czwartek, 30 sierpnia 2018

487. Maroko: w cieniu dziecioroba i wodnego zegara


Jak sądzicie, który z uniwersytetów jest najstarszy na świecie? Na pewno nie XIV-wieczny Uniwersytet Jagielloński.


No to może XII-wieczny Uniwersytet Oksfordzki?


Nie. Albo nieco młodsza Sorbona?


Nie! XI-wieczny Uniwersytet Boloński? Też nie.


Mhm, uniwersytet w Kairze powstał w X wieku… ciepło, ciepło… Mamy go! To Uniwersytet Al-Karawijjin z IX wieku, znajdujący się oczywiście w Fezie. Połączony z meczetem, ufundowany został przez kobietę, Fatimę bint Muhammad Al-Fihriya Al-Qurashiya, córkę bogatego kupca, który przybył z Tunezji do Fezu i tutaj osiadł.

Zabudowania uniwersyteckie, meczet i minaret Al-Karawijjin pod zielonymi dachami
Uniwersytet chlubi się posiadaniem biblioteki o imponującym księgozbiorze, w którym ogromną wartość przedstawia m.in. wydanie Koranu z IX wieku.
Meczet Al-Karawijjin należy do najstarszych na świecie. Wstęp do niego (z uniwersytetem włącznie) mają tylko muzułmanie.


Modlących się zasłaniają przed wzrokiem turystów drewniane, zasuwane kraty.


Udało mi się sfotografować tylko dziedziniec, na którym wierni dokonują rytualnych obmyć w marmurowej misie ablucyjnej.




W Fezie znajduje się również uważana za największą i najpiękniejszą szkoła koraniczna – medresa Bu Inanijja.




Mieściło się w niej także coś w rodzaju internatu czy akademika dla uczniów. Co ciekawe, dla chętnych do zgłębiania tajników Koranu nie było żadnych ograniczeń wiekowych.

Kobiet nie przyjmują, to tylko ja :)


Nazwa medresy Bu Inanijja bierze się od imienia sułtana Abu Inana, który w połowie XIV wieku rozkazał ją wybudować. Mówi się, że tym samym wystawił sobie pomnik. Nie należał ponoć do przesadnie pobożnych, za to nie stronił od uciech życia (podobno w ciągu dziesięciu lat spłodził 325 synów – córek oczywiście nie policzono). Postarał się o to, aby obiekt błyszczał wspaniałością i przepychem, a jednocześnie elegancją.




Faktycznie, błyszczy, obficie udekorowany finezyjnymi stiukami...






...rzeźbieniami w drewnie cedrowym...





...i zellidżem.



Dziedziniec wyłożony został marmurowo-onyksową posadzką. Tradycja mówi, że po ukończeniu dzieła sułtan wyrzucił wszelkie rachunki do rzeki, twierdząc, że coś tak wspaniałego nie podlega żadnym wycenom. Medresa Bu Inanijja wyróżnia się spośród innych i tym, że posiada własny minaret i meczet z minbarem (to taki rodzaj kazalnicy).
Bardzo atrakcyjny obiekt mieści się dokładnie naprzeciw medresy.


Jest to zegar wodny, który sułtan kazał wybudować po to, aby wskazywał pory modlitwy. Oczywiście w którymś momencie przestał funkcjonować i przez stulecia nie było wiadomo, jaka jest zasada jego działania. Dopiero na początku lat 90-tych XX wieku odnaleziono dokumenty, które wyjaśniają konstrukcję i działanie mechanizmu. Jego renowacja została rozpoczęta. Z zewnątrz widać trzynaście okien, pod którymi znajduje się trzynaście drewnianych belek. W działającym urządzeniu wisiały na nich mosiężne naczynia, do których co godzinę spadały kolejno ciężarki. W ten sposób zegar wybijał godziny.


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

486. Złota Lista Gniotów Stulecia


Zdarza się często wśród czytelniczej braci, że po jakiejś szczególnie poruszającej lekturze dzielimy się ze sobą spostrzeżeniami o książce, która wywarła na nas duże wrażenie. Informacje o tym, co warto przeczytać, wymieniają między sobą członkowie rodzin, przyjaciele, znajomi, a nawet zupełnie obcy sobie ludzie, na przykład na forach internetowych. Sama skorzystałam kilka razy z porady Letniej, która szpera w Internecie w poszukiwaniu dobrej lektury. Często pośród blogerów znajdują się tacy, którzy w sposób cykliczny (na przykład raz w miesiącu) pokazują stosiki przeczytanych albo przygotowanych do czytania książek i polecają je innym, zamieszczając dłuższe lub krótsze opinie. Istnieją i takie blogi, które w całości poświęcone są recenzowaniu przeczytanych powieści.
W jednym z takich postów Jamaska, zanim poleciła Osobliwe szczęście Arthura Peppera Phaedry Patrick, napisała dwa zdania, które przykuły moją uwagę: „Ostatnio trafiam na same słabe książki, jedna gorsza od drugiej. Część rzucam w połowie, resztę męczę do końca.”. Przyznam, że te nieprzeczytane zaintrygowały mnie bardziej niż reszta. Aż chciałoby się zapytać: „A które to?”. Rozmawiamy bowiem i piszemy o literaturze godnej uwagi i polecenia, pomijając milczeniem to, po co – w naszej ocenie – nie warto sięgać i na co szkoda czasu. Tylko raz zdarzyło mi się trafić na antyrecenzję – u Iwony Zmyślonej, która zgłębiła tajniki poradnika Życie jest fajne Katarzyny Miller i Małgorzaty Szcześniak, dając wyraz swojemu zniesmaczeniu lekturą. I to mi się spodobało, bo uważam, że tego rodzaju opinie też są potrzebne.
Oczywiście wiem, że istnieją najprzeróżniejsze upodobania, preferencje i gusty, że co się nie spodoba jednemu, to drugi łyknie bez bólu. Mimo to sądzę, że warto przyjrzeć się każdej opinii. Mnie na przykład bardzo interesuje, które tytuły zaliczyliście do gniotów, po które nie warto sięgać. Zachęcam nawet do stworzenia wspólnej listy niechlubnych „przebojów” literatury – może kiedyś ktoś do niej zajrzy, a poza tym interesuje mnie po prostu, czego kto nie lubi. Mam tylko taką propozycję, aby pozostawić w spokoju literaturę klasyczną. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla kogoś może być kompletnie niestrawna Dziadów część III Adama Mickiewicza, podobnie jak dla mnie nie do przebrnięcia było W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, ale jednak z jakiegoś powodu zostały one zaliczone do kanonu literatury pięknej i jest to jakby odrębna bajka. Heroicznie postanawiam nawet zaprzeć się siebie samej i nie czepiać się W pustyni i w puszczy naszego rodzimego psychopaty Henryka Sienkiewicza. Cicho, sza!
Chciałabym, abyśmy skupili się na tych książkach, które chcemy czytać po prostu dla rozrywki, odpoczynku, „zresetowania” myśli, ucieczki od szarej codzienności albo dlatego, że wypada znać głośne tytuły, a które w gruncie rzeczy przynoszą rozczarowanie, nudę, obrzydzenie, niesmak.
Rozumiem, że jako pomysłodawczyni powinnam zainicjować tworzenie listy gniotów, toteż zaczynam.
Chronologicznie pierwszą powieścią, która obudziła we mnie żywiołowy wstręt, był Malowany ptak Jerzego Kosińskiego. Przebrnęłam przez to coś tylko dlatego, że w czasach, gdy to czytałam, byłam jeszcze twardą zawodniczką i dawałam szansę każdej książce do końca. Ten wytwór chorego umysłu (nie ma mowy, zdrowy podobnej ohydy nie produkuje, przynajmniej nie świadomie i dobrowolnie) zasadza się na spiętrzeniu obrzydliwości, dewiacji i cholera wie, czego jeszcze, które spotykają jednego małego chłopca. Nawet jeśli miał się w tym kryć jakiś ważny przekaz (np. o Holocauście), to w formie nieprzyswajalnej dla zdrowej jednostki. Ani w tym metafory, ani prawdopodobieństwa życiowego – nic poza kumulacją totalnego plugastwa. Na co? Po co? Co z tego, że przetłumaczono na dwadzieścia języków, skoro tak naprawdę nie powinno ujrzeć światła dziennego? Wiem, taka to powojenna tendencja w sztuce – epatować bezsensowną makabrą i jakimś rozwiązłym wręcz turpizmem, ale chyba wyłącznie w jednym celu: aby szokować i w ten sposób zdobyć poczytność. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał Malowanego ptaka, nie tylko nie polecam, ale wręcz odradzam. Życie potrafi wystarczająco dać w kość, nie potrzeba sobie go jeszcze bardziej obrzydzać. Malowanemu ptakowi mówimy stanowcze „NIE”!
Jako następny dorzucę do listy doskonale wszystkim znany tytuł, jeden z tych, który „wypada znać”: Pielgrzym Paulo Coelho. No, skoro wypada, to trzeba było przeczytać. Matko Boska z którego bądź kościoła! Czym ci ludzie się zachwycają (a zachwycają się, skoro to taka słynna powieść)?! Rzygliwe, pseudofilozoficzno-mistyczno-magiczne, nudne flaki z olejem! Nie ufając własnej ocenie, doszłam do wniosku, że może do tego autora nie dojrzałam i że pewnie należało zacząć od czegoś innego, sięgnęłam więc po Alchemika. Matko Boska z którego bądź!... Taka sama tragedia, nawet mówić nie ma o czym. Panu Coelho mówimy stanowcze „NIE!”.
Gdy natknęłam się na Chatę Williama Paula Younga, niewiele o niej wiedziałam. Letnia powiadomiła mnie pewnego razu, że na odwiedzanych przez nią forach powtarza się tytuł jakiegoś absolutnego bestselleru, polecanego przez zafascynowanych nim czytelników. Jako że miała to być powieść w jakiś nadzwyczajny sposób wyjaśniająca sens cierpienia, zainteresowała mnie. W końcu któż z nas nie zaznał w życiu bólu i to takiego, który nas przerósł? Poza tym, że to całkowity hit, nie wiedziałam nic i nie szukałam jakoś przesadnie kolejnych informacji – postanowiłam sama sprawdzić. Córka wypożyczyła Chatę, zabrała się za nią z werwą, po czym nagle jej tempo czytania znacząco osłabło aż w końcu utknęła w okolicy setnej strony. Zniecierpliwiona faktem, że jeszcze mi jej nie przekazała, ponagliłam w końcu, a wtedy wyciągnęła się ku mnie ręka z książką, zaś za jedyny komentarz posłużył mi widok niesłychanej odrazy malującej się na obliczu Dzieciątka. Niezrażona wzięłam się za czytanie, jednak tak jakoś między stroną osiemdziesiątą a setną mój pierwotny entuzjazm nie tylko sklęsł jak przekłuty balonik, ale i rychło zamienił się w obrzydzenie pomieszane ze zdumieniem, że można podziwiać i uważać za głęboki, piękny, prawdziwy, podniosły, niebanalny etc., etc. taki potworny bzdet. Zmęczyłam go do końca nie dlatego, żebym miała za dużo wolnego czasu, ale z powodu wściekłości, która mnie ogarnęła. Była to złość na ludzi, którzy okrzyknęli te pierdy mianem hitu. Nie umiałam pogodzić się z faktem, że zmarnowałam ileś tam czasu nadaremnie. Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że może jeszcze jakiś nieoczekiwany zwrot akcji zamieni wybździnę w rzeczywiście dobrą powieść, ale na próżno. Do ostatniej strony nie zaistniało nic, co wpłynęłoby na zmianę zdania o tym… czymś. Zatem Chacie mówimy stanowcze „NIE”!
Niedawno usłyszałam przypadkiem o neurochirurgu, który opisał swoje przeżycia będące jakoby dowodem na istnienie życia pozagrobowego. Wcześniej tego typu książki (np. Życie po życiu Raumonda Moody’ego) opierały się na zapisie doświadczeń osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Później pojawiły się ze strony świata nauki odpowiedzi na pytanie o to, co dzieje się z mózgiem człowieka umierającego. Przeczyły one mistycznej interpretacji opisanych historii. Kolejne głosy w dyskusji wzięły pod uwagę fakt, że tajniki mózgu wciąż pozostają niezgłębione do końca, tak więc kwestia pozostała w zawieszeniu między wiarą, niewiarą i nauką. Aż tu nagle pojawił się niejaki Eben Alexander, neurochirurg, który przedstawił własne doświadczenia, zupełnie inne niż wszystkie dotychczasowe, w autobiograficznej książce zatytułowanej Dowód, a następnie jeszcze pogłębił temat w Mapie nieba. Sięgnęłam po Dowód z prawdziwą ciekawością. Połączenie przeżyć autora z wykonywanym przez niego zawodem (nie tylko czynnie pracujący lekarz, ale także wykładowca i redaktor czasopism medycznych) zapowiadało coś naprawdę dobrego. Spodziewałam się rzetelnego opisu połączonego z fachowością… Nic bardziej mylnego. Jeśli książki nudne i złe nazywam gniotami, to Dowód zasługuje na miano supergniota, hipergniota, megagniota, a nawet gigagniota! Rzewne, kiczowate obrazy w stylu lotu na skrzydłach motyla i tęczowych kul, opisane nudnym, miejscami infantylnym językiem, przeplatają się z naukowymi wywodami, które nijak nie chcą się zazębić z tymi pierwszymi ani niczego nie wyjaśniają. Byłam dzielna i chciałam taką pozostać, jednak uświadomiłam sobie, że na świecie istnieje tyle książek, że na przeczytanie choćby ułamka tego gigantycznego księgozbioru nie wystarczy mi życia, po cóż więc tracić czas na coś tak głęboko niestrawnego? Przerwałam czytanie w połowie, spakowałam Dowód i nietkniętą Mapę nieba do siatki, a nazajutrz rano były już z powrotem w bibliotece. Panu Ebenowi Alexandrowi mówimy stanowcze „NIE!”.
A teraz Wy, bo mnie się skończyły moce przerobowe na dziś.

piątek, 17 sierpnia 2018

485. Wspomnienie dla ochłody


Zima pojawiała się pewnego dnia za oknami, nieodmiennie kojarząc mi się z ulubionym sosem koperkowym do jajek na twardo. Rzadkie, szarozielone trawki wystające spod cienkiej warstwy pierwszego śniegu wyglądały łudząco podobnie do kawałeczków posiekanego koperku w gęstej, śmietanowej zawiesinie. Uwielbiałam patrzeć na padający śnieg. Stojąc przy oknie w kuchni, zadzierałam głowę i patrzyłam w górę. Na tle bladego, zimowego nieba wirujące płatki wyglądały jak szarawy popiół. Gdy wychodziłam z domu, wnikliwie oglądałam śniegowe gwiazdki osiadające na szaliku i rękawiczkach. Podziwiałam ich misterne, filigranowe kształty i dziwiłam się, jak szybko znikają. Był to czas, gdy lubiło się zimę, bo niosła tyle wspaniałych atrakcji: śnieg, lodowisko, sanki, Mikołaja, urodziny, ferie zimowe... Nie myślałam wtedy o tym, że na ulicach jest ślisko i niebezpiecznie, że ludzie łamią ręce i nogi, nie przeszkadzały mi grube ubrania ani przemakające rękawiczki i buty. Nie wracałam ze szkoły prosto do domu, lecz razem z rozwrzeszczaną dzieciarnią spędzałam kolejne godziny, jeżdżąc na butach po prowizorycznej ślizgawce urządzonej gdzieś na chodniku przed szkołą. Nierzadko wpadałam do domu zgrzana, zdyszana, z zaczerwienionymi od mrozu i ruchu policzkami, na które mówiłam „buły”, w porozpinanej kurtce, narażając się na gniew babci i przeziębienie. Po obiedzie cała okoliczna ferajna wylegała na górkę na plantach za internatem. Ta z samego brzegu bulwarów, po prawej stronie (dzisiaj najbliżej Lidla) była najwyższa i najbardziej stroma. Z kolei ta od strony przeciwnej, najłagodniejsza, przecięta alejką, łączyła się z drugą pod wieżowcem. Dzisiaj wszystkie wydają mi się nieprawdopodobnie niskie, nie do zjeżdżania, a przecież to wciąż te same miejsca, nadal okupowane przez dzieci. Na początku chodziłam na sanki z Helą, która biła rekordy cierpliwości wystając godzinami na mrozie, podczas gdy ja nie znałam umiaru. Później, w miarę upływu lat, nie potrzebowałam już opieki. Czasem do zabawy przyłączał się wujek. Wyczyniał wtedy karkołomne ewolucje: fikał koziołki razem z sankami, stawał na głowie i tak zjeżdżał. Osobiście zadowalałam się tradycyjnymi sposobami – zwyczajnie, na siedząco i „na śledzia”, czyli na brzuchu, głową do przodu. Z czasem doszły inne urozmaicenia: bokiem, na plecach głową w dół albo na siedząco, ale za to tyłem. Towarzyszyło temu dyskretne podwyższenie poziomu adrenaliny we krwi.
Z początku jeździłam na moich pierwszych, dziecinnych sankach, które nie nastręczały zbyt wielu możliwości, ponieważ miały dość głębokie oparcie, a w przedniej części uskok i nisko położone szczebelki pod nogi, jakby podłogę. Trudno więc było nawet nimi kierować, bo ze względu na oparcie nie dało się położyć nóg po bokach, na płozach. Któregoś roku zastałam prezenty od Mikołaja ułożone na środku pokoju na pięknych, dużych, „dorosłych” sankach. Od tej pory mogłam szaleć. Pamiętam, jak pewnego razu wybrałam na miejsce do zjeżdżania mniej więcej środkową część górki ciągnącej się wzdłuż tyłów internatu, dokładnie naprzeciw szachownicy obsadzonej ozdobnymi krzewami, tonącymi wówczas do połowy wysokości w śniegu. Sądziłam, że do nich nie dojadę, jednak źle to sobie obliczyłam.
Rozpędzone sanki wbiły się w ośnieżone chaszcze, a ja wyleciałam głową do przodu jak z procy, lądując w puchowej zaspie. Oczywiście nic mi się nie stało, choć poczułam się mocno zaskoczona. Prawdziwa frajda zaczynała się wraz z rozpoczęciem ferii zimowych. Czas płynął wtedy jakoś inaczej, dużo wolniej niż dziś i dotyczyło to również czasu wolnego od szkoły, który rozciągał się w prawdziwą, pełną nieskrępowanej swobody wieczność. Był jak jakaś odrębna, szczęśliwa era. Najlepsze było to, że na cały ten czas przyjeżdżała do swoich dziadków Joa. Przy niesprzyjających warunkach pogodowych bawiłyśmy się zawzięcie w domu, kłócąc się i godząc przynajmniej raz dziennie. Zazwyczaj jednak przepadałyśmy na całe dnie na górce albo na lodowisku urządzonym tuż przed naszymi oknami, na szkolnych boiskach przed internatem. W domu zjawiałyśmy się tylko na chwilę, na obiad, gdy wołały babcie, a drugi raz wieczorem. Nasze buty i rękawiczki wciąż lądowały na kaloryferach, zwłaszcza wtedy, gdy wybierałyśmy dzień na śniegu.
Zimy w tamtych czasach były mroźne i śnieżne, dlatego nieraz codziennie od nowa trzeba było przecierać szlaki dla sanek, które grzęzły w świeżym śniegu. Cała dzieciarnia rzucała się na górki, często gęsto odśnieżając trasę własnymi ciałami. Kładliśmy się po prostu na szczycie górki bokiem i spychaliśmy sobą śnieg aż do samego dołu. Niektórzy robili to za pomocą sanek ustawionych w poprzek, ale śnieg przesypywał się przez płozy. Gdy mieliśmy ochotę na dodatkowe atrakcje, ze zwałów śniegu usypywaliśmy na dole „skocznię”, czyli pagórek, na który wjeżdżało się z impetem i lądowało kawałek dalej. Trzeba przyznać, że sanki robiono wówczas nader solidne – wytrzymywały to wszystko nad podziw dobrze. Tylko blaszane okucia na płozach rdzewiały i przecierały się czasem, ale i na to znajdowała się rada: tato zdejmował je i z metalowej taśmy robił nowe. Smarował je woskową świeczką, pewnie dla zabezpieczenia przed korodowaniem, ale dla mnie to miało inne znaczenie – nawoskowane lepiej niosły, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Ferie zimowe miały i tę zaletę, że uczniowie rozjeżdżali się do swoich domów, internat pustoszał, a wraz z nim lodowisko, które pozostawało do naszej wyłącznej dyspozycji. Mama wypożyczała z uczelni łyżwy, czasami dla całej rodziny i bywało, że późnym popołudniem na lód wychodzili dorośli. Pamiętam rodzinną eskapadę na lodowisko, które w jednym roku zostało urządzone na boisku do koszykówki. Byłam wtedy dość mała, bo zamiast figurówek używałam jeszcze przypinanych do butów skórzanymi paskami dziecinnych łyżew saneczkowych o podwójnych płozach. Ciocia B. nie była wtedy jeszcze żoną wujka. Było ich czworo i ja. Jeździliśmy wieczorem w świetle latarni po niezbyt dużej powierzchni (najlepsze lodowiska powstawały na dużym boisku do piłki nożnej), dopóki nie przewrócił się ktoś z dorosłych. Na niego poleciała kolejna osoba, która nie zdążyła wyhamować, a na kotłujący się kłąb – trzecia. Zrobiło się jak w „Rzepce” Tuwima:
Aż wstyd powiedzieć,
co było dalej!
Wszyscy na siebie
poupadali [...].
Nie pamiętam, w jakiej konfiguracji się to odbyło i czy przewróciła się tylko trójka, czy też wszyscy czworo, ale wśród poszkodowanych była na pewno mama. Śmiali się wszyscy. Tym, kto na pewno się nie przewrócił, byłam ja. Na łyżwach saneczkowych nie dało się ani przesadnie szarżować (prawdę mówiąc, nie można było się nawet dobrze rozpędzić), ani przewracać. W moich wspomnieniach utrwaliła się atmosfera beztroski i śmiechu, które wypełniły tamten wieczór i wiele jemu podobnych.
Na lodowisku potrafiłam spędzać całe dnie. Czasem jeździłam sama, czasem byłyśmy na lodowisku we dwie z Joasią, a czasem przychodził jeszcze ktoś „zza ogródka”, przeważnie z wieżowca. Pewnego dnia usiłowałyśmy z Gośką nauczyć jeździć na łyżwach Roberta – „Rybę”. Chłopak bał się i ledwo utrzymywał równowagę. Gdy zaczął stawiać pierwsze niepewne kroki i podjeżdżać po kawałeczku w przód, robił to zgięty w pół, z rękami prawie przy samej tafli lodu, zapewne po to, żeby – na wszelki wypadek – mieć bliżej do twardego podłoża. Kiedy zaczynał czuć się nieco pewniej, prostował się stopniowo. Byłyśmy trochę okropne i co chwilę któraś z nas wołała w jego kierunku: „Ryba, siad!” Biedak, nie dość, że niepewnie trzymał się na nogach, to jeszcze – zdeprymowany naszymi złośliwymi okrzykami – przewracał się na każde wezwanie. Bóg wie, ile siniaków wyniósł z tego kursu, ale jednak nauczył się w końcu jeździć na tyle, żeby czuć się pewniej.
Mój powrót z lodowiska do domu – i to zaledwie na chwilę – mogło spowodować jedynie stanowcze wezwanie babci na obiad przez okno kuchni. Biegłam wtedy na górę w łyżwach (tych prawdziwych, figurówkach), szłam w nich przez cały korytarz i nie zdejmując ich z nóg siadałam przy stole. Zjadałam obiad pośpiesznie, nic nie robiąc sobie z gderania dziadka, że poprzecinam szare linoleum i tym samym sposobem wracałam na lód. Biegając w łyżwach po korytarzu i po schodach tępiłam je niemiłosiernie, co z kolei denerwowało tatę, który musiał w kółko je ostrzyć. Trzymając łyżwy do góry nogami, ściśnięte między kolanami, operował wielkim pilnikiem i mamrotał pod nosem rozmaite inwektywy pod moim adresem. Gwoli ścisłości – jego burczenia też nie brałam zbyt serio. Swoje musiał odburczeć, ale krzywdy nigdy nie wyrządził.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

484. Maroko: w akompaniamencie młotków


Zmierzając w kierunku Placu Seffarine, przeszliśmy przez jeden z rozlicznych, barwnych suków pełnych różności, czasem zresztą zdumiewających.



Sterty oliwek o różnych kolorach i smakach regularnie przyprawiały mnie o palpitację serca. W życiu nie jadłam pyszniejszych od tych przyprawionych czosnkiem i zieloną pietruszką albo ostrą, czerwoną harissą z chili i czosnku! Praktycznie przez cały pobyt w Maroku obżerałam się nimi, bezwstydnie nie okazując ani cienia umiaru.


Marokańskie pomarańcze i truskawki biły rekordy słodkości…




…sery przepięknie opakowane w liście palmowe wzbudzały mój zachwyt…


…karczochy i owoce jojoby – zainteresowanie…



…a obrzydliwie kolorowe ciasteczka – niesmak.


Mijając stoiska oferujące do jedzenia rozmaite stworzenia, raczej przyśpieszałam kroku.




Dużo lepiej prezentowała się ekspozycja hidżabów…


…a czajniczki do parzenia herbaty z mięty marokańskiej (skrajnego obrzydlistwa, którym zapijało się moje dziecię) do tego stopnia mnie zachwyciły, że w końcu kupiłam sobie jeden.



Tłoczny Plac Seffarine przywitał nas charakterystycznym hałasem. To rzemieślnicy trudniący się wyrobem metalowych – głównie miedzianych – naczyń, tłuką się młoteczkami, młotkami i młotami od rana do wieczora.






Fez słynie również z bajecznie kolorowych tkanin, zwłaszcza prawdziwych wełnianych dywanów. Tak jak ma to miejsce w wypadku innych gałęzi rzemiosła, również wytwarza się je ręcznie. Wzory, kolory i rozmiary występują w ilościach mogących przyprawić o zawrót głowy. Ceny (dla turystów już nie w dirhamach, a w euro) również.