środa, 27 czerwca 2018

478. Sąsiedzi (X)


Z opowiadań wiem, że gdy nie było mnie jeszcze na świecie, na parterze mieszkali z dwoma synami państwo Es. Nie mam pojęcia, które mieszkanie zajmowali. Jeden z ich synów utonął później w nieznanych mi okolicznościach. Pani Es uczyła w szkole muzycznej gry na fortepianie, jej mąż zaś był wizytatorem Kuratorium Oświaty. Gdy pojawiłam się w internacie, państwa Es już tam chyba nie było.
W czasach, które pamiętam, na parterze, zaraz po lewej stronie korytarza od wejścia (a więc na jego początku), mieszkali państwo Ce z córką i synem. Jej nie pamiętam w ogóle (prawdopodobnie była już poza domem, na studiach medycznych), jego – doskonale, starszych państwa – jak przez mgłę, przy czym panią Ce lepiej.
Idąc dalej w głąb korytarza, mijało się mieszkanie państwa Em. Z ich dziećmi bawiłam się na podwórzu. Zwłaszcza Włodek, jako niewiele ode mnie starszy, był częstym uczestnikiem wspólnych zabaw, bo Joanna była zbyt „dorosła”, aby się z nami zadawać. Pamiętam dobrze wygląd Włodka: był wysoki, chudy, ciemnowłosy i miał takie same krzaczaste brwi jak jego ojciec. Rysy Joasi zupełnie zatarły się w mojej pamięci. Podobnie pamiętam pana Em, ale jego żony już nie. Za ich mieszkaniem znajdowały się środkowe, podwójne drzwi wiodące na zewnątrz, w tamtym okresie zamknięte na stałe. Między pierwszymi, wahadłowymi a zewnętrznymi, zamkniętymi na klucz, umiejscowione były schody liczące sześć albo siedem stopni. Na tych schodach bawiliśmy się czasem – nie za często, bo niekiedy przeganiała nas stamtąd babcia, zapewne w obawie, abyśmy zbytnim hałasowaniem nie zakłócali spokoju sąsiadom, częściowo zaś dlatego, że sama strefa obcego korytarza napawała mnie rodzajem respektu pomieszanego z pewną dozą lęku.
Na samym końcu mieściło się mieszkanie państwa Cz Pamiętam dość dobrze twarze całej piątki: farbowanej na ciemny kasztan pani Cz z dyndającymi w uszach złotymi kolczykami i z charakterystycznym sposobem mówienia podobnym do seplenienia, a także łysiejącego pana Cz, ich syna Fredka i dwie córki, Martę i Grażynę. Byli to już dorośli ludzie.


Państwo Cz w swoim mieszkaniu na parterze, a między nimi moja mama
Pierwsze piętro stanowiło teren swojski i dobrze znany. Jako pierwsze mijało się mieszkanie sąsiada, którego praktycznie nie znałam, jedynie widywałam z daleka, gdy przemykał do siebie tuż koło schodów. Zapamiętałam go jako postawnego, łysawego mężczyznę w nieokreślonym wieku. Nie wiem, czy utrwalił mi się jego prawdziwy obraz, miałam z nim bowiem najmniej do czynienia. Dziadek przezwał go (ze względu na chód – stawiał stopy do środka) „Kosiarką” i tak już zostało. Nie pamiętam, aby ktoś mówił o nim inaczej.
Drugie z kolei mieszkanie zajmowali najbliżsi nam sąsiedzi – Zofia i Józef Ma. Oboje stoją mi przed oczami jak żywi i nie ma w tym niczego dziwnego. Ich twarze i głosy utrwaliły mi się najdokładniej, bo też najwięcej czasu z nimi spędziłam. Raz jedno, raz drugie wpadało na chwileczkę, na słówko, na pięć minut – i chwile te wydłużały się w całe godziny. Lubiłam te sąsiedzkie odwiedziny, bo to, że coś się działo, stanowiło dla kilkuletniego dziecka atrakcję. Pani Ma nikt nie nazywał „panią Zosią”, podobnie jak o jej mężu nie mówiło się „pan Józef”, lecz właśnie tak: „pani Ma” i „pan Ma”, a dorośli pomijali najczęściej „panią” i „pana”.


W pokoju państwa Ma podczas wesela ich córki. Po lewej od drzwi pan Ma, obok niego państwo Cz. Po prawej od pana Ma moi rodzice. W białej koszuli stoi ich zięć. U góry po lewej, na szafie, wypchana sowa, której nie znosiłam.
Państwo Ma mieli trójkę dorosłych dzieci: Zygmunta, Adama i Marię. Ta ostatnia mieszkała początkowo z rodziną w Dębicy, później zaś przeprowadziła się do Rzeszowa.


Pani Ma ze swoją córką w dniu jej ślubu, a obok moja mama
Właśnie ze względu na jej wizyty spędziłam w mieszkaniu sąsiadów Ma bardzo dużo czasu. Mieli bowiem wnuczkę Joasię (i młodszego od niej wnuka Tomka), z którą od najmłodszych lat uwielbiałam się bawić. Można powiedzieć, że była to pierwsza w moim życiu przyjaciółka. Mówiłam do niej „Joa”. Zostawała u swoich dziadków na wakacje, ferie zimowe i przy wielu innych okazjach. Byłyśmy nierozłączne i mogłyśmy przebywać ze sobą bez końca. Od czasu do czasu kłóciłyśmy się zawzięcie, a wtedy natychmiast zaczynałyśmy kombinować, jak by tu się pogodzić. Godzinami bawiłyśmy się w domu lalkami albo na górze, pod strychem – w księżniczki uwięzione przez złego czarownika. Na podwórku rozkładałyśmy zabawki na kocu albo grałyśmy w gumę. W zimie przetarłyśmy niezliczoną ilość śnieżnych szlaków na górce na bulwarach i przejechałyśmy kilometry na łyżwach.
Sam koniec korytarza stanowił strefę niedostępną, niebezpieczną, do której nigdy się nie zapuszczałam. Granicę wyznaczała tuż za naszym pokojem linia łączenia płyt ciemnego lastrico. Mieściło się tam mieszkanie państwa Pe, pozostających w tajemniczym dla mnie konflikcie z pozostałymi mieszkańcami piętra. Być może zresztą nie było żadnego konfliktu, ale tym bardziej nie istniała żadna zażyłość. Pamiętam jedynie, że o Pe nie mówiło się w ogóle albo bez sympatii. Nie utrzymywaliśmy z nimi żadnych kontaktów. Najstarsza z rodziny, zwana „starą Pe”, była staruszką noszącą na głowie chustkę w rodzaju tych, w jakich chodzą wiejskie baby. W moich oczach jawiła się niczym Baba Jaga z baśni braci Grimm, zwłaszcza, gdy przechodziła korytarzem, szepcząc pod nosem sama do siebie. Zupełnie nie pamiętam jej syna. Synowa była tlenioną blondyną z kokiem, o dość ordynarnej urodzie i pracowała jako salowa w szpitalu. Państwo Pe mieli dużego, czarnego psa o gładkiej sierści, na którego wołali Joy. Był grzeczny, niehałaśliwy i nikomu nie robił krzywdy. Podobał mi się, ale nigdy go nie dotknęłam. Należał do zakazanej strefy.

50 komentarzy:

  1. Jednym zdaniem bardzo mi podpadlas. A tak poza tym to bardzo fajna retrospekcja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to bardzo interesujące! Uwielbiam podpadać. Dawaj, które to zdanie, bo pęknę z ciekawości!

      Usuń
    2. "...była staruszką noszącą na głowie chustkę w rodzaju tych, w jakich chodzą wiejskie baby."

      Usuń
    3. Czyli byli w konflikcie bo pochodzili ze wsi??? A synowa pracowala jako salowa to tez podpada, no bo przeciez kamienica zamieszkana przez panstwo chrabiostwo, to jak tak mozna, otoczenie zasmiecac.
      Tak to zrozumialam.

      Usuń
    4. Bardzo dziwnie to wszystko odebrałaś. Opisałam obiektywne fakty, tak jak je zapamiętałam i to wszystko. Nie wiedziałam wówczas, czego dotyczył konflikt, a potem mnie to nie interesowało. Dziadkowie już nie żyją, więc ich nie zapytam, mogę spróbować z rodzicami. Tym niemniej gotowa byłam wymyślić najbardziej nieprawdopodobne teorie (bo nie mogłam się doszukać zdania-podpadziochy), ale na coś podobnego (to znaczy na zło czające się w chustce) w życiu bym nie wpadła.

      Usuń
    5. Mnie tylko slowa "wiejskie baby" nie podobaja sie, ale kazdy ma prawo mowic jak chce :)
      Ja nie uzywam slow wiejska baba, wiesniara, chlop, w odniesieniu do ludzi ze wsi, bo w tych slowach brzmi nutka lekcewazenia.

      Usuń
    6. No to mnie zlinczujcie, trudno, jestem wcieleniem zła, bo nazywam rzeczy po imieniu.

      Usuń
    7. E tam zlinczowac, szkoda wysilku i sznurka! Badz sobie takim wcieleniem zla, jeden czarny charakter w galaktyce :)

      Usuń
    8. To słabo - jeden na galaktykę stanowczo nie wystarczy.

      Usuń
    9. Drugi. Pierwszy to zawsze i niedwolalnie Darth Vader :-)))

      Usuń
    10. Ale ja nie znam gościa, nie był uprzejmy mi się przedstawić. To co, liczy się czy nie?

      Usuń
  2. Ciekawe, że w każdym domu, bloku, wieżowcu są zawsze jacyś ludzie skonfliktowani z wszystkimi innymi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że są wszędzie?

      Usuń
    2. No pewnie, przynajmniej tak wynika z różnych opowieści dawnych i aktualnych...

      Usuń
    3. Próbowałam namierzyć takich w mojej klatce, ale chyba nie ma.

      Usuń
    4. To się ciesz, masz widocznie fajnych sąsiadów:-)

      Usuń
    5. Bo ja wiem? W sumie tylko jednych znam dobrze, resztę na "dzień dobry" albo w ogóle.

      Usuń
  3. Bardzo niedawno musiało to być, bo Baby Jagi dopiero niedawno przeprowadziły się do miast.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyslalas mnie tym postem do krainy wspomnien. Pamietam wszystkie nazwiska sasiadow z domu, ktory przed wojna zbudowal moj pradziadek, a mieszkalam tam w latach 1959-1975, wiec znowu nie tak dlugo. Kiedy rodzice dostali w koncu mieszkanie w bloku, nigdy nie poznalam nazwisk tamtych sasiadow, znalo sie kilka z najblizszych pieter, reszta byla i jest do dzis anonimowa. Tutaj znam ludzi z naszej klatki, bo to raptem 6 rodzin, i chyba 2 czy 3 osoby spoza. Reszta znana z widzenia. Minely czasy, kiedy zycie sasiedzkie kwitlo, zarowno w domach, jak i przed nimi, gdzie wszyscy sie znali, pilnowali nawzajem dzieciakow, pozyczali przyslowiowa szklanke cukru. A jakie masz stosunki z sasiadami w domu, w ktorym teraz mieszkasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze starymi sąsiadami z naprzeciwka nadal wymieniamy się szklanką cukru. Resztę znam na "dzień dobry" albo w ogóle.

      Usuń
  5. Mieliście szczęście i trafiliście na normalnych sąsiadów ...
    A te młode dziewczyny na zdjęciach - śliczne babeczki :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak konkretnie to które dziewczyny na których zdjęciach? Bo na wszystkich trzech jest moja mama plus na jednym jeszcze córka pani Ma. Innych młodych tam nie ma.

      Usuń
    2. Tez zauwazylam slicznosc twojej mamy :))))

      Usuń
    3. Dzisiaj jest równie śliczna, tylko że starsza i grubsza, więc zapewne niektóre/niektórzy z blogerek/blogerów nazwaliby ją tłustym wielorybem i mieliby do tego prawo, bo przecież za wygląd dzisiaj wolno, a nawet trzeba ludziom ubliżać, natomiast napisanie obiektywnej prawdy o czyimś pochodzeniu lub zawodzie jest wyłącznie godne potępienia.

      Usuń
  6. Nie miałem szczęścia bliżej zaznajamiać się z sąsiadami. Jako młody mieszkałem w domach moich dziadków, więc to rodzina. Później w dużych blokach, gdzie każdy sobie rzepkę skrobał. I to mi zostało do dziś. Znam wszystkich mieszkańców wsi, choć tylko z widzenia, bliżej tylko cztery rodziny.
    Muszę przyznać, że udało Ci się zgrabnie oddać klimat tej kamienicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim magicznym domu wszystko było magiczne...

      Usuń
  7. Najlepiej pamiętam sąsiadkę zza ściany i z pierwszego piętra (mieszkaliśmy na drugim). Panią zza ściany (nomen omen Es) zapamiętałam z dwóch powodów: miała syna, nad którym mocno się trzęsła i często, jeśli zbyt długo z podwórka nie wracał do domu, było na całą ulicę słychać: Ignaś, do domuuuuu! Drugie wspomnienie jest czysto kulinarne: kiedy sąsiadka chorowała, a była już mocno starsza, moja mama nosiła jej obiady, a z tych obiadków zapamiętałam cielęcinę z ziemniakami i marchewką z groszkiem. Natomiast pani z pierwszego piętra (ha, Em!) od czasu do czasu opiekowała się mną i bratem i pamiętam, jak dawała nam mocno słodzoną herbatę na spodeczku, żeby szybciej stygła. Wiem, że dożyła bardzo późnego wieku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko... Wszyscy byliśmy w dzieciństwie torturowani herbatą!

      Usuń
  8. Oczywiście, że chodzi mi o Twoją mamę i córkę sąsiadki. Jakby nie było - liczba mnoga 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uff, już myślałam, że coś przeoczyłam i szukam tych dziewcząt, i szukam...

      Usuń
  9. dziś w nocy wlazł oknem i spał u nas kocurniak sąsiadów, na tym fotelu, na którym teraz siedzę, ale to chłop naszej kocurnicy, więc czuje się on jak u siebie...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I bardzo przepięknie!

      Usuń
    2. z opiekunami kocurniaka też relacje są okay... właśnie jakąś godzinę temu, w ramach zacieśniania więzi międzysąsiedzkich miała miejsce krótka wymiana wrażeń na temat prądu, który się zepsuł:
      - macie światło?...
      - nie, ale mąż dzwonił do administracji...
      - i co wydzwonił?...
      - nic, nie dodzwonił się...
      - bo wszyscy dzwonią...
      - no, to czekamy, aż zrobią...
      - no tak, miłego dnia...
      - miłego...
      i tak to właśnie wygląda... się pogadało, na włączenie prądu nie miało to żadnego wpływu, ale zawsze było jakieś zajęcie...
      ciekawe, bo zaraz wychodzę z domu i ten cały prąd przestanie mnie kompletnie interesować... zresztą już jest, więc tym bardziej...

      Usuń
    3. Nie wiem, co się dzieje, ale u nas ostatnio (od jakichś kilku tygodni) przerwy w dostawie prądu zdarzają się niemal codziennie. Nie wiem, czy to już III wojna światowa, czy zwykły gospodarczy bubel w ramach zajebiście dobrej zmiany.

      Usuń
  10. Klik dobry:)
    Bardzo lubię oglądać stare czarno - białe zdjęcia. Mają w sobie magię.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie na nich przedstawione też miało magię...

      Usuń
    2. Dziś nawet słowo "magia" często odnosi się do zupełnie czegoś innego.

      Usuń
    3. I to, co dziś dzieje się ze słowami - to już nie jest magia, tylko coś dziwnego.

      Usuń
  11. KIedyś to i sąsiedzkie układy były lepsze - jakoś nie miałam szczęścia do dobrych sąsiadów. Ale betonowy płot działa cuda :)

    OdpowiedzUsuń
  12. A nie powinnaś im twarzy zasłonić? Od miesiąca mamy RODO.
    To są Twoi sąsiedzi, czyli ludzie obcy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieboszczyków nie dotyczy. Nie dotyczy również osób, które wyraziły zgodę lub figurują na zdjęciach, gdzie jest ich więcej niż trzy.

      Usuń
  13. Wiejskie kobiety brzmi lepiej:) No i aktualnie nie noszą one już chustek na głowie...Taki stereotyp chyba panuje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było kiedyś, w latach 70-tych i wtedy nosiły.

      Usuń
  14. Przecież "wiejska baba" to figurach retoryczna! Sie czepiajo baby jedne.
    Ja pamiętam z dzieciństwa 2 sąsiadki, które karmiły wszystkie dzieci przychodzące do wnuczki (babcia i prababcia). Do dzisiaj wspominam pierogi z serem i miętą podsmażane na masełku....
    I pana S, który w lecie wieczorami otwierał okno i grał na pianinie, a do tego słowiki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba! Nawet nobliści i zasłużeni pisarze posługiwali się tym terminem w nagradzanej literaturze.
      Pianino i słowiki wieczorową porą to musiał być czysty obłęd! Za to mięta w pierogach wydaje mi się jakąś profanacją (pierogów, nie mięty).

      Usuń
  15. Jaką ty masz pamięć! Moich sąsiadów pamiętam ledwo co i jak przez mgłę, nie mogłabym o nich powiedzieć więcej. No dobra, o tych, co trafili za kraty to może to i nic więcej. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mogłabym nie pamiętać? Byliśmy jak jedna wielka rodzina. To nie te czasy, co dziś, kiedy wszyscy są sobie obcy i nawet na schodach mijają się w milczeniu.

      Usuń