niedziela, 28 października 2018

500. Wetlina (XIII)


Wiosna w internacie rozkwitała intensywnie pachnącymi fiołkami, które babcia troskliwie układała na maleńkim spodeczku z wodą albo wstawiała do kieliszka zastępującego miniaturowy flakonik. Trawa szybko nabierała soczystej, świeżej barwy, a potem przychodziło słoneczne lato. Ośrodek „Dźwigu” w Wetlinie-Starym Siole, wyposażony przez babcię Danusię w okresie, gdy tam pracowała, stał otworem. Jeździli wszyscy – rodzice, dziadkowie, cioteczki, wujkowie, nawet sąsiedzi.

Na leżaku siedzi pani Ela, nasza sąsiadka z parteru (dziś już nieżyjąca). Siebie chyba nie muszę przedstawiać...
Przez lata poznaliśmy chyba wszystkie domki: małe, z pojedynczymi tapczanikami i duże, z malutką kuchnią, trójnogimi zydelkami, stryszkiem, na który wchodziło się po drabinie oraz sprytnie rozkładającą się ścianą przedpokoju, z której dawało się zrobić stół. Przedpokój zmieniał się wówczas w rodzaj werandy.

Ta jejmościanka pośrodku to ja. Z lewej babcia Maria, z prawej - moja mama

Tutaj, pod innym domkiem, jestem już starsza. Z tyłu łypie z leżaka chyba mama, a pod dachem suszą się... bielizna i wianki grzybów.

I jeszcze starsza, wychylam się przez okno, pod którym siedzi Darek, mój kuzyn z Gdańska. Za mną, po lewej, jego siostra Iwona, potem ciocia Sabina i moja mama.
Nie przygotowywaliśmy jednak posiłków sami. Dostarczała ich długa jadalnia w kształcie litery L, umiejscowiona w samym centrum ośrodka. W odpowiednich porach rozchodziły się z niej zapachy zupy mlecznej lub obiadu.

Z mamą na ulubionej huśtawce. W tle budynek jadalni. Chude nogi naprzeciwko należały do wujka.
Jedyną niedogodnością były łazienki, a raczej ich brak w domkach. Tak do ubikacji, jak i do mycia trzeba było za każdym razem iść do osobnego budynku, w którym mieściły się sanitariaty. Droga do niego wiodła przez centralnie położony plac zabaw lub wzdłuż niego – w zależności od tego, którą drogę się wybrało. Cały ośrodek poprzecinany był gąszczem ścieżek i ścieżynek, z których wszystkie wiodły do najważniejszych punktów. Wszechobecna trawa, świerki, brzózki i absolutny brak choćby jednej płyty chodnikowej miały niepowtarzalny urok obcowania z naturą, która zaskakiwała czasem rosnącym nieopodal domku grzybkiem, czasem wygrzewającą się w słońcu żmiją, a wieczorami rojem robaczków świętojańskich.

Widząc moją minę, żmije czmychały w popłochu.
Spędzałam całe dnie głównie na placu zabaw.

Wtedy jeszcze nie było basenu i klubokawiarni - dopiero je budowano, o czym świadczą hałdy za mną.
Do piaskownicy zupełnie mnie nie ciągnęło, z wysokiej zjeżdżalni korzystałam niejako rekreacyjnie, ale żelaznym punktem programu były zawsze duże, ciężkie huśtawki. Na początku zdana byłam na innych, więc kto żyw, zapuszczał korzenie, huśtając mnie godzinami. Nierzadko musiał bujać i misia, którego sadzałam po sąsiedzku.

Nie mam pojęcia, kim był jegomość koło mnie. Chyba jeszcze nie interesowałam się mężczyznami, radochę sprawiała mi huśtawka.
Później, gdy nauczyłam się sama wprawiać huśtawkę w ruch, stałam się w tej materii zupełnie niezależna. Z upodobaniem fruwałam pod niebo, za punkt odniesienia biorąc ciemne, majestatyczne świerki. Wyciągnąwszy do przodu nogi, zyskiwałam wrażenie, że dotykam czubkami palców gałęzi lub podłużnych szyszek.

Za moimi plecami jest już klubokawiarnia, a za nią widać Smerek.
Na pojedynczej huśtawce bez ogranicznika, stojącej po skosie od „moich”, wujek dokonywał ekstremalnych ewolucji. Raz nawet „przewinął się” na stojąco na moich oczach, co wzbudziło we mnie nie tylko podziw, ale i żal, że jestem zbyt mała, aby mi było wolno powtórzyć jego wyczyn.
W pierwszych latach, gdy byłam jeszcze wystarczająco nieduża, korzystałam z niewielkiej karuzeli.

Na karuzeli miś Basia (ten jaśniejszy), miś Marek (ten ciemniejszy, był bordowy w kratkę) i ja. W tle klubokawiarnia i góry zasłaniające krajobraz.
Nie dostawałam nogami do ziemi, więc ktoś musiał mi towarzyszyć. Najwięcej cierpliwości miała, rzecz jasna, ciocia Helena.

Ciotka Alicja kręci karuzelą, a Helena wrasta w podłoże obok. Klubokawiarnia i basen z parasolkami dobrze widoczne w tle.
Drugim ważnym miejscem rozrywki był basen, pełniący jednocześnie funkcję zbiornika przeciwpożarowego. Z jednego końca był płytki i wchodziło się doń po kilku betonowych schodkach, z drugiego – głębszego, posiadał prawdziwe basenowe drabinki. Był niewielki, ale dla oblegających go dzieci miał wystarczające wymiary.

Z mamą - przy niepełnym stanie wymienianej wody.

Z Piotrusiem, z którym zakolegowałam się w tamte wakacje.

Z tatą, przy pełnym stanie wody.
Zaraz za basenem stała żółta klubokawiarnia o ścianach wyłożonych falistymi płytami z tworzywa sztucznego. Prowadził ją ojciec cioci Bożeny, którą wujek poznał właśnie w Wetlinie. Pamiętam go jak przez mgłę, ale jednak. Kawiarnia mieściła wewnątrz stoliki, przeszklony bufet z kolorowymi galaretkami w przeźroczystych pucharkach i najważniejszy element wyposażenia: szafę grającą z mnóstwem przycisków i tytułami piosenek. Miałam prawo wstępu na zaplecze, gdzie mogłam zobaczyć nawet mój ukochany sprzęt od tyłu. Za każdym razem, gdy wchodziłam do kawiarni, musiałam – po prostu musiałam wrzucić pieniążek i przycisnąć jeden z brązowych guzików, zawsze ten sam. „Jaskółka” odzywała się głosem Stana Borysa i czułam się w pełni szczęśliwa. Na zawsze pozostała piosenką mojego dzieciństwa.


wtorek, 23 października 2018

499. Maroko: jak zostałam optakana


Essaouira (As-Suwajra) to dzisiejsza nazwa dawnego miasta Mogador (zmiana nastąpiła w XVIII wieku) położonego nad Oceanem Atlantyckim – jednego z najładniejszych w Maroku. 


Nowa nazwa oznacza coś w rodzaju „ładnie położonego”, „ładnie zaprojektowanego”.



Jego historia sięga starożytności. Medyna figuruje od 2001 roku na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.



Dawniej znajdowały się tam słynne wytwórnie purpury, którą pozyskiwano z żyjących w oceanie szkarłatników i rozkolców (ślimaków morskich). W niedalekiej odległości od miasta znajduje się niewielki archipelag Wysp Purpurowych, które do XX wieku stanowiły teren kwarantanny dla osób powracających z Mekki, aby nie przywlekły do kraju jakiejś zarazy. Dziś znajduje się tam rezerwat ptactwa wodnego.

Widoczne z miasta Wyspy Purpurowe
W XV wieku przybyli do miasta Portugalczycy, którzy na początku XVI wieku – na polecenie portugalskiego króla Manuela I – wznieśli tam twierdzę (Castelo Real de Mogador) w stylu portugalskim.


Cytadela


Niekończące się rzędy armat na murach miasta




Essaouira stała się centrum eksportu cukru i melasy oraz… przystanią piratów panoszących się na wodach Atlantyku.
W XVIII w. sułtan Maroka Muhammad III zlecił francuskiemu architektowi przebudowę miasta. Powstał tam m.in. port, który stał się ośrodkiem handlu zagranicznego.




Miasto ma piękną, szeroką plażę. Ze względu na warunki pogodowe jest rajem dla windsurferów i nazywa się je „miastem wiatrów”.





Najbardziej charakterystycznym dla Essaouiry pejzażem jest widok niebieskich łodzi, zacumowanych w porcie.



Minęliśmy też rybaków, zawzięcie naprawiających sieci.




Z portu do miasta wiedzie Brama Morska, opatrzona symbolami trzech wielkich religii monoteistycznych: chrześcijaństwa, islamu i judaizmu.

Brama Morska

Muszla św. Jakuba - symbol chrześcijański

Islamski półksięzyc

Gwiazda Dawida wpisana w kwiat
Widnieje na niej data wzniesienia: 1184 r.



Zaraz za bramą znajduje się targ rybny, który ominęłam szerokim łukiem.




Dawnym sercem miasta jest plac Moulay el Hassan.




Tutaj zachciało mi się zjeść lody.



Gdy przypadkiem dotknęłam bluzki, poczułam podejrzaną wilgoć. Przyszło mi do głowy, że wypaprałam się lodami jak dziecko, jednak plama była duża, gęsta w konsystencji i zjadliwie zielona. Zrozumiałam, gdy na nią spojrzałam: zostałam najzwyczajniej w świecie optakana przez mewę obżartą wodorostami! Wiem, że 99,9% populacji wyklęłoby ptaszydło do siódmego pokolenia, ale ja zawsze odstaje od normy. Nawet nie byłam zła (co ona winna, że taka ma fizjologię?), za to obśmiałam się jak norka.






Wędrówka ulicami medyny to przede wszystkim gąszcz zaułków, w których mieszczą się zatłoczone suki i jadłodajnie, oferujące głównie owoce morza. Mnie, jak zawsze, fascynowały drzwi wiodących do domów, sklepów i hammamów.


Szminki tażinki i orientalne przyprawy

Przyprawy usypane w cudne piramidy

Oprócz przypraw uformowanych w stożki mamy tu jeszcze naturalne środki, m.in. Viagrę berberyjską

Szminki tażinki w różnych kolorach

Suszone baldachy kopru pełniące funkcję naturalnych wykałaczek

Pantofle we wszystkich kolorach tęczy

Bębenki





Moja fascynacja drzwiami





Mijaliśmy bardzo stare budowle.



1336 r.
Wejście do prywatnego hammamu
W miejscu, gdzie dzisiaj mieści się kawiarnia, w XVIII wieku prosperował hotel dla karawan i targ dla niewolników.



W mieście zachowała się stara dzielnica żydowska Mellah, dziś już podupadła.


Żydowski ryneczek



W XIX wieku w Essaouirze były trzydzieści dwie czynne synagogi – w tej chwili są już tylko trzy. Istnieje również jeden kościół katolicki pod wezwaniem św. Anny.
Dotarliśmy m.in. do warsztatu, w którym produkowane są wyroby z drewna tui afrykańskiej i sprzedawane w sklepiku.





Intarsjowane cuda są piękne i potwornie drogie.












Zachorowałam na magiczną szkatułkę (magia polega na tym, że jest w specjalny sposób zamykana i żadne niepowołane ręce nie mogą jej otworzyć), ale nawet te najmniejsze kosztowały bajońskie sumy.



Miasto straciło na znaczeniu, gdy rozbudowany został port w Casablance. Można tu zobaczyć podupadłe dzielnice, w których stoją walące się domy.
W budynku udekorowanym kolorowymi latarenkami zjedliśmy obiad.



„Zjedliśmy” to powiedziane na wyrost: nie tknęłam „jedzenia”, które łypało na mnie z akwarium i patrzyło z wyrzutem z talerza. Restauracje i knajpki serwują tam uparcie wszelkie morskie stworzenia i trudno znaleźć coś normalnego. W tym dniu naprawdę porządnie głodowałam, aż pod wieczór rozbolała mnie głowa.




Essaouira odegrała swoją rolę w kulturze. Kręcono tutaj sceny do „Aleksandra”, „Królestwa Niebieskiego” (wystąpiła jako filmowa Jerozolima), „Otella”, serialu „Gra o tron”. Jest światową stolicą tradycyjnej muzyki guava – co roku w czerwcu organizowany jest tutaj trwający cztery dni Guava World Music Festival, w czasie którego występują również zespoły z całego świata grające muzykę etniczną. W czasach, gdy na świecie rozwijał się ruch hippisowski, pod jej murami znajdowała się wioska hippisów, w której przebywał m.in. Jimi Hendrix. Została zlikwidowana na początku lat siedemdziesiątych na polecenie króla Maroka z powodu narkotyków.