sobota, 29 września 2018

493. Maroko: najbardziej skomplikowana mila kwadratowa na świecie


Tytułowym mianem nazywana jest stara medyna w Fezie (Fas al-Bali). Przy czym nie idzie tutaj o jej wielkość (w Maroku istnieją większe, jak choćby w Marrakeszu). Życie medyny nie zmieniło się od wieków, a niektórzy z jej mieszkańców nigdy w życiu jej nie opuszczali i nie znają świata rozpościerającego się poza nią.



W średniowiecznych murach obronnych znajduje się czternaście bram, z których najbardziej atrakcyjna jest Bab Bu Dżalud.




Czyżby zakaz wjazdu dla osłów?
Tradycyjnie zachwyciła mnie jej ornamentyka.



Zagłębienie się w uliczki starego miasta oznacza wejście do świata 9 000 (!) wąskich zaułków, bajecznie kolorowych suków, maleńkich restauracyjek, jadłodajni, sklepików, straganów, warsztatów rzemieślniczych. Wiele z nich połączonych jest od razu ze sklepami, jak ten, w którym wytwarzane są tkaniny we wszystkich kolorach tęczy i szyte z nich abaje, galabije, torebki, chusty, szaliczki, ozdobne poszewki na poduszki.






Tutaj też czas zatrzymał się w miejscu, a metody pracy pozostały tradycyjne. O ile z rozpoznaniem warsztatu tkackiego nie miałam problemu, o tyle pewnych trudności nastręczyło mi zorientowanie się, o co chodzi z urządzeniem, którego używał niemłody już krawiec. Siedząc skromnie w kąciku, dłubał przy trzymanej na kolanach szacie, coś szyjąc, obrabiając, haftując czy tkając za pomocą kilku długaśnych nici, ciągnących się od dziwnej maszyny.




Suki w Fezie, jak wszędzie, przyprawiają o zawrót głowy feerią barw i zapachów.



Jak zwykle, najbardziej zafascynowało mnie jedzenie.




Sery w koszyczkach z liści palmowych to istne arcydzieła!
W jednym z zaułków medyny znaleźliśmy taki oto zabytkowy balkonik. Tylko w ten sposób kobieta mieszkająca w domu mogła obserwować, co dzieje się na ulicy. Ona sama nie mogła się pokazać ludziom „po domowemu” – z odkrytą twarzą.


Na placu en-Nejjarine (Placu Stolarzy) znajduje się stara fontanna o tej samej nazwie, ozdobiona tradycyjnym zellidżem.



Można pić z niej wodę, czego dowodem jest stojący na niej kubek. Nie odważyłabym się tego zrobić – kubek jest jeden, a korzystają z niego wszyscy.


Chłopiec się nie bał, ale on był miejscowy
Elementem niemal zwalającym z nóg było stoisko oferujące wszystko, czego potrzeba młodym parom do ślubu, słowem – królestwo kiczu i chały. Palmę pierwszeństwa w tej konkurencji zdecydowanie dzierżą lektyki i coś w rodzaju karocy.





Ochłonięcie z wrażeń zagwarantowała mi dopiero restauracja, w której zjedliśmy obiad.



Danie główne – oczywiście tażin – poprzedziły przystawki śmierdzące arabskimi przyprawami, których nie znoszę.



środa, 26 września 2018

492. Ciotka Klotka? Niekoniecznie!


Przepadam za ludźmi twórczymi. Godni podziwu są ci, którym w ogóle jeszcze chce się coś robić, bo zjawisko tumiwisizmu zdaje się zataczać coraz większe kręgi, jest jednak gros takich, których napędza to, co lubią robić. Szczególną słabość żywię wobec osób przejawiających dążenia do samorealizacji poprzez zaspokajanie swych potrzeb estetycznych – nie jako odbiorców, ale kreatorów.


Pominę podziw, jakim od zawsze darzyłam wielkich architektów, literatów, malarzy, rzeźbiarzy, kompozytorów – mistrzowie to inna kategoria ludzi – geniusze, wybitne jednostki, przed którymi tylko zamilknąć z szacunkiem wypada. Mam dziś na myśli ludzi zwyczajnych, najzwyklejszych, obok których żyjemy, których znamy i którzy pewnie nigdy nie sięgną po tytuł mistrza, bo nie wszyscy mogą stać się laureatami nagrody Nobla, ale już do gwiazd – tak. I sięgają po nie na co dzień.


Widzimy ich na przykład na blogach. Piszą wiersze, prozę, nierzadko malują, wytwarzają różnego rodzaju przedmioty (dziergane, klejone, wypalane, składane, kształtowane za pomocą dłoni lub narzędzi) i pokazują ich zdjęcia. Kochają to, co robią, bo to stanowi ich świat, ich marzenie i pasję, ich spełnienie. Efekty pracy i wytrwałości, choć czasem nawet koślawe, to ich ukochane dzieci.


Czasem ich życie układa się tak, że na realizację potrzeby tworzenia brakuje czasu. Dzieci, praca, wnuki, setki i tysiące codziennych czynności, które nie wykonają się same… Potem przychodzi druga połowa życia i wydaje się, że już za późno na debiuty, a przecież tak nie jest. Dobrze jest wyjść z szuflady niezależnie od tego, kiedy się to stanie.


Przykładem osoby, którą podziwiam, jest moja 66-letnia ciocia – siostra mojej mamy. Nawet pracując zawodowo, przekuła swoją dziedzinę w rodzaj twórczości – poświęciła się laboratoryjnemu krzyżowaniu roślin, aby pozyskiwać nowe gatunki. Wyhodowała m.in. nowe odmiany gerbery, które zawędrowały aż do Holandii i sama nadała im nazwy.


Wiersze zaczęła pisać w podstawówce i robi to do dzisiaj. Częściej, rzadziej, z różnym powodzeniem, ale przelewa na papier to, co jej w duszy gra – nie tylko w postaci poezji, ale także luźnych refleksji. Jakoś nie przyszło jej nigdy do głowy spróbować swoich sił w konkursach lub wydawnictwach, ale samodzielnie skomponowała tomiki, zaprojektowała okładki, zilustrowała fotografiami i wydała jako fotoksiążki.


Robieniem zdjęć zaczęła się parać stosunkowo późno. Szczególne zamiłowanie przejawia w stosunku do fotografii artystycznej oraz… starej i zniszczonej, którą z przyjemnością retuszuje, a brakujące części odtwarza. Już na emeryturze lub krótko przed nią opanowała programy do obróbki fotografii.


Gdy przyszły na świat dzieci moich kuzynów, poszerzyła działalność pisarską o wierszyki i wierszowane bajeczki dla dzieci. Zrobiła to oczywiście z myślą o nich, więc znów zilustrowała, tym razem zabawnie i każdemu maluchowi taką babciną książeczkę sprezentowała.


Ale to nie wszystko, bo ciocia jeszcze rysuje, haftuje, eksperymentuje w kuchni i potrafi uszyć coś z niczego. Wiele lat poświęciła na poszukiwania archiwalne, dzięki którym udało jej się doprowadzić drzewo genealogiczne rodziny do średniowiecza. Dowiedziałam się przy tym wielu zadziwiających rzeczy o swoich korzeniach.


Na bieżąco pisze historię rodziny, układając ją tematycznie, dobierając zdjęcia, skanując dokumenty i znów układając je w fotoksiążki. Aktualne, tematycznie ilustrowane zdjęciami kalendarze robi od lat i obdarowuje nimi całą rodzinę. Interesuje się starą architekturą drewnianą, więc tłuką się z wujkiem po opłotkach, zbierają historie i fotografują. Czasem zastanawiam się, w jaki sposób ciocia znajduje na to czas, ale udało jej się zarazić wujka, który nie tylko namiętnie jej kibicuje, ale i pomaga. Służy jako kierowca, asystent techniczny, drugi fotograf, doradca i krytyk. W tandemie działają bezbłędnie.


Spotykam takich ludzi w Internecie. Nie każda dziedzina mnie interesuje, nie wszystkie wytwory zachwycają, ale zawsze urzekają ich autorzy. To jednak materiał na inną opowieść…


(Zdjęcia, których użyłam w tym tekście, są autorstwa mojego i mojej córki.)



sobota, 22 września 2018

491. Jestem głupia, głupia, głupia, głupia!

Furia mnie tłucze od czwartku – wściekłość na samą siebie i na moją bezdenną głupotę! Pluję sobie w brodę tak, że ślina dynda mi już do palców u stóp, a na widok lustra lub czegokolwiek, co pokazałoby mi moje odbicie, czmycham z podkulonym ogonem, bo spojrzenie samej sobie w oczy mnie przerasta.
Co zmalowałam? Najpierw, na wypadek, gdyby ktoś nie pamiętał, z kim pracuję, można sobie przypomnieć tutaj, tutaj, tutaj tutaj.
Otóż jakieś cztery miesiące temu wymyśliłam w pracy pewne przedsięwzięcie. Podzieliłam się pomysłem z Kościotrupem, którego zamierzałam poprosić o współpracę. Tymczasem za szafą podsłuchiwała Prostaczka, a potem wyskoczyła jak diabeł z pudełka i zaczęła się wpieprzać w mój plan ze swoimi pomysłami na udoskonalenie. Spuściłam ją po brzytwie, bo tym, czego nie lubię najbardziej, jest bylejakość, Prostaczka zaś jest mistrzynią miernoty i chały. Nie zdarzyło mi się jeszcze ujrzeć czegoś, co zrobiłaby dobrze i nie na odpierdziel.
Następnie przyszły upały, a wraz z nimi rozmiękczenie mózgu i odłożyłam sprawę ad acta. Dopiero ostatnimi dniami, gdy temperatury w końcu nieco odpuściły, wróciłam do sprawy i powoli zabrałam się za jej planowanie. W międzyczasie poprzychodziły mi do głowy pomysły racjonalizatorskie i w pocie czoła zaczęłam je dopracowywać, udoskonalać i dopieszczać. We wtorek ujrzałam się bliską sukcesu, a w środę Prostaczka z Kałmukiem porozwieszały ogłoszenia i ledwo uwierzyłam w to, co widzę: Prostaczka ukradła mój pomysł sprzed czterech miesięcy i, zaprosiwszy do współpracy Kałmuka (który jest zupełnie niekompetentny), wykonały mój plan w sposób żenujący. Nie padłam ciepłym trupem na miejscy tylko dzięki moralnemu wsparciu Góralki i Kościotrupa. I jako że pierwsze przykazanie w moim dekalogu brzmi: nie będziesz dawać satysfakcji tumanom i półgłówkom, nawet nie mrugnęłam okiem. Moje zweryfikowane plany i tak różnią się dalece od żałosnej chałtury tej ograniczonej umysłowo dwójki, więc niech się bujają, a ja jeszcze popracuję i zrobię swoje po swojemu.
A teraz ad rem. Gdzie w tym wszystkim miejsce na moją tytułową głupotę? Otóż popisałam się nią zaraz w czwartek, robiąc coś tak godnego pożałowania, że najchętniej zapadłabym się pod ziemię: z własnej, nieprzymuszonej woli, wiedziona jakimś niekontrolowanym odruchem pomogłam Kałmukowi w pracy, z którą sobie nie mogła poradzić!!!
I teraz macie święte prawo, a nawet powinność, złożyć w komentarzach wiązanki najwymyślniejszych obelg pod moim adresem. Na wszystkie solennie zasłużyłam.

poniedziałek, 17 września 2018

490. Maroko: do czego służy gałązka mięty


Najbardziej zdumiewającym miejscem w Fezie były dla mnie garbarnie. Idąc w ich kierunku, mijaliśmy miejsca, w których wyraźnie było widać, że jest XXI wiek...

Liczba anten satelitarnych dobitnie wskazuje na współczesność
...aby za chwilę skonstatować z zaskoczeniem, że przedzieramy się wąskimi, średniowiecznymi zaułkami, a pod nogami płyną nam ochoczo strumienie czarnej cieczy. Ciecz okazała się farbą, co zasygnalizowało bliskość garbarni Szawara. Przekonał nas o tym również potworny smród.

Robotnicy moczący skóry w rzece
Garbarnie Szawara w Fezie należą do największych i najbardziej znanych w Maroku. Działają nieprzerwanie od setek lat, dokładnie tym samym systemem, co w średniowieczu.

Skóry leżą, gdzie popadnie
Rzemieślnicy trudniący się wyprawianiem i farbowaniem skór dziedziczą z ojca na syna nie tylko zawód, ale nawet stanowiska pracy. Niektóre istnieją nieprzerwanie od setek lat, nowsze buduje się nieodmiennie według tradycyjnego wzoru. Są to kamienne lub murowane kadzie usytuowane na świeżym powietrzu, które w tym miejscu nigdy nie jest świeże.


Śmierdzą skóry, ale przede wszystkim naturalne składniki używane do ich obróbki: odchody gołębi (a w Polsce ludzie narzekają na fajdające ptactwo!) oraz mocz wielbłądzi i bydlęcy. Barwniki także są naturalne, po syntetyczne wciąż sięga się rzadko.



Oczyszczone skóry moczy się w barwnikach i suszy na murach zabudowań.


Ludzie, którzy parają się tym rzemiosłem, należą do cechów rzemieślniczych. Potworne warunki sanitarne ich pracy napawają zgrozą, pojęcie BHP z pewnością tam nie istnieje, a opieka medyczna zatrzymała się również na etapie średniowiecza. Dlatego rzadko który z nich żyje długo – wdychają żrące opary i często sięgają po narkotyki, żeby jakoś wytrzymywać w tym piekle.







Droga na tarasy i dachy, z których można zobaczyć garbarnie, wiedzie przez sklepy z galanterią skórzaną. Właściciele rozdają nawet wchodzącym gałązki mocnej mięty marokańskiej, które bardzo się przydają. Przytknięte do nosa, pozwalają obejrzeć ten, skądinąd fascynujący, przybytek z zaledwie średnim uszczerbkiem na węchu i psychice.


Gotowe wyroby


Skórzane "poszewki" na poduchy




Babusze - kolorowe marokańskie pantofle