niedziela, 15 lipca 2018

482. Dzieciątko Jezus rules!


Produkowane ze ścieków i abortowanych płodów, wywołują autyzm, nowotwory, encefalopatię, padaczkę, ADHD i choroby psychiczne. Taką „wiedzą”, zdobywaną u mocno podejrzanych „autorytetów” w dziedzinie medycyny i farmakologii, nierzadko nie posiadających nawet ani stosownego wykształcenia, ani tytułów, ani uprawnień, kierują się antyszczepionkowcy – ruch o silnej podbudowie religijnej. Ta ostatnia cecha z całą pewnością nie pozostaje bez wpływu na wyjątkową indolencję umysłową antyszczepów, zwłaszcza tych stowarzyszonych w „STOP NOP” (zbieżność z morale i poziomem intelektualnym chazanowców nieprzypadkowa). Są oni godnymi spadkobiercami dziewiętnastowiecznych obskurantystów przekonujących, że szczepionki to znamię apokaliptycznej Bestii, są nieczyste, pod ich wpływem dzieci mogą zamieniać się w zwierzęta, a jako takie nie dostąpią zbawienia.
Niejaka Dorota Czajkowska-Majewska (podobno prof. przed nazwiskiem), od której wybździn odżegnał się nawet KUL, jedna z guru antyszczepów, wsławiła się w ubiegłym roku zajęciem pierwszego miejsca na podium głupoty za pomocą „faktu naukowego” zwalającego z nóg. Otóż „Nanocząsteczki ze szczepionek wbudowują się do błon komórek i wnikają do ich wnętrza. Powstają cyborgi. Umożliwiają zdalne sterowanie aktywnością neuronów”. Dalej pani guru przekonuje, że w konsekwencji takie nanoboty sterują zachowaniami ludzi i zwierząt (bo te też padają ofiarą szczepień), czyniąc z nich bezwolnych niewolników. Nie chcę Was straszyć, ale praktycznie wszyscy macie przekichane. Na pewno byliście szczepieni i sterują Wami nanoboty. Jako i mną. Tylko patrzeć, jak zostaniemy psychotycznymi cyborgami z ADHD, autyzmem i permanentną sraczką.
Ale jest i dobra wiadomość. A otóż do szacownego miasta Rzeszowa, w którym jak do tej pory rządził szatan, o czym pisałam dwa razy (tutu), zawitała nareszcie prawdziwa jutrzenka wolności, że o kaganku oświaty nie wspomnę. Oto w czerwcu odbyła się tutaj konferencja antyszczepionkowców. Trudno odmówić sobie przyjemności przedstawienia jej organizatorów:
- wspomniana wyżej prof. Dorota Czajkowska-Majewska, laureatka nagrody Biologicznej Bzdury Roku 2017, bezprawnie powołująca się na związki „naukowe” z Instytutem Psychiatrii i Neurologii w Warszawie,
- Justyna Socha – agentka ubezpieczeniowa, aktywistka ze „STOP NOP” bez żadnego wykształcenia medycznego,
- Jerzy Jaśkowski – były lekarz z zawieszonym prawem do wykonywania zawodu, autor tak apetycznych kąsków jak twierdzenie, że do poprawy smaku produktów spożywczych dodaje się substancji wyprodukowanych z płodów ludzkich,
- Jerzy Zięba – znachor zalecający leczenie raka witaminą C i powiększanie biustu hipnozą.
Nie będę się rozwodzić nad argumentacją antyszczepionkową, bo mogłoby mi nie wystarczyć życia na kontemplację takiego bezmiaru wiedzy i logiki myślenia. Niech wystarczy fakt, że zacność wymienionej plejady gwiazd oraz doniosłość tematyki konferencji podkreśla argument koronny: „Dzieciątko Jezus nigdy nie było szczepione”!
Tak jest, moi drodzy. To takie genialne w swej prostocie, że aż chce się wyć, że to nie ja na to wpadłam.
Ponieważ zaś Dzieciątko Jezus nigdy nie korzystało z Internetu, smartfona, komputera, samochodu, pasty do zębów, aparatury medycznej ratującej życie (także idiotom!), papieru toaletowego, okularów (ani tym bardziej soczewek), samolotów, wczasów „all inclusive”, a nawet „lewoskrętnej witaminy C”, jestem przekonana, że uczestnicy konferencji pójdą w jego ślady. Także w podtrzymywaniu modelu rodziny 2 + 1, w którym przyszło na świat (choć zdecydowanie bezpieczniejszy społecznie byłby model 1 + 0) oraz w długości życia ograniczonej do 33 lat.
Cieszę się, że do Rzeszowa zawitał promyk oświecenia. Dwa tygodnie później wsparła go kolejna światła inicjatywa – publiczny różaniec „wynagradzający za grzech homoseksualizmu”.
Bardzo Dobra Zmiana już puka do twych drzwi…

środa, 11 lipca 2018

481. Rytuały codzienne i niecodzienne (XI)


Wiele wydarzeń i drobnych rodzinnych zwyczajów zaciera się w ulotnej ludzkiej pamięci, część jednak pozostaje w niej utrwalona na zawsze jako odległe wspomnienie czegoś, co istniało w jakimś innym, dalekim, ale jednak prawdziwym świecie. W tamtym wymiarze pozostał między innymi wieczorny ceremoniał zasypiania. Jako dziecko lądowałam o stosownej porze w swoim łóżku. Mama zapalała lampkę nocną i zostawiała mnie w pokoju. Szła się myć, aby niebawem wrócić w szlafroku, a czasem i w hełmie z ręcznika na głowie, do pokoju dziadków. Tam, za ścianą, cała rodzina gromadziła się wokół stołu na wieczorne oglądanie telewizji. Tuż przedtem dziadek prażył w rondelku albo na małej patelence nieśmiertelny słonecznik, który kupował kilogramami w sklepie nasienniczym przy ul. 8 Marca. Wszyscy obowiązkowo zajadali go przed telewizorem, przysparzając babci roboty. Łupiny, mimo że każdy uważał, spadały także na dywan. Tymczasem ja oczekiwałam na charakterystyczny stukot pantofli na niewielkich koturnach o podłogę korytarza i trzaśnięcie drzwiami znamionujące wejście mamy do pokoju za ścianą. Wołałam wtedy dziarsko:
- Mama, jesteś?
- Jestem! – odkrzykiwała mama.
- Zapukaj!
I mama stukała we framugę nieużywanych drzwi w ścianie między pokojami, a ja potwierdzałam odbiór stukanej informacji:
- Dobra, dobra, siedź tam, siedź!
Stukanie już się nie powtarzało, ale „Mama, jesteś?” i „Dobra, dobra, siedź tam, siedź!” musiało zostać powtórzone jeszcze dwukrotnie. Dopiero wtedy, gdy rytuał został porządnie odpukany i odkrzyczany, zasypiałam w błogim poczuciu dobrze wykonanego obowiązku.
Wieczorne oglądanie telewizji również należało do utartych zwyczajów rodzinnych. Przychodziły siostry babci, które nigdy nie miały własnego telewizora. Jedna siadała z wszystkimi przy stole albo z boku, na tapczanie. Druga obowiązkowo zajmowała miejsce na podłodze, tuż przed telewizorem. Z jakiegoś względu, najpewniej z powodu wzroku mocno nadwerężonego kataraktą, z tej pozycji najlepiej jej się oglądało. Seans rozpoczynał się obowiązkowo „Dziennikiem Telewizyjnym”, a po nim oglądano na jednym z dwu programów film dla dorosłych. W tym czasie już spałam. Co znamienne – często zdarzało się, że siostry babci się zasiedziały i odjeżdżał im ostatni autobus jadący w kierunku centrum. Szły wówczas do domu piechotą, a mimo to się nie bały. Lata siedemdziesiąte XX wieku należały do czasów, w których na ulicach było dużo, dużo bezpieczniej niż dziś.
Istniał też rytuał niedzielny. Bardzo często dziadek gotował w sobotni wieczór „hyżkę”, czyli galaretę ze świńskich nóżek. Towarzyszyłam mu przy tym, obserwując, co robi. Galareta, rozlana równomiernie do głębokich talerzy, zostawała na noc na stole kuchennym do stężenia. W niedzielę o poranku wstawałam pierwsza i po cichutku, żeby nie obudzić rodziców, wymykałam się z pokoju. Czasem, w ramach atrakcji, spałam na wersalce z mamą i wtedy wkurzałam ją, wychodząc niezgrabnie z łóżka i przydeptując stopy.
Przekręcanie klucza w zamku drzwi do kuchni brzmiało w ciszy niedzielnego poranka jak wystrzał armatni. Zamek był głośny i jego otwarcie lub zamknięcie niosło echem po korytarzu.
Na kuchennym stole stały porozstawiane talerze z galaretą, która przez noc zdążyła zastygnąć. Na jej powierzchni tworzyła się warstwa aromatycznego tłuszczyku, który babcia później skrupulatnie zdrapywała nożem na spodeczek i odkładała do lodówki. Był na potem do chleba. Siadałam grzecznie na krześle obok stołu i cicho siedziałam czekając, aż obudzi się ktoś z dorosłych. Dotykałam tylko potajemnie jednym palcem sprężystej powierzchni galarety. Zazwyczaj pierwsza zjawiała się babcia, czasem dziadek i wkładali talerze z „hyżką” do lodówki, aby porządnie zastygła i schłodziła się.
O 9.00 obowiązkowo oglądałam „Teleranek” rozpoczynający się tykaniem zegara i obrazem biegnącego kogucika. Jego triumfalne pianie na płocie dawało sygnał do rozpoczęcia programu. Po „Teleranku” schodziła się reszta rodziny, w tym także najmłodsza siostra babci, na wspólne śledzenie losów „Czterech pancernych i psa”. Oglądało się serial z zapartym tchem. Zaraz potem siostra babci zabierała mnie na 1100 do kościoła, poganiając przy tym, żebyśmy się nie spóźniły, bo film kończył się stosunkowo późno.
Pośród zwyczajów, które nadawały tamtemu życiu swoisty koloryt, nie sposób pominąć „radzieckiego samolotu”. Był to rodzaj zabawy zainicjowanej przez młodszego brata taty, której rozpoczęcie sygnalizowało hasło: „Robimy radziecki samolot?” Nie trzeba było mnie zachęcać. Wujek kładł się na tapczanie i unosił mnie nad sobą, a ja rozpościerałam ręce i udawałam, że lecę. Bujanie „radzieckiego samolotu” kończyło się zwyczajowym cmoknięciem mnie w nos.
W dzieciństwie prawie nigdy nie spałam w ciągu dnia, dlatego dziwiło mnie, że dzieci z podwórka znikały nagle około południa w swoich domach. Czasem zdarzało się, że siostra babci usiłowała nakłonić mnie do spania. Wkładała wówczas rękę pod poduszkę i zaczynała mnie kołysać. Bardzo mi to odpowiadało, ale spać ani myślałam. Zasypiałam rzadko. Gdy tylko cioteczka uznała, że zasnęłam lub zmęczyła jej się ręka, mruczałam natychmiast: „Kołysać!” I kołysała cierpliwie od nowa. Później, gdy po latach ze śmiechem wspominała moje burkliwe, apodyktyczne „Kołysać!”, we mnie budził się podziw dla jej świętej cierpliwości. Niekiedy uciekała się do podstępu i aby mnie spacyfikować, machała ręką w stronę kratki wentylacyjnej, umieszczonej wysoko pod sufitem, mówiąc chytrze: „Widziałaś? Zagląda!” Nie wiedziałam, kto taki, ale nie pytałam, tylko na wszelki wypadek chowałam się z głową pod kołdrę. Gdy niebezpieczeństwo mijało, spoglądałam ostrożnie w kierunku kratki na poły podejrzliwie, a na poły z ciekawością. Pewnego razu wypatrzyłam tam szary kłębek kurzu. Wydawało mi się, że się porusza i spogląda na mnie, przekrzywiając łebek jak wróbel. Odtąd znałam już swego prześladowcę, który obserwował mnie z wentylacji. W myślach nazwałam go „Kurzykiem”, lecz nigdy nie wypowiedziałam na głos jego imienia. Nienazwane było mniej groźne. „Kurzyk” nie był szczególnie przerażający, gdyż nigdy nie opuszczał swojego stanowiska. Jeśli już, to raczej cofał się w głąb komina. Jednak go nie lubiłam. W mojej wyobraźni żył jako istota, która od czasu do czasu patrzyła na mnie groźnie, bo nie chciałam spać w dzień. O innych porach i w innych okolicznościach w ogóle się nie uaktywniał.
Jednego razu położyłam się przed południem z Joasią w pokoju u państwa Em – z czystego koleżeństwa. Leżałyśmy pod jednym kocem. Sądziłam, że z nas dwóch tylko ona będzie spała i... zasnęłam nie wiadomo, kiedy. To niecodzienne wydarzenie szybko znalazło wyjaśnienie: obudziłam się chora, z gorączką.
Pamiętam także wyjątkowe misterium wywoływania zdjęć przez tatę. Anektował wówczas do swojej wyłącznej dyspozycji kuchnię i łazienkę, z których urządzał prowizoryczną ciemnię. Nie wolno było wtedy szwendać się nikomu, żeby zdjęcia się nie prześwietliły. Tato pozwalał mi sobie towarzyszyć, bylebym tylko nie przeszkadzała. Zaczynało się od całkowitego zaciemnienia pomieszczeń. Na oknach kuchni i łazienki lądowały koce, rozpostarte na całych szybach, szczelnie zasłaniające każdą, najmniejszą nawet szparkę, przez którą mogłaby się wcisnąć choć odrobina światła z zewnątrz. Jeśli zdecydowałam się zostać w tym prowizorycznym atelier, to musiałam w nim być do końca. Ze zrozumiałych względów nie wolno mi było kręcić się tam i z powrotem. Tato ustawiał na kuchennym stole powiększalnik, białe kuwety z grubego tworzywa, butelki z wywoływaczem i utrwalaczem, papier fotograficzny w żółtych pudełkach. Niesamowicie podobały mi się dwie żarówki. Jedna z nich wyglądała jak pomalowana na czarno, dawała jednak piękne, krwistoczerwone światło. Druga świeciła na zielono. Tato wywoływał najpierw klisze, a kiedy wyschły, wkładał je do powiększalnika i naświetlał papier fotograficzny, który lądował potem kolejno w jednej i drugiej kuwecie. Moment, w którym obraz powoli ukazywał się na papierze, był fascynujący. Wywołane zdjęcia schły na sznurze do bielizny w łazience, aby niedługo potem dostarczyć całej rodzinie nieziemskiej frajdy płynącej z ich oglądania.

sobota, 7 lipca 2018

480. Układanie puzzli z zamkniętymi oczami


Wędrując ulicami medyny, można poczuć średniowieczny klimat starego Fezu. Wciąż jeszcze działają tutaj prastarymi metodami manufaktury. Pierwszą z arcyciekawych, do których dotarliśmy, była wytwórnia ceramiki – od drobiazgów po mozaiki. Ciężka praca wykonywana przez rzemieślników wprawia w podziw, przede wszystkim dla ich umiejętności, precyzji i cierpliwości. Te wyroby to nie fabryczna tandeta i nie szajs made in China.


Przed wejściem do wytwórni zalegają pryzmy szarej glinki.



Garncarze wyrabiają naczynia starą, tradycyjną metodą, na warsztacie garncarskim.





Po wysuszeniu i pokryciu podkładem pod zdobienia trafiają one do pieca i w ten sposób powstają szeregi „surowych” produktów.

Tradycyjne piece garncarskie



"Surowe" produkty
Gotowe do pomalowania zdobi się specjalnymi barwnikami. Najpierw rysowane są czarne kontury...




...a potem wypełnia się je kolorami.






Naniesione ręcznie wzory na początku wydają się pastelowe – dopiero po ostatecznym wypaleniu nabierają żywych, soczystych barw.


Gigantyczny talerz

Umywalka

Jakieś wielkie naczynie






Prawdziwa „wyższa szkoła jazdy” zaczyna się tam, gdzie wytwarzane są mozaiki. Pomieszczenie na piętrze, które można umownie nazwać „halą produkcyjną”, podzielone jest na pojedyncze stanowiska pracy.



Zasiadający przy nich robotnicy mają przed sobą – rozłożone na zaimprowizowanych stolikach z kamienia i odpadów produkcyjnych – malutkie elementy mozaik stanowiące wzory, według których wykonują setki i tysiące następnych. Wykuwają je ręcznie z jednokolorowych tafli, robiąc to sporej wielkości, ostro zakończonymi młotkami.






Nie mogłam wyjść z podziwu – przy moim talencie próba wykucia czegokolwiek skończyłaby się zapewne roztrzaskaniem płytki w drobny mak albo odwrotnie, bezskutecznym popukiwaniem.
Z tych drobnych kawałeczków układane są mozaiki. Tu nowe zaskoczenie: rozmieszcza się je „plecami” do góry. Trzeba mieć nie lada wprawę, żeby niczego nie pomylić. Jeden szczegół nie tak – i cała robota na nic. O ile bowiem przy puzzlach przez cały czas mamy kontrolę nad układanym obrazem, o tyle tutaj nie da się niczego sprawdzić.





Gotowa mozaika zalewana jest spoiwem i zamykana w ramie, w której trafia do końcowej obróbki.



Później pozostaje już tylko podziwiać albo kupować gotowe wyroby: naczynia, umywalki, fontanny, stoły, mozaiki na ściany – co tylko komu przyjdzie do głowy. Warunki, w jakich pracują rzemieślnicy, bardzo jaskrawo kontrastują z jakością i pięknem ich wyrobów.
















niedziela, 1 lipca 2018

479. Pani niedotykalska


Urodziłam się jako przylepa. A może to nie cecha wrodzona, tylko kwestia wychowania w takim, a nie innym środowisku? W końcu od najwcześniejszych dni mojego istnienia miał mnie kto przytulać. Rodzice, babcie, dziadkowie, nieskończona armia cioteczek i wujków… No więc, lubię się przytulać. Zwłaszcza na mamie „wieszałam się” do późnych lat życia panieńskiego (tj. przez ćwierć wieku) aż stękała pod moim słodkim ciężarem i błagała żartobliwie: „Wyjdź wreszcie za mąż i zawiśnij na kimś innym na dobre, zanim połamiesz mi kręgosłup”. W sumie to nawet nic dziwnego, że właśnie ona najczęściej padała ofiarą mojego nieposkromionego przytulactwa – odkąd sięgam pamięcią, o ile nie napadałam na nią ja, to wisiał na niej tato. Najwidoczniej przykład przyszedł z góry.
Nie inaczej jest, jeśli chodzi o moją córkę. Kwestia „przytul mnie” pada codziennie po (co najmniej) kilka razy, mimo że dzieciątko pół roku temu skończyło dwadzieścia jeden lat. Cóż, jaka mać, taka nać.
Przytulaniu zatem mówię stanowcze „tak”, z pewnym wszakże obwarowaniem. Otóż w moim wydaniu dotyczy ono osób bliskich i od rodziny po seks nie zna granic ni kordonów. Jednak gdy staję w obliczu sytuacji, w której poniekąd zmuszana jestem do przytulania się do kogokolwiek innego niż sama chcę, sztywnieję i doznaję gwałtownego paraliżu jestestwa. Nie znoszę publicznych obchodów imienin w pracy (niestety, niemiły ten obyczaj jest starannie kultywowany na terenie placówki), bo wtedy wypada podejść do delikwenta (płci dowolnej) z życzeniami, a wówczas obściskiwanie jest nie do uniknięcia. To samo dotyczy służbowej „Wigilii”. Pomijam już kwestie nieuszanowania wolności wyznania i odrazę, jaką napawa mnie obfity sos hipokryzji, w którym pływa ta impreza. Najgorsze jest to, że jakich bym nie robiła uników i gdzie bym się nie schowała, tam i tak zawsze dopadnie mnie jakaś gangrena spragniona uścisków, a co gorsza – do tego jeszcze obśliniania. Nawet wylewne powitania, powiedzmy, z dawno niewidzianymi koleżankami, zakłócają moją wewnętrzną równowagę. Z tego samego powodu nie cierpię tłoku, często wychodzę z kolejek, jeśli niecierpliwa osoba za mną przysuwa się na tyle blisko, że mnie dotyka.
Cierpiałam w latach, gdy jeszcze chodziłam do kościoła, a kiwnięcie głową na „znak pokoju” stopniowo zaczynało być wypierane przez podawanie ręki. Kombinowałam na wszelkie sposoby, żeby przypadkiem ktoś obcy nie wystartował do mnie z wyciągniętą dłonią, której dotknąć zwyczajnie się brzydziłam. Zazwyczaj szłam do samego przodu, gdzie nie pchał się już nikt poza mną i wszystkich ludzi miałam za plecami. Generalnie zdawało to egzamin, choć zdarzało się i tak, że jakiś upierdliwy „bliźni” dotąd szturchał mnie w plecy, dopóki nie odwróciłam się i nie podałam mu ręki. To, co wówczas wyrażała moja mina, bywało jak najdalsze od „znaku pokoju”.
Całkiem niedawno Oko zadał mi na swoim blogu pytanie, czego się boję, idąc chodnikiem. Pierwsza, natychmiastowa, spontaniczna i niemal odruchowa odpowiedź brzmiała: „Żeby mnie ktoś nie dotknął”. I zaraz potem pomyślałam o odrazie, jaką napawają mnie ciepłe uchwyty od wózków sklepowych albo rurki czy siedzenia w autobusie. Są ciepłe – a więc przed chwilą ktoś ich dotykał. Ktoś obcy. I nic na to nie poradzę, jestem brzydliwa i niedotykalska.
Podobno każdy człowiek ma swoją granice intymną i społeczną, a jej zasięg jest indywidualny i jednostkowy. Pewien człowiek przed wielu laty zdiagnozował to zjawisko u mnie twierdząc, że jestem psychicznie chora (konkretnie zaczęło się od tej niechęci do podawania ręki w kościele). Dodam mimochodem, że człowiek ów twierdził, iż spotkał Ducha świętego i że tenże Duch święty powiedział mu to czy tamto. Ocenę, które z nas bliższe jest ciężkim zaburzeniom psychicznym (lub czyje zaburzenia są większego kalibru) pozostawiam czytelnikom.