środa, 11 lipca 2018

481. Rytuały codzienne i niecodzienne (XI)


Wiele wydarzeń i drobnych rodzinnych zwyczajów zaciera się w ulotnej ludzkiej pamięci, część jednak pozostaje w niej utrwalona na zawsze jako odległe wspomnienie czegoś, co istniało w jakimś innym, dalekim, ale jednak prawdziwym świecie. W tamtym wymiarze pozostał między innymi wieczorny ceremoniał zasypiania. Jako dziecko lądowałam o stosownej porze w swoim łóżku. Mama zapalała lampkę nocną i zostawiała mnie w pokoju. Szła się myć, aby niebawem wrócić w szlafroku, a czasem i w hełmie z ręcznika na głowie, do pokoju dziadków. Tam, za ścianą, cała rodzina gromadziła się wokół stołu na wieczorne oglądanie telewizji. Tuż przedtem dziadek prażył w rondelku albo na małej patelence nieśmiertelny słonecznik, który kupował kilogramami w sklepie nasienniczym przy ul. 8 Marca. Wszyscy obowiązkowo zajadali go przed telewizorem, przysparzając babci roboty. Łupiny, mimo że każdy uważał, spadały także na dywan. Tymczasem ja oczekiwałam na charakterystyczny stukot pantofli na niewielkich koturnach o podłogę korytarza i trzaśnięcie drzwiami znamionujące wejście mamy do pokoju za ścianą. Wołałam wtedy dziarsko:
- Mama, jesteś?
- Jestem! – odkrzykiwała mama.
- Zapukaj!
I mama stukała we framugę nieużywanych drzwi w ścianie między pokojami, a ja potwierdzałam odbiór stukanej informacji:
- Dobra, dobra, siedź tam, siedź!
Stukanie już się nie powtarzało, ale „Mama, jesteś?” i „Dobra, dobra, siedź tam, siedź!” musiało zostać powtórzone jeszcze dwukrotnie. Dopiero wtedy, gdy rytuał został porządnie odpukany i odkrzyczany, zasypiałam w błogim poczuciu dobrze wykonanego obowiązku.
Wieczorne oglądanie telewizji również należało do utartych zwyczajów rodzinnych. Przychodziły siostry babci, które nigdy nie miały własnego telewizora. Jedna siadała z wszystkimi przy stole albo z boku, na tapczanie. Druga obowiązkowo zajmowała miejsce na podłodze, tuż przed telewizorem. Z jakiegoś względu, najpewniej z powodu wzroku mocno nadwerężonego kataraktą, z tej pozycji najlepiej jej się oglądało. Seans rozpoczynał się obowiązkowo „Dziennikiem Telewizyjnym”, a po nim oglądano na jednym z dwu programów film dla dorosłych. W tym czasie już spałam. Co znamienne – często zdarzało się, że siostry babci się zasiedziały i odjeżdżał im ostatni autobus jadący w kierunku centrum. Szły wówczas do domu piechotą, a mimo to się nie bały. Lata siedemdziesiąte XX wieku należały do czasów, w których na ulicach było dużo, dużo bezpieczniej niż dziś.
Istniał też rytuał niedzielny. Bardzo często dziadek gotował w sobotni wieczór „hyżkę”, czyli galaretę ze świńskich nóżek. Towarzyszyłam mu przy tym, obserwując, co robi. Galareta, rozlana równomiernie do głębokich talerzy, zostawała na noc na stole kuchennym do stężenia. W niedzielę o poranku wstawałam pierwsza i po cichutku, żeby nie obudzić rodziców, wymykałam się z pokoju. Czasem, w ramach atrakcji, spałam na wersalce z mamą i wtedy wkurzałam ją, wychodząc niezgrabnie z łóżka i przydeptując stopy.
Przekręcanie klucza w zamku drzwi do kuchni brzmiało w ciszy niedzielnego poranka jak wystrzał armatni. Zamek był głośny i jego otwarcie lub zamknięcie niosło echem po korytarzu.
Na kuchennym stole stały porozstawiane talerze z galaretą, która przez noc zdążyła zastygnąć. Na jej powierzchni tworzyła się warstwa aromatycznego tłuszczyku, który babcia później skrupulatnie zdrapywała nożem na spodeczek i odkładała do lodówki. Był na potem do chleba. Siadałam grzecznie na krześle obok stołu i cicho siedziałam czekając, aż obudzi się ktoś z dorosłych. Dotykałam tylko potajemnie jednym palcem sprężystej powierzchni galarety. Zazwyczaj pierwsza zjawiała się babcia, czasem dziadek i wkładali talerze z „hyżką” do lodówki, aby porządnie zastygła i schłodziła się.
O 9.00 obowiązkowo oglądałam „Teleranek” rozpoczynający się tykaniem zegara i obrazem biegnącego kogucika. Jego triumfalne pianie na płocie dawało sygnał do rozpoczęcia programu. Po „Teleranku” schodziła się reszta rodziny, w tym także najmłodsza siostra babci, na wspólne śledzenie losów „Czterech pancernych i psa”. Oglądało się serial z zapartym tchem. Zaraz potem siostra babci zabierała mnie na 1100 do kościoła, poganiając przy tym, żebyśmy się nie spóźniły, bo film kończył się stosunkowo późno.
Pośród zwyczajów, które nadawały tamtemu życiu swoisty koloryt, nie sposób pominąć „radzieckiego samolotu”. Był to rodzaj zabawy zainicjowanej przez młodszego brata taty, której rozpoczęcie sygnalizowało hasło: „Robimy radziecki samolot?” Nie trzeba było mnie zachęcać. Wujek kładł się na tapczanie i unosił mnie nad sobą, a ja rozpościerałam ręce i udawałam, że lecę. Bujanie „radzieckiego samolotu” kończyło się zwyczajowym cmoknięciem mnie w nos.
W dzieciństwie prawie nigdy nie spałam w ciągu dnia, dlatego dziwiło mnie, że dzieci z podwórka znikały nagle około południa w swoich domach. Czasem zdarzało się, że siostra babci usiłowała nakłonić mnie do spania. Wkładała wówczas rękę pod poduszkę i zaczynała mnie kołysać. Bardzo mi to odpowiadało, ale spać ani myślałam. Zasypiałam rzadko. Gdy tylko cioteczka uznała, że zasnęłam lub zmęczyła jej się ręka, mruczałam natychmiast: „Kołysać!” I kołysała cierpliwie od nowa. Później, gdy po latach ze śmiechem wspominała moje burkliwe, apodyktyczne „Kołysać!”, we mnie budził się podziw dla jej świętej cierpliwości. Niekiedy uciekała się do podstępu i aby mnie spacyfikować, machała ręką w stronę kratki wentylacyjnej, umieszczonej wysoko pod sufitem, mówiąc chytrze: „Widziałaś? Zagląda!” Nie wiedziałam, kto taki, ale nie pytałam, tylko na wszelki wypadek chowałam się z głową pod kołdrę. Gdy niebezpieczeństwo mijało, spoglądałam ostrożnie w kierunku kratki na poły podejrzliwie, a na poły z ciekawością. Pewnego razu wypatrzyłam tam szary kłębek kurzu. Wydawało mi się, że się porusza i spogląda na mnie, przekrzywiając łebek jak wróbel. Odtąd znałam już swego prześladowcę, który obserwował mnie z wentylacji. W myślach nazwałam go „Kurzykiem”, lecz nigdy nie wypowiedziałam na głos jego imienia. Nienazwane było mniej groźne. „Kurzyk” nie był szczególnie przerażający, gdyż nigdy nie opuszczał swojego stanowiska. Jeśli już, to raczej cofał się w głąb komina. Jednak go nie lubiłam. W mojej wyobraźni żył jako istota, która od czasu do czasu patrzyła na mnie groźnie, bo nie chciałam spać w dzień. O innych porach i w innych okolicznościach w ogóle się nie uaktywniał.
Jednego razu położyłam się przed południem z Joasią w pokoju u państwa Em – z czystego koleżeństwa. Leżałyśmy pod jednym kocem. Sądziłam, że z nas dwóch tylko ona będzie spała i... zasnęłam nie wiadomo, kiedy. To niecodzienne wydarzenie szybko znalazło wyjaśnienie: obudziłam się chora, z gorączką.
Pamiętam także wyjątkowe misterium wywoływania zdjęć przez tatę. Anektował wówczas do swojej wyłącznej dyspozycji kuchnię i łazienkę, z których urządzał prowizoryczną ciemnię. Nie wolno było wtedy szwendać się nikomu, żeby zdjęcia się nie prześwietliły. Tato pozwalał mi sobie towarzyszyć, bylebym tylko nie przeszkadzała. Zaczynało się od całkowitego zaciemnienia pomieszczeń. Na oknach kuchni i łazienki lądowały koce, rozpostarte na całych szybach, szczelnie zasłaniające każdą, najmniejszą nawet szparkę, przez którą mogłaby się wcisnąć choć odrobina światła z zewnątrz. Jeśli zdecydowałam się zostać w tym prowizorycznym atelier, to musiałam w nim być do końca. Ze zrozumiałych względów nie wolno mi było kręcić się tam i z powrotem. Tato ustawiał na kuchennym stole powiększalnik, białe kuwety z grubego tworzywa, butelki z wywoływaczem i utrwalaczem, papier fotograficzny w żółtych pudełkach. Niesamowicie podobały mi się dwie żarówki. Jedna z nich wyglądała jak pomalowana na czarno, dawała jednak piękne, krwistoczerwone światło. Druga świeciła na zielono. Tato wywoływał najpierw klisze, a kiedy wyschły, wkładał je do powiększalnika i naświetlał papier fotograficzny, który lądował potem kolejno w jednej i drugiej kuwecie. Moment, w którym obraz powoli ukazywał się na papierze, był fascynujący. Wywołane zdjęcia schły na sznurze do bielizny w łazience, aby niedługo potem dostarczyć całej rodzinie nieziemskiej frajdy płynącej z ich oglądania.

44 komentarze:

  1. Taka codzienność, która wydaje się, że będzie trwała wiecznie ... potem to niepostrzeżenie znika i budzimy się w innych realiach. Ale fajnie, że masz takie wspomnienia i się z nami dzielisz :)
    U mnie w domu też wywoływaliśmy zdjęcia :) i doskonale pamiętam ten fascynujący moment wyłaniania się obrazów. Albo żmudnego ustawiania ostrości, żeby była jak najlepsza :))
    A wieczorny rytuał tv - żeby zdążyć na jakis program, tzn.początek, trzeba było wcześniej włączyć, żeby telewizor zdążył się rozbujać i nagrzać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, jeszcze telewizor musiał zastartować :)

      Usuń
    2. Dość długi czas mieliśmy Beryla ... dość niezawodny był, służył nam naprawdę długo.

      Usuń
    3. I tak lepszy od naszego Lazuryta :)

      Usuń
  2. Pamiętam, że wieczorne oglądanie telewizji było czynnikiem usypiającym mnie. Tylko początkowo, bo jak miałam w niedalekiej przyszłości już własne łóżko i oddzielny pokój, to niestety nauczyłam się, że gdy zasypiam, musi coś brzęczeć. Dlatego pojawiło się w moim pokoiku małe radyjko, a potem magnetofon. Dopiero gdy zasnęłam, mama wyłączała sprzęt.
    Dziś jednak, nie wyobrażam sobie zasypiania w taki sposób. Ma być cisza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chodzi o mnie, zasypiam w każdych okolicznościach :)

      Usuń
    2. Zazdroszczę tej umiejętności ...

      Usuń
    3. To nie umiejętność - to tylko zdrowa fizjologia :)

      Usuń
  3. Strasznie cierpialam jako dziecko, bo rodzice surowo przestrzegali, zebym przypadkiem nie obejrzala czegos niedozwolonego. A moje kolezanki z klasy mogly ogladac i potem smialy sie ze mnie, bo nie wiedzialam, o co chodzi w omawianych filmach. Jak ja ich za to nie lubilam, i rodzicow, i kolezanki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłaś po prostu z porządnej rodziny, a Twoje koleżanki z patologii :) Zupełnie niesłusznie nie lubiłaś rodziców!

      Usuń
  4. Rytuały. Kiedyś ich nie doceniałam. Dzisiaj nie ma do nich powrotu.

    OdpowiedzUsuń
  5. To z wywoływaniem zdjęć u nas wyglądało podobnie i oczywiście zawsze gdy tato zamykał się w ciemni wszystkim chciało się do ubikacji...
    Mój rytuał z zasypianiem to było opowiadanie bajek przez tatę, wymyślał je spontanicznie, a bohaterem zawsze był wielbłąd, szkoda, że wtedy ktoś tych bajek nie zapisał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre! To byłby cykl, jak o żółwiu Franklinie albo o innym zwierzątku.
      A może Twój tato czuł się wielbłądem?

      Usuń
    2. Chyba nie...raczej tygrysem!

      Usuń
  6. O osmej wieczorem bylo haslo: dzieci do siebie, i grzecznie ulatnialismy sie do swojego pokoju. Nie cierpielismy wcale, bo czekaly na nas ksiazki :). Oczywiscie po zgaszeniu swiatla byly tez w zapasie latarki! :)))
    Wywolywanie zdjec odbywalo sie u nas w piwnicy, do ktorej bylo wejscie z kuchni, na ten czas zablokowane i zaciemnione.
    Ja potem tez wywolywalam, a potem jeszcze moja corka.
    Rytualow nie pamietam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, książki! To rekompensuje wszelkie niedogodności.

      Usuń
  7. Ja nie mialam zadnych rytualow. A moze mialam, tylko nie spostrzegam ich jako rytualy? Sobotnia kapiel w wannie, kolacja po dobranocce i zaraz potem do lozka, sniadanie w niedziele przy teleranku? To chyba byly rytualy. Choc nikt mnie nie kolysal, nie tulil, nie czytal. Oddalam to wszystko za to wlasnym dzieciom. Ktore i tak tego nie pamietaja :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz? Po cholerę było się tak poświęcać? :)

      Usuń
  8. No i co Ci nie pasowało w tym spaniu w ciągu dnia ?? Jakież to wszystko znajome, zresztą byłyśmy dziećmi w tym samym czasie i aż żal o tym zapominać. Nam jeszcze często wieczorem mama czytała - do dziś jak słyszę fragment z bajki czy wiersza dla dzieci jestem w stanie recytować ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wie, co. Po prostu nie umiałam zasnąć w dzień i już. Nie chciało mi się spać. Moja córka też była jedynym dzieckiem w przedszkolu, które nie zasypiało w czasie "leżakowania".

      Usuń
    2. Ja też nie mogłam podczas leżakowania zasnąć. Nie lubiłam sypiać "w obcym miejscu" w obecności osób spoza najbliższej rodziny ;)

      Usuń
    3. Mnie to jest obojętne, gdzie śpię :)

      Usuń
  9. Ty miałaś swojego Kurzyka, a ja Duszka na szafie :).
    I też wywoływałam z Tatą zdjęcia, tyle że u niego w pracy, w pracowni fotograficznej. Sama też się z czasem nauczyłam i mogłam to robić godzinami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy Duszek też Cię straszył?

      Usuń
    2. Pewnie, że straszył. Mieszkał na szafie i tylko ja go widziałam. Rodzice twierdzili, że nikogo tam nie ma. A mnie się pokazywał, jak gasili światło. Potem przywykłam a raczej postanowiłam uznać go za pełnoprawnego mieszkańca tego domu. I przestałam się go jakoś tak po tym zaproszeniu bać. Ale bywało, że cała od stóp do głów zawijałam się w kołdrę w naleśnik, co zresztą mi zostało do dziś, tyle że dziś już oprócz głowy :)

      Usuń
    3. Tobołkowa hodowała w szafie w przedpokoju wampiry, ale to było co innego. One były hodowlane i tresowane :)

      Usuń
    4. To Tobołkowa jest renomowaną treserką wampirów? Czasem taka osoba bardzo by się przydała :D Zwłaszcza przy osobach wysysających energię życiową

      Usuń
    5. Niestety, już piąty rok robi karierę w Niemczech.

      Usuń
    6. Na szczęście Niemcy niedaleko

      Usuń
    7. A co - chcesz skorzystać z jej usług?
      Wiesz, odległość to rzecz względna. Czasem do obcego i mieszkającego dalej jest bliżej niż do kogoś, kto przez 40 lat był podobno przyjacielem...

      Usuń
    8. Z tymi odległościami faktycznie bywa rożnie. Powiedzmy, że wiele zależy jak szybko i łatwo możesz daną odległość przebyć - i finansowo i pod względem tego, co Cię w danym miejscu trzyma. Dla niektórych kupić bilet lotniczy z Polski do Hiszpanii, Japonii, czy Australii to nie problem. Kupują, wsiadają i lecą - czasem po prostu kiedy chcą. I druga sprawa odległości i przyjaźni - pamiętasz moje wpisy o W.? Mimo, że jestem teraz na "naszym"osiedlu, dalej mi do niej, niż w Kosmos :/ chyba piszemy, o tym smaym

      Usuń
    9. Tak, Małgosiu. Własnie piszemy o tym samym. Gdy Tobołkowa wyjeżdżała z kraju, żegnałyśmy się po 40 latach... Bardzo wiele słów padło, w tym o odwiedzinach.
      A potem zdążyły mnie zaprosić do siebie, do domu, dwie osoby mieszkające o wiele dalej niż ona teraz, poznane na blogach... Jej nie stać nawet na wykonanie telefonu.

      Usuń
  10. Mam z tym utrwalaniem poważny problem. Niby pamiętam wiele wydarzeń z dzieciństwa i wczesnych lat młodości, ale gdy przyjdzie do konfrontacji z siostrą, okazuje się, że nic nie jest pewnego. Ona te same wydarzenia zapamiętała inaczej i choć bywam uparty, pewności nie mam, które z nas pamięta lepiej (do czego się przed nią nie przyznaję).

    Ale przyznam Ci się w sekrecie, ja mam dość krytyczny stosunek do wszelkich rytuałów. Najbardziej nie cierpiałem pastowania obuwia przed niedzielnym wyjściem do kościoła, a musiałem pastować na błysk swoje i ojca. Do dziś zapach pasty do obuwia przyprawia mnie o mdłości. Atakich rytuałów było niestety więcej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale Ci się nie dziwię - pastowanie butów to żadna atrakcja :)

      Usuń
  11. Klik dobry:)
    U nas rytuał telewizyjny odbywał sie w poniedziałki. Na poniedziałkowy Teatr Telewizji przychodzili sąsiedzi niemal z całego bloku. Byli elegancko ubrani, jak do prawdziwego teatru. Przynosili własne krzesła.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Widzę, że masz sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa. :) To cała seria notek w tym temacie, skąd ten pomysł?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tęsknoty. Za ludźmi, miejscami, czasami. Nic już nie pozostało...

      Usuń
    2. I to jest właśnie to za co nie lubię "czasu" - przemija i zabiera ze sobą w inny wymiar wszystko to, co się kiedyś tak kochało i do czego chętnie by się wciąż wracało...

      Usuń
    3. W samo sedno, Małgosiu. W samo sedno!

      Usuń
    4. A jak dodasz do tego to, ze kiedyś coś było taką zwykłą codziennością, którą uważałaś za normę, za coś, co będzie się działo "zawsze" i nie doceniałaś tego w pełni, kiedy to trwało, a teraz chętnie byś znów tego doświadczyła, mimo że to niemożliwe...? Dlatego tak chłonę teraz każdy dzień spędzony w moich starych kontach i upajam się tym, ile mogę, bo będzie to musiało wystarczyć na kolejnych kilka miesięcy

      Usuń
    5. Tak właśnie się dzieje. Myślałam, że to tylko ja tak odczuwam, bo w tym teraźniejszym życiu nie jestem szczęśliwa.

      Usuń