafy umieszczona była półka, gdzie – oprócz apaszek, rękawiczek i worka z lokówkami – stały trzy charakterystyczne pojemniki. Dwa z nich stanowiły puszki po cukierkach, kukułkach albo landrynkach: turkusowoniebieska i czarna pokryte ozdobną siateczką z niektórymi prostokącikami wypełnionymi kolorem albo deseniem.





W puszkach znajdowały się igły, nici, agrafki i haftki.



Trzecim pojemnikiem było małe, okrągłe pudełeczko z twardej tektury po zagranicznym pudrze, zdobne w puszki do nanoszenia makijażu. Przez lata w jego wnętrzu utrzymywało się wspomnienie pudrowego zapachu. Mama trzymała w nim guziki. Z niewiadomej przyczyny nadałam mu nazwę „Bala” i tak już zostało. Było to moje ulubione pudełeczko.



Babcia także miała u siebie swoją puszkę. Ogromnie mi się podobała – była niska, okrągła i złota, z drobnym rzucikiem na wierzchu.



Wersalka rodziców miała zielone obicie, a fotele Chierowskiego, które dostali w prezencie ślubnym, pokryte były tapicerką w okropnym, buraczkowym kolorze.


(Zdjęcie z Internetu)
Mama na tym okropnym fotelu. Pod stołem widać fragmenty kartonowego pudła - trzymałam w nim zabawki. Panował w nim nieustający bałagan. Lewy brzeg zdjęcia to jednocześnie brzeg naszej potwornie skrzypiącej szafy.
Stały przy podłużnej ławie, pod której blatem mieściła się długa półka wykonana z obłych szczebelków. Poza gazetami i książkami niewiele dało się na niej położyć, bo przedmioty drobne lub wąskie wypadały pomiędzy szczeblami.

Zdjęcie z Internetu
U wezgłowia wersalki stała nocna lampka na wysokiej nodze, o dziwacznym, podobnym do zdeformowanej rury, białym kloszu ze szkła. Włączało się ją i wyłączało pociągnięciem sznureczka dyndającego u podstawy klosza. Oprawa żarówki miała pod spodem sześć okrągłych, zapewne służących ozdobie, dziurek. Gdy rodzice szli do dziadków na telewizję, a ja kładłam się spać, zostawiali lampkę zaświeconą. Jeśli chorowałam, mama zasłaniała klosz ręcznikiem, żeby nie raziło mnie światło.


To ta okropna lampka nocna (po lewej stronie)
Pewnego dnia klosz został nareszcie stłuczony (dziś nie dam głowy, czy osobiście nie przyłożyłam do tego ręki) i zastąpiony żółtym, plastikowym abażurem z brązowym rzucikiem. Był tandetny i obiektywnie brzydki, ale to właśnie jego bardzo lubiłam. Dawał ciepłe, żółte światło, które budziło we mnie poczucie bezpieczeństwa i błogości. Można go było przechylać w dowolny sposób, czytać w świetle lampki lub sprawić, by nie raziła przy zasypianiu.
Zanim dostałam nowiutki, czerwony tapczan w kolorową kratkę, przez wiele lat spałam w drewnianym, pomalowanym na biało dziecięcym łóżeczku. Mimo że od początku swojego istnienia byłam duża, było to możliwe, ponieważ łóżko miało – można powiedzieć – gigantyczne rozmiary. Jeden z dłuższych boków był otwierany – w połowie wysokości miał zawiasy i górna część odchylała się na zewnątrz. Zamykała się na podłużne, wysuwane zameczki. Dzięki temu mogłam swobodnie wchodzić i wychodzić bez niczyjej pomocy.



Na ścianie nad łóżeczkiem wisiała niewielka, gliniana płaskorzeźba – głowa Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Nie wiem, skąd pochodziła i kto ją tam zawiesił. Nawet jeśli nie było mi wygodnie, uparcie zasypiałam na prawym boku, zwrócona przodem do ściany. Bałam się, że Matka Boska obrazi się, gdy odwrócę się do niej tyłem.

42 komentarze:

  1. Jesu, jakie te meble i lampy byly obrzydliwe! Moi rodzice mieli podobne i ja nienawidzilam ich jak zarazy. Zanim kupili mi wersalke, spalam na dwoch podobnie pokracznych fotelach przysunietych jeden do drugiego siedzeniami. Rodzice mieli jeszcze, a wlasciwie maja do tej pory takie naczynie-ikebane, z dziurkowana wkladka, gdzie kwiaty wsadzalo sie wlasnie do tych dziurek. A wszystko to w typowym dla lat 50-60 dizajnie. Ohyda! Acha, szafa tez skrzypiala przy otwieraniu i zamykaniu (czy oni nie umieli tego naoliwic?), ale byla 3-drzwiowa. Byla jeszcze biblioteczka, na dole zamykane szafki, wyzej ksiazki za szklem. I byl telewizor Szmaragd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówiąc szczerze, gdy patrze na dzisiejszą modę, to te rzeczy współczesne wcale nie są dużo lepsze.

      Usuń
  2. Miałam takie pudełka, i te w kratkę, i te z rzucikiem na wieczku. One chyba były po landrynkach. Nie pamiętam za to wszystkich mebli. A lampa była dość wysoka, abażur (też pomarańczowo-ciepły) był na takim uchylnym wysięgniku. W ferie stawiałam ją przy stole w pokoju i tam przede wszystkim czytałam co w ręce wpadło. Pod stołem zaś siedziałam w trakcie meczów siatkówki w Montrealu i kiedy nasi wygrywali to tak podskakiwałam, że obiłam sobie czubek głowy o ten stół.I z tegoż powodu jestem w ciemię bita :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, to nie wina stołu... Już wcześniej musiało Ci się coś stać, skoro oglądałaś mecze :)))))

      Usuń
  3. To nasi ojcowie mieli podobne zainteresowania, mój należał nawet do sekcji fotograficznej w domu kultury i brał udział w wystawach.
    Takie fotele mieli jeszcze moi teściowie, a lampka u nas była ze stoliczkiem.
    Guzikami bawiłam się u dziadków, bo babcia była krawcową i gdy dostawała od znajomych worek guzików, pomagałam nadziewać je na druciki według kolorów. To były czasy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Głównym hobby mojego taty był pilotaż - akrobacje sportowe. Potem dał spokój, gdy mama wierciła mu dziurę w brzuchu, bo miała dość denerwowania się, czy mu się coś nie stanie.

      Usuń
    2. A widzisz, mój marzył by zostać pilotem, ale w czasie wojny ukrywał się z dziadkami w piwnicy i gdy wyszli zimą na słońce po kilku dniach w ciemności uszkodził sobie oko...

      Usuń
    3. Mój wujek po udziale w powstaniu warszawskim stracił wzrok, gdy wyszedł z kanałów po zbyt długim przebywaniu w ciemności.

      Usuń
  4. Pamietam taka czarna puszke!!!!!
    Dwa takie fotele byly tez u nas, wygodnie sie w nich siedzialo, obicia tez zmieniane wlasnorecznie co jakis czas, a porecze i nogi ponadgryzala nasza sunia Diana.
    Tefotele to teraz bardzo modne sie staly :)
    Powiekszalnik i reszta osprzetu staly w piwnicy, do ktorej schodzilo sie z kuchni. Byla sucha i ciepla, a odbitki robilismy z kolegami (o dziwo, w wieku 17-18 lat z tymi kolegami w ciemnej piwnicy NIC sie nie robilo, oprocz odbitek!!!!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te fotele miały taką zaletę, że były lekkie.

      Usuń
  5. Nosz kurczę, napisałam komentarz i poleciał sobie w kosmos :( a byłam pierwsza ;)
    Jako, że jesteśmy w tym samym wieku, to ja też pamiętam takie rzeczy z dzieciństwa. Czarna puszka była po landrynkach, u mojej babci stała i zawsze jakieś cukierki się tam znajdowały - przypomniałaś mi o niej ....
    Takie złote pudełko miała moja druga babcia, trzymała tam różne krawiecka akcesoria.
    Fotele - jasne, że były. Miały tylko inne obicie, chyba zielone.
    Ehhhh, tyle wspomnień, w sumie te rzeczy znowu aż tak brzydkie nie były - moim zdaniem ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W każdym razie dziś jest multum równie brzydkich - i brzydszych :)

      Usuń
  6. Mam taką samą "złotą" puszkę! I słomianka na ścianie kiedyś była. A teraz co Ikeja i Ikeja tylko wszędzie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raz w życiu skusiłam się na zup mebla z Ikei i żałuje do dzisiaj. Takiego badziewia świat nie widział.

      Usuń
  7. Coś jest w puszkach!!! Moja córka po babci zażyczyła sobie właśnie puszkę. Sporą, kwadratową, w której babcia trzymała zdjęcia.
    Twoje puszki też przypominam sobie, były super schowkami.
    Wraca moda na meble z peerelu. Fotele, wygodne, lekkie, małe, akurat do m3!
    Czy to są brzydkie rzeczy? Bo stare? Nie!!! Miały swój urok! Do dziś potrafią się podobać!
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim nie są takie badziewne jak współczesne, które rozlatują się po kilku użyciach.

      Usuń
  8. Ja się chyba wyłamię gdyż ...lubię stare meble. Może z wyjątkiem lamp, a w zasadzie kloszy bo te wg mnie były ohydne po prostu. Posiadam starą, trzydrzwiową szafę z lustrami (przemalowaną gdyż kolor mi nie odpowiadał), stare fotele (zmieniłam im tylko tapicerkę) i starą, wielką toaletkę. Nie zamieniłabym ich za cholerę na obecnie modne.
    Nie znosiłam organicznie wręcz, jedynie tzw meblościanek. Dla mnie to zawsze były koszmarki ;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Taką złotą puszkę mieliśmy przez wiele lat gdzieś schowaną w szafie, a i teraz nie dam sobie głowy obciąć, czy gdzieś się dalej w domu nie chowa. Fotele Chierowskiego teraz w modzie, wystarczy zmienić obicie i robi się w domu trendy :) Skrzypiąca szafa trzydrzwiowa nadal stoi w pokoju mojej babci na piętrze.

    Świetny ten Twój tekst przywołujący wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo - ten Chierowski wlókł się za mną jak nieszczęście. Rodzice dali mi te fotele po 25 latach ich użytkowania, mój mąż zmienił tapicerkę na równie ohydną, choć w innym kolorze, aż wreszcie z prawdziwą satysfakcją - sprzątając po małżeństwie - wyniosłam je do śmietnika.

      Usuń
    2. Kurcze, a ja o takim marzę! :D Ale nie w nowym domu, bo trudno tu kocią kuwetę zmieścić. Trochę mnie przeniosłaś w świat rupieci mojego domu rodzinnego. dzieciństwo przypadło mi na przełom 70/80 i jeszcze takie różne cuda w domu były, chociaż widzę jak powoli się z domu rodziców wynoszą.

      Usuń
    3. Gdybym przewidziała to te ileś tam lat temu, to bym Ci sprezentowała i to obydwa. ale tez wiem - jako posiadaczka kocich kuwet - że są pewne priorytety. Najpierw kuweta, potem fanaberie :)

      Usuń
  10. Ja też lubię stare meble.Zarówno dziadkowie,jak i rodzice mieli pięknie urządzone domy.I w tamtych czasach było to możliwie,chyba jak zawsze rzecz w dobrym guście, poczuciu estetyki:)Myślę,ze teraz jest o wiele więcej tandety,badziewia made in China,wszelkich sztuczności i koszmarnego wzornictwa.W takiej puszce po landrynkach niektórzy trzymali kasę:)Tu jednak widzę zdecydowanie wyższość współczesnych "plastykowych pieniędzy" nad zwitkiem banknotów w puszce po cukierkach.:)
    Pozdrawiam serdecznie.
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio mam całkiem sporo przemyśleń na temat "plastikowych pieniędzy" i trzymania środków w banku. Więcej z tego kosztów niż zysku...

      Usuń
  11. Ha, jak my to wszyscy pamietamy, wszedzie takie same meble, albo starsze albo nowoczesniejsze, ale mniej wiecej to samo, bo nie bylo w sklepach zadnego wyboru przeciez. Z puszkami to mam tak, ze sama je gromadze i zapelniam. Chlop tez do rodziny wniosl kilka fikusnych puszek na pierdoly i rozne inne drobiazgi. Teraz w Dubaju na przyklad tez kupilismy ciastka tylko dlatego, ze byly w fajnej puszce :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Puszki mają w sobie coś takiego, że chce się je mieć :)

      Usuń
  12. Piękne wspomnienia z dzieciństwa, które w czytelniku też budzą wspomnienia. Moje się właśnie obudziły... to były czasy !!! Nie napisałaś jeszcze, że przy łóżku obowiązkowo wisiała słomianka ( mata ze słomy ). Przynajmniej u mnie tak było. Wieszaliśmy na niej proporczyki, widokówki i plakaty. A z tych foteli to z moim bratem robiliśmy namiot i naszą bazę, wcześniej wywracając je na podłogę i zakrywając kocami. Nie było idealnego porządku, ale czuliśmy się szczęśliwie :)) Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać, u mnie ta słomianka była, ale nie po to, żeby na niej cokolwiek wieszać. Po prostu stanowiła ochronę ściany. Lubiłam wyjmować z niej źdźbła słomy, za co rodzice mnie ochrzaniali :)

      Usuń
  13. Meble tamtych czasów były najczęściej albo odziedziczone po rodzinie, albo kupione gdzieś okazyjnie, a rodzice cieszyli się, że w ogóle taką okazję złapali. A być może i podobały im się inne rzeczy, niż nam. Jako dziecko nie interesowałam się wystrojem naszego pierwszego ani drugiego mieszkania. To była sprawa rodziców. Dopiero przy wyborze mebli do mojego pokoju w mieszkaniu już w bloku brałam częściowo udział. I potem te meble służyły mi przez cały czas życia u rodziców. A od czasu, kiedy się wyprowadziłam już nie mieszkałam nigdy u rodziców. Obecnie pożegnałabym się z większością tamtych rodzicielskich mebli a jest dość ludzi, którzy je chętnie odkupują i robią sobie pokoiki PRL, bo akurat dobrze się czują w tych klimatach.
    Moi rodzice też mieli kilka takich puszek na skarby. Do dziś się niektóre zachowały. Zresztą w czasach, gdy kupienie zwykłego pojemnika na cukier czy kawę graniczyło z cudem, to były najczęściej zdobyczne albo podarowane przez kogoś puszki.
    Mój kumpel np. przez lata zbierał puszki po piwie. Miał tym zastawnioną na trzy poziomy całą swoją szafę!
    Już wtedy tego nie rozumiałam.
    Miałam taką samą matę na ścianie, co Ty. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, mnie wystrój mieszkania też wisiał i powiewał - dzieci nie myślą o takich rzeczach, przyjmują status quo za naturalny. Dziś też milsze mi wspomnienie tamtych skrzypiących drzwi od szafy niż myśl o tym, że w nielubianej kuchni mam gołą żarówkę.

      Usuń
  14. Powiększalnik - to były czasy ! Nieprzespana noc pełna radosnych chwil, gdy wywoływałem zdjęcia. Toż to był cały rytuał. Nie tak jak dzisiaj - cyk i już wszystko wiadomo. Nie wyszło, to jeszcze raz, drugi, trzeci. Wtedy radością było zdobycie rolki kliszy na 36 zdjęć. Jedna klisza na całe wakacje. Dzisiaj bywają dni, gdy wypstrykam i 1000 zdjęć.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy cyfrowi cierpią na tę samą chorobę :)

      Usuń
  15. ta ostatnia złota puszka jest po chałwie... już nie pamiętam dokładnie w jakich latach taką chałwę można było kupić, nie pamiętam też dobrze, skąd ją sprowadzano... chyba z Soyuza, gdzie wyrabiano ją w południowych republikach, ale pewności nie mam...
    natomiast te wszystkie pudełka były bardzo cenne, gdyż nie istniała żadna IKEA, czy coś w tym guście, pełna pudełeczek i pojemników na różne drobiazgi albo sypkie artykuły spożywcze... w sklepie można było kupić sobie co najwyżej mydelniczkę...
    kukułki... pycha... jeszcze nie tak dawno kupowało się je na wagę luzem, wpychało się je do dzioba po kilka na raz... a teraz każda w osobnym papierku, bo Unia - srunia i takie tam bzdety... całą frajdę mi popsuli...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popsuli też smaki!
      Dzięki za chałwę, nie wiedziałam, po czym to!

      Usuń
  16. Bez względu na Twój sentyment, ja dostaję ciarek na samo wspomnienie mebli z tamtych czasów. Za to mile wspominam secesyjne meble mojej babci. Były tak samo nie funkcjonalne ale w jakiś sposób intrygujące swymi kształtami. Niestety zżarły je korniki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niefunkcjonalne miało być razem ;)

      Usuń
    2. Mój sentyment wiąże się raczej z latami dzieciństwa, a nie z meblami - dzieci nie patrzą na umeblowanie, tylko biorą świat, jaki jest.

      Usuń
  17. Zauroczył mnie Twój wpis. Powiało nostalgią i sama przeniosłam się w lata, które minęły. Otworzyłam moją szufladę, z której wyfrunęły wspomnienia.
    Może w moim ostatnim wpisie trochę napisałam niezrozumiale, jak to czasem bywa. Ale moim zdaniem, nikogo nie osądzam za poglądy i gusta....
    Pozdrawiam zapachem kolorowego groszku z mojego balkonu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ismeno, dobrze wiem, że nie osądzasz, tylko po prostu nie rozumiem, co wspólnego ma obłuda z takim czy innym gustem.

      Usuń
  18. Puszka nr 2 - mieliśmy identyczną :) fotel też. ACHA!! Wtedy każda szafa skrzypiała !!!

    OdpowiedzUsuń
  19. noi puszki lubię do dziś - wtedy mama chowała przed nami landrynki krówki i nne dobroci ze strzyżowskiej Roksany

    OdpowiedzUsuń